Ileż to trzeba było politycznych kłótni w PO: swarów, podchodów, by odwołać  Cezarego Przybylskiego z funkcji Marszałka Województwa Dolnośląskiego.  Jak wiadomo, przewodniczący Schetyna chciał pozbawić funkcji wspomnianego marszałka, bo ten trzymał sztamę  z Jackiem Protasiewiczem (którego przewodniczący Schetyna bardzo nie lubi).

Broniąc posady marszałek Przybylski wystąpił z PO, a wraz z nim grupa radnych sejmikowych tej partii, którzy  też nie lubili posła Schetyny. Dezerterzy dogadali się z opozycyjnymi Bezpartyjnymi Samorządowcami, z PSL i SLD i utworzono nową koalicję. Resztki sejmikowych radnych PO pozostały w stanie nieważkości: nie byli w opozycji, ale w koalicji też nie. W międzyczasie platformerscy radni  Wrocławia zdradzili swoją partię i przeszli do Nowoczesnej. Oni też nie lubili rządów przewodniczącego Schetyny.

Zaraz potem radni z PO, PSL, SLD i niezrzeszeni utworzyli w sejmiku nowy  klub i zaproponowali marszałkowi Przybylskiemu  i jego klubowi koalicję. Koalicji nie chciał przewodniczący Schetyna i namawiał radnych PO, by odwołali marszałka i zawiązali koalicję z PiS. Na to nie zgodził się PSL i radni niezrzeszeni.  Radni PO, mimo nacisków Schetyny,  też nie posłuchali swojego przewodniczącego  i marszałka nie odwołano. Radni PO weszli ponownie do koalicji z radnymi, którzy z PO odeszli. Przewodniczący Schetyna został jeszcze bardziej osamotniony. Historia zatoczyła koło i znowu jest wszystko tak, jak było. Odwalono kawał partyjnej i politycznej roboty, by ostatecznie niczego nie zmienić.

Starałem się te wydarzenia opisać jak najprościej, choć one przeciętnemu obywatelowi i tak w głowie ledwo się mieszczą. Nie dlatego, że obywatel jest nierozumny. Jest rozumny, tylko politykom czasami coś się w głowach miesza i potem wychodzą takie pogmatwane sytuacje.

Czesław Cyrul

Po wejściu Polski do UE miliony młodych Polaków wyjechało z kraju w poszukiwaniu lepszego życia, głównie do Wielkiej Brytanii. Ojczyzna nie była im w stanie zapewnić pracy i godnego życia. W Anglii żyje prawie milion Polaków, w innych krajach UE drugie tyle. Napływ Polaków do Wielkiej Brytanii wywołał niechęć rdzennych mieszkańców do naszych rodaków i  chęć  wyjścia  Brytyjczyków z UE. Choć to tylko jedna z przyczyn. W opinii mniej zorientowanych Anglików, Polacy odebrali im zasiłki i pracę co nijak ma się do rzeczywistości. Jednak ta, duża ilość naszych rodaków w istotny sposób przyczyniła się do brexitu.  Widać to było w dzielnicach Londynu zamieszkałych przez Polaków. Tam za brexitem Anglicy głosowali bardzo chętnie.  

Premier Cameron, w Izbie Gmin, przepraszał Polaków za brzydki napis jaki ktoś umieścił na polskiej placówce w Londynie. Przepraszał milion Polaków mieszkających na wyspach. W Polsce napisów pełnych ekspresyjnej nienawiści do Żydów, Arabów, ruskich, komunistów, czerwonych jest pełno. Może dlatego premier Szydło nikogo za nic nie przeprasza, bo musiałaby to robić premamentnie. Ani rząd, ani Kościół nie przeprasza za skandaliczne, pełne nienawiści do obcych zachowania narodowców. To jest właśnie różnica w kulturze politycznej pomiędzy politykami  naszej prawicy i zachodniej. Różnica jest taka, jak we fraszce Sztaudyngera: „Pan i ja to nie ta klasa, Pan jesteś k…, a ja mam ku…..”

Różnica pomiędzy Polską, a Wielką Brytanią jest też taka, że w Polsce nie ma Żydów, Arabów itp. Jak są, to jedynie nieliczni przedstawiciele tych nacji. Zatem rząd nie ma w zasadzie kogo przepraszać. Rzecz ma się inaczej kiedy hasła dotyczą samych Polaków. Ale w tym przypadku rząd też nikogo nie przeprasza. Sam przecież wyzywa obywateli od gorszego sortu,  złodziei, kwiczących świń, zdrajców,  itp. Czy wyobrażacie sobie Państwo, by premier Cameron taką rynsztokową mową zwracał się do Brytyjczyków? To kolejna różnica pomiędzy polską prawicą, a angielskimi  konserwatystami.  Fraszka Sztaudyngiera świetnie, choć brutalnie, pokazuje tę różnicę.

Czesław Cyrul.

 

Gazoport w Świnoujściu będzie nosił imię nieżyjącego prezydenta Kaczyńskiego. Podobno był on pomysłodawcą tej inwestycji. W ocenie obywateli Lech Kaczyński był prezydentem bardzo przeciętnym i jego notowania nie były najwyższe. Niczym szczególnym także nie wyróżnił się będąc prezydentem Warszawy. Jego brat Jarosław postanowił, kiedy nadarzyła się okazja, wynieść brata na pomniki, a potem może i na ołtarze. Są już ulice, skwery, tablice, pomniki i kamienie noszące imię lub czczące byłego prezydenta. Ale to na pewno nie koniec pomnikomania naszej przestrzeni, to dopiero początek.

 W Polsce, w temacie czczenia różnych osób, mamy spore tradycje. Jak każda nacja zresztą. Zaraz po wojnie czczono Stalina  i Lenina oraz  ludzi z ich otoczenia. Potem sukcesywnie lub dość gwałtownie rugowano patronów i ich pomniki z naszego otoczenia i świadomości.  Opróżnioną przestrzeń zapełniono nowymi bohaterami.

Kiedy zmarł papież Jan Paweł II masowo zaczęto nadawać ulicom jego imię i, z jeszcze większym zapałem, stawiać takie same sztampowe pomniki w miejscach publicznych i przy kościołach. Temu kultowi nie można się dziwić. Papież był wielkim Polakiem, wyniesionym na ołtarze. Niestety masowo produkowane z plastiku pomniki są w złym guście, a szkoda.  Pomniki  papieża są wygodnym   symbolem czczenia pamięci. Jego nauk raczej nie naucza się, powiem więcej nieliczni wiedzą o co papieżowi chodziło w jego rozprawach. Nad jego dziełami mozolą się klerycy w seminariach. Stoją one także w wielu domach za szklanymi szybami gablotek nie po to, aby je czytać. Są elementem wyposażenia domu.  Nasz ludowy katolicyzm nie zaleca zagłębiania się w uczone księgi kościoła. Wystarczy parafianom to, co powiem ksiądz na mszy i  katechetka na lekcji religii.

Teraz nastąpił okres kultu żołnierzy wyklętych i jeszcze większy prezydenta Kaczyńskiego. Kult prezydenta nosi znamiona kultu jednostki narodu. Kult Stalina, Lenina, dyktatorów afrykańskich czy azjatyckich był realizowany w wersji hard (twardej). Ta wersja obowiązuje jeszcze w Korei Północnej. W niektórych  republikach poradzieckich kultywowana jest teraz wersja kultu jednostki narodu w wersji soft (miękkiej). Tą drogą podąża prezes Kaczyński czcząc pamięć swojego brata. Po latach nikt nie będzie pamiętał jakim prezydentem był Lech Kaczyński, ale stojące pomniki będą sugerowały obywatelom, że wielkim Polakiem był.  I o to chodzi.

W akcie nadawania imienia prezydenta Kaczyńskiego Gazoportowi przemówienia wygłoszą: prezes Kaczyński, Prezydent Duda i Premier Szydło. Kolejność przemawiania ustalono nie tylko na tą okoliczność.

Czesław Cyrul

Ucieczki polityków z jednej partii do drugiej mają zazwyczaj jeden kierunek: politycy uciekają z partii opozycyjnej i znajdującej się w kłopotach do tej, której wiedzie się aktualnie lepiej. Kiedy poszedł w rozsypkę eklektyczny  „Twój Ruch” posłowie tej partii  masowo zasilali PSL i SLD. Transfery odwrotne, z partii rządzącej do opozycji, są bardzo rzadkie. Kiedy w opozycji był PiS także odeszło stamtąd wielu polityków.  Teraz trwa ewakuacja polityków z PO do Nowoczesnej. Poprzez ucieczki radnych wrocławskich i dolnośląskich z PO do Nowoczesnej, Nowoczesna będzie bardziej platformerska, czyli też skonfliktowana, co widać po odejściach „starych” członków tej partii.  PO jest partią mającą wielu posłów i radnych w samorządach, ale trawią ją kłopoty  wewnętrzne. Nowoczesna jest partia małą, ale ma lepsze notowania u wyborców,  jest nieskażona rządzeniem i prezentuje się  świeżo. Programowo obie partie niczym się nie różnią. Właściwie to trudno wskazać jakiekolwiek różnice.  Jednak nie różnice programowe powodują  ucieczkę polityków z PO, ale wewnątrzpartyjne spory personalne i spadająca pozycja partii w kraju.

Członkowie  partii centrolewicowych i neoliberalnych zbytnio nie przywiązują się do własnych programów i łatwo ich członkom  przychodzi zmiana barw partyjnych. Na prawicy ideologie odgrywają większą rolę i spory programowe są tam bardziej wyraziste. Z powodu braku programowej wyrazistości wiele partii centrowych i lewicowych bardzo podupadło, z powodu nierealizowania programów wyborczych także. Z powodu  mechanicznego sprawowania władzy, bez oglądania się na opinię wyborców, również. Tym błędami można obarczyć PO. Teraz politycy uciekają z tej partii twierdząc, że się na niej zawiedli. swoje winy zrzucają na innych. Uciekinierzy  kreują się na jedynych sprawiedliwych. Ostatnio wrocławski poseł Jaros uznał, że jego czas w PO się skończył i zaczął nowe życie w Nowoczesnej. Bagaż partyjnych, czyli i jego, błędów i kłopotów zostawił byłym kolegom. Sam, niczym Piłat, umył ręce z politycznych brudów. Stwierdził  zarazem, że  chce być lojalny i wierny wobec swoich wyborców i dlatego odchodzi. Oto makiawillizm w najczystszej postaci.  

Czesław Cyrul

Prawo i Sprawiedliwość, co i rusz, odwołuje się do zwykłych ludzi. Partia dokładnie nie precyzuje kim oni są. Można przypuszczać, że głównie żyją z pracy rąk własnych i byli krzywdzeni przez poprzednią władzę, w czym jest sporo prawdy. Właśnie im PiS, w kampanii wyborczej, obiecało najwięcej. Natomiast głównie do ludzi nauki, kultury,  biznesu, szeroko pojętej inteligencji kierowane są zwroty: gorszy sort, komuniści i złodzieje, cykliści i wegetarianie, świnie oderwane od koryta, itp.

PiS dobrze wie, że zdecydowana większość wcześniej wymienionych to ludzie o otwartych głowach, wyznający centrolewicowe poglądy oraz nie głosujący na partię Kaczyńskiego. Zarazem PiS, ustami premiera Morawickiego, zapowiada stworzenie narodowego przemysłu i krajowych nowoczesnych technologii, cokolwiek by to znaczyło. Sęk w tym, że na świecie zdecydowana większość, naukowców (z Einsteinem na czele), noblistów, pisarzy i aktorów, prezentuje poglądy dalekie od  konserwatywnych. Mają oni oczy z przodu głowy, a umysły otwarte i skierowane w przyszłość, bo inaczej niczego nowego by nie wymyślili,  ani nie napisali. Przy czym dodam, że istnieje bardzo duża różnica pomiędzy konserwatystą zachodnioeuropejskim, a tym  proPiSowskim. Ideologia PiS proponuje zamknięcie się we własnych granicach, we własnej tożsamości, narodowej dumie i  kulcie narodowych bohaterów. Z tego nie ulepi się nowoczesnego kraju i społeczeństwa. Taka polityka umocni nasz kraj w przemyśle na pozycji odtwórczej. Będziemy nadal produkować to, co inni wymyślili.

Obietnice wyborcze PiS-u dotyczą poprawy bytu materialnego milionów ludzi. I słusznie. Ale jedynie niewielką część tych obietnic uda się PiS-owi spełnić. Na naukę, sztukę, innowacyjność pieniędzy nie będzie. To jeszcze bardziej podzieli, już podzielone społeczeństwo. Bez zastrzyku nowych technologii, centrolewicowej myśli,  ksenofobiczna i  konserwatywna władza będzie prowadzić kraj na manowce Europy. Bez światłego społeczeństwa i otwartych mediów będziemy się pogrążać w narodowej megalomanii, tropić wrogów narodu i unijnych  sprzedawczyków. Wytępienie postępowego myślenia w naszych głowach zmuszać  będzie władzę do zakupu nowych technologii  za granicą. Plan Morawickiego weźmie w łeb. I tak zamknie się błędne koło wymyślone przez PiS. Sądzę, że większość  obywateli tego ideowego  kitu nie kupi. Narodowa TV notuje duże spadki oglądalności. Tam dobra zmiana polega na gwałtownym pogorszeniu jakości programów i obywatele to okazują zmieniając kanały. Odcinanie nas od postępowego myślenia trochę potrwa. Z jakieś dwa lata przejrzymy na oczy, kiedy w teatrach będą  patriotyczne wieczornice, a na ulicach pomniki smoleńskie i prezydenta Kaczyńskiego będą liczniejsze od pomników Papieża Polaka.  Szkoły czy muzea będą zobligowane do kształtowania postaw konserwatywnych i narodowych, a sami narodowcy  będą gardłować, że gospodarkę opanowali Żydzi. Sami niczego pozytywnego nie potrafią wymyślić. Osobiście nie wierzę w aż tak czarny scenariusz, ale trzeba dmuchać na zimne.

Czesław Cyrul

PiS ma problem z elitami.  Dotychczasowe były raczej za rządami PO choć ta partia proponowała im jedynie ciepłą wodę w kranie, skąpiła pieniędzy na naukę, rozwój i kulturę. Za to dawała wolność. Ta wolność, ale bez życiowych perspektyw, zmusiła miliony młodych do emigracji, a mogli oni stać się  elitami w Polsce.

W trakcie wojny Niemcy wymordowali zdecydowaną większość naszych,  skromnych elit, by z Polaków uczynić ciemną masę do wykonywania prostych robót. Po wojnie władza ludowa, choć  robotniczo- chłopska, czyniła wiele, by stworzyć elity służące gospodarce, nauce i sprawie socjalizmu oczywiście. Awans robotniczo-chłopski dostarczał nowych inżynierów, magistrów i doktorów. Ja też z takiego awansu się wywodzę.  Te elity wystawały pod księgarniami z książkami. Wtedy książki drukowano w setkach tysięcy i milionach egzemplarzy, a trzeba je było kupować spod lady. Klasa robotnicza  polowała w kolejkach na kryształy. Tak więc PRL-owska inteligencja gromadziła – jako oznaki swojego statusu –  książki, a klasa robotniczo-chłopska kryształy.

Kiedy nastał czas walki z komuną  socjalistyczna inteligencja, wspierając klasę robotniczą, postawiła się władzy ludowej i w końcu PZPR musiała ją oddać. Ale inteligencji na dobre to nie wyszło. Jej miejsce zajęła grupa młodych przedsiębiorców, ludzi z zupełnie innej bajki. Zaczynali oni od łóżek na bazarach, potem mieli szczęki, a teraz mają fabryki, choć nie wszystkim się udało. Książki i kryształy były im niepotrzebne.   Wczesny,  siermiężny kapitalizm urodził nową elitę, która zajęła miejsce zmarginalizowanej i zagubionej inteligencji z książkami, które nagle straciły na wartości. Kryształy w gablotkach zmatowiały i też stały się passe. 

Obok biznesmenów pojawiła się, po upadku socjalizmu, także elita polityczna złożona z działaczy styropianowych z jednej strony i mniej licznej grupy działaczy postPRLowskich, którym wyborcy w kapitalistycznej Polsce powierzali także władzę. Ta poststyropianowa i posPRLowska elita powoli schodzi ze sceny. PiS chce mieć własne elity polityczne i gospodarcze. Na razie są to grupy elitopodobne, ale po paru latach będzie lepiej. O ile „zwykli ludzie”, do których PiS się odwołuje te elity zaakceptują.

Młodzi zawsze chętnie  garną się do rządzącej partii. Są to głównie absolwenci nauk politycznych, dziennikarstwa, administracji, marketingu i zarządzania. Na absolwentów tych kierunków nie ma zbyt dużego zapotrzebowania w gospodarce, a ich „produkcja”  jest duża, dlatego szukają oni szczęścia także w polityce. Absolwenci medycyny, wziętych kierunków politechnicznych czy ekonomii  znajdują dobrze płatną pracę w gospodarce i politykę mają w głębokim poważaniu. Tym samym można powiedzieć, że do polityki nie trafia elitarna młodzież, tylko ci, którym trochę się nie udało, albo nie chciało. Oczywiście bywają chlubne wyjątki, ale nie są one liczne. Dlatego  nasza polityka, od prawa do lewa, nie grzeszy nadmiarem wybitnie zdolnych, młodych i charyzmatycznych postaci. Dotyczy to także polityków w wieku średnim.  Dominuje szarzyzna i dlatego Tusk czy Kaczyński wyrastają między średniakami na mężów stanu. Marszałkiem Sejmu jest Kuchciński, ministrem rolnictwa Jurgiel, a naczelnymi prawnikami PiS w Sejmie Piotrowicz i Pawłowicz.  Policją  dowodzi Błaszczak. To nie są orły polityki. Naszego bezpieczeństwa strzeże Macierewicz. Pod jego ręką kraj nie może być bezpieczny, może dlatego tak często minister odwołuje się  ostatnio do Boga. To jednak powinna być domena  duchowieństwa. Władza ministrów i polityków ma ziemskie korzenie, ale obecni politycy czują się zagubieni i niekompetentni. Stad pewnie, miedzy innymi,  to poszukiwanie pomocy w Królestwie  Niebieskim.

Czesław Cyrul

W opinii ministra Macierewicza żadnych wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku nie było. Jak były częściowo wolne, to nie było ich w ogóle. W związku z powyższym bracia Kaczyńscy, którzy wtedy zostali senatorami, także – według Macierewicza – wybrali się w zniewolonych, zmanipulowanych wyborach.  Według Macierewicza pierwsze wolne wybory odbyły się w czerwcu 1938 roku (tak, właśnie tak powiedział) ?! Ta wystrzelona data pokazuje, jak duży rozrzut ma minister obrony w ocenie faktów i dat. Nie po raz pierwszy zresztą.

Te, czerwcowe wybory otworzyły Polsce bramę do  NATO i UE. Zapoczątkowały lawinowe, demokratyczne przemiany w państwach bloku radzieckiego. Zreformowano gospodarkę, ale nie wszystkim w nowym systemie żyje się dobrze. Prezes Kaczyński twierdzi, że rząd Olszewskiego był pierwszym, czysto polskim, choć wiadomo, że w tamtym czasie grał przeciwko Olszewskiemu.

Tamte czerwcowe wybory nie były – zdaniem PiS-u – wolne, bo brali w nich udział komuniści. Przypomnę, że kilka lat potem owi postkomuniści wygrywali wybory parlamentarne, a ich przedstawiciel dwukrotnie został przez naród wybrany prezydentem i to nawet w pierwszej turze, deklasując solidarnościowego rywala. Czy te wybory, które wygrali postkomuniści, także były niewolne i fałszywe? Tego prezes nie mówi. Czy wybory samorządowe, które wygrywała lewica, też był niewolne i fałszywe? Miałkość argumentacji, jakoby tamte , czerwcowe wybory były nic nie warte nie wytrzymuje argumentacji, ale „ciemny lud to kupi”.

Według PiS-u historia wolnej Polski zaczyna się dopiero po wygranych wyborach Andrzeja Dudy.  On z kolei, wybrany demokratycznie, jest jedynie marionetką prezesa. Zatem  czy te wybory nie były  zmanipulowane?  Ówczesny kandydat takiej farsy w sprawowaniu wysokiego urzędu nie zapowiadał. Według PiS-u, dopiero  wygrane przez PiS wybory w minionym roku były naprawdę  wolne, pozostałe to fałsz, oszustwo, rządy komunistycznych służb i mafii. Pamiętam też, że prezydent Kaczyński bardzo doceniał tamte wybory z czerwca ‘89.  Jego brat mówi zupełnie coś innego. W swojej, kłamliwej retoryce podpiera się zmarłym  bratem, tym samym plugawiąc jego pamięć. 

PiS oczerniając tamte czerwcowe wybory uznaje tym samym, że to nie od Polski zaczął się upadek radzieckiej hegemonii, że to dopiero kiedy Niemcy obalili swój mur w Berlinie, skończył się komunizm. Co na to aktorka Szczepkowska, która 5 czerwca ’89 obwieściła koniec komunizmu w Polsce?

Czesław Cyrul

P.S. Nie lubię prezydenta Komorowskiego i PO, która w PRL-u widzi tylko czarną dziurę, a wielu ludzi tamtych czasów traktuje jak ludzi gorszego sortu. Teraz PiS mówi o prezydencie Komorowskim i ludziach PO, że są gorszym sortem. W polityce trzeba wiedzieć, co się mówi. Jeżeli nie, przegrywa się wybory.

Wrzawa medialna wokół naszych piłkarzy nożnych wskazuje, że mamy drużynę, która może zostać mistrzem Europy, a może nawet i świata. Media poświęcały kontuzji piłkarza Rybusa tyle samo miejsca, co wielkiemu sukcesowi piłkarzy ręcznych z Kielc. Kontuzja jednego piłkarza nożnego dla mediów była tak samo ważna, co europejski sukces szczypiornistów. Czy piłkarze dobrze spali i co im się śniło – takie informacje nie schodziły i nie schodzą z czołówek  gazet. W trakcie meczu z Holandią sprawozdawcy  sugerowali co piłkarze powinni zrobić, ale oni tego zrobić nie potrafili i medialny balon o super zespole prysł jak bańka mydlana. Przegraliśmy z drużyną, która odpadła w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Panowie  dziennikarze od piłki nożnej, apeluję o większą wstrzemięźliwość i umiar w dmuchaniu balonu. Jak będzie dobrze, będziemy pić szampana, ale teraz weźcie sobie coś na wstrzymanie.   Niespodzianki są zawsze przyjemniejsze. Póki co, cieszę się z sukcesu kieleckich szczypiornistów, którzy nie narzekali na ból prawego palca u lewej nogi tylko walczyli jak lwy i sukces jest. Tak trzymać!

Na inaugurację Klubu Obywatelskiego PO we Wrocławiu, przewodniczący Schetyna zaprosił prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka. Dyskutowano o wpływie ruchów miejskich na zarządzanie miastami. Między wierszami prezydent Jaśkowiak powiedział, że w Poznaniu działają 42 rady osiedlowe i ich łączny budżet wynosi 20 milionów złotych, czyli przypada po prawie 500 tysięcy na jedna radę.  Można za takie pieniądze z powodzeniem prowadzić niewielkie inwestycje na osiedlach.   Oprócz tego, na budżet obywatelski przeznaczono tam 15 milionów.  A jak jest we Wrocławiu?  U nas działa 48 rad osiedlowych, choć nie wszystkie są aktywne. Przeciętny, roczny budżet takiej rady wynosi – w zależności od wielkości osiedla – od 30 do 50 tysięcy złotych! Nie zaglądając do budżetu miasta można wyliczyć, że łącznie rady osiedla we Wrocławiu  mają do dyspozycji około 2 milionów. Dziesięciokrotnie mniej niż w Poznaniu. Od lat władze Wrocławia nie ufają radom osiedlowym i marginalizują ich rolę, wolą podejmować decyzje z zaciszu gabinetów, czy może tylko gabinetu. Jaki stąd wniosek? Od lat mamy we Wrocławia do czynienia z miękką dyktaturą, ale wrocławianie widocznie lubią taką formę rządzenia.

Czesław Cyrul

Minister Ziobro postanowił zgłosić kasację do Sądu Najwyższego  wyroku Sądu Okręgowego w Krakowie w sprawie ekstradycji Romana Polańskiego do USA. Jak wiadomo, wspomniany Sąd Okręgowy nie wyraził zgody na tę ekstradycję. Minister Ziobro chciałby ten wyrok zmienić i oddać Polańskiego w ręce amerykańskiej sprawiedliwości. Sprawa, jak wiadomo, jest dosyć zawiła i miała miejsce ponad 40 lat temu. Ale mniejsza o zawiłości prawne. Minister Ziobro stwierdza, że wszyscy są równi wobec prawa. Nie ma lepszych i gorszych. Zdaniem Ziobry ten Polański to osobnik, który dopuścił się gwałtu i mógł też coś mieć wspólnego z pedofilią. Ogólnie wiadomo, że zarzuty dotyczyły stosunku z nieletnią. Co prawda naszych gwałcicieli polskie sądy i tym samym minister Ziobro traktują dość łagodnie, ale sam minister bardzo dba o cześć ówczesnej amerykańskiej nastolatki, która dzisiaj jest starszą panią i nie ma żadnych pretensji do Polańskiego.  Polański, ulubieniec elit, musi być traktowany surowo, bo elity nie lubią PiS-u i  dlatego mściwy Ziobro chce go oddać Amerykanom.

Jeżeli prawo jest równe dla wszystkich  to dlaczego kolega ministra Ziobry  minister Mariusz Kamiński, skazany nieprawomocnym wyrokiem został, ewidentnie wbrew procedurom, ułaskawiony przez prezydenta Dudę. Minister Ziobro na pewno także maczał w tym palce. Zatem są równi i równiejsi.  Udowodnił to minister Ziobro także wiele lat temu robiąc wszystko, by zmazać z siebie winę za śmierć Barbary Blidy, za którą niewątpliwą odpowiedzialność ponosił on i jego kompani. Ale Blida czy Polański to przecież  ludzie gorszego sortu i wobec nich należy stosować prawo gorszego sortu. Jak ktoś naiwny sądził, że Ziobro będzie uczciwie stał na straży prawa, to teraz może przejrzał na oczy, jak ta straż wygląda: by swoim żyło się lepiej.

Pytani mieszkańcy rejonu, gdzie minister Ziobro dostał w wyborach parlamentarnych aż 80% poparcia, nie potrafili, choćby w prosty sposób, wyjaśnić dlaczego Ziobro jest dobrym ministrem. Bo po prostu jest dobry: brzmiały nieporadne  odpowiedzi. To coś na wzór odpowiedzi na pytanie, dlaczego tanie wina są dobre? Bo są tanie i dobre, lub bo są dobre i tanie. I to powinno wystarczyć za komentarz.

Czesław Cyrul

Pisowski radny Wrocławia, Tomasz Małek jest jedną z ofiar polityki historycznej uprawianej od lat w naszym kraju. Radny Małek domaga się, by nad wrocławskim  Ratuszem powiewała polska flaga, aby udowodnić Niemcom, że to nasze piastowskie miasto. Biedak spóźnił się z pomysłem o jakieś 60 lat.

Przypomnę, że Król Polski Kazimierz Wielki, w XIV wieku, oddał Śląsk we władanie Czechom. Potem rządzili  Śląskiem Habsburgowie. Im z kolei zabrał Śląsk, w XVIII wieku, król pruski Fryderyk i region został niemiecki aż  do 1945 roku.

Używając terminologii PRL  Wrocław został „wyzwolony”, a nie zdobyty  przez Armię Czerwoną i  tym samym wrócił do „piastowskiej macierzy”.  Stalin i jego dwaj koledzy Roosevelt i Churchill  zgodzili się, by owe ziemie zachodnie, zwane potem odzyskanymi, zostały przydzielone Polsce. Zabrano za to nasze tereny wschodnie. Jednak ten „handel” Polsce bardzo się opłacił, bo nowe ziemie były o kilka klas lepiej zagospodarowane od zabranych terenów wschodnich. Przypomnę, że tych piastowskich ziem  bardzo nie chciał nasz londyński rząd na uchodźctwie. Radny Małek, jeżeli urodził się we Wrocławiu, to dzięki Stalinowi. Wymazując czas PRL z naszej historii radny Małek wymazuje także swoje korzenie, ale to jego problem.

Nasilenie  polityki historycznej, w której olbrzymią wagę przywiązywano do piastowskiej historii ziem odzyskanych było właśnie za czasów PRL, której radny Małek bardzo nie lubi, choć sam posługuje się retoryką tamtych czasów. Pamiętam hasła: Piastowski Wrocław, Ziemia Praojców, itp. Warto także dodać, że kiedy biskupi polscy w 1966 roku wystosowali  pojednawczy list  do biskupów niemieckich, tutaj na ziemiach odzyskanych, został on przyjęty przez nowych mieszkańców  tych ziem z bardzo mieszanymi uczuciami, generalnie z niechęcią, o czym dzisiejsi historycy zapominają.

Radny Małek stosuje, ale pewnie nieświadomie, hasła rodem z PRL i zarazem walczy z komuną. Groch z kapustą. Tą są efekty wciskania młodym do głów zafałszowanej wersji historii.  Za czasów PRL też interpretowano ją na sposób potrzebny tamtej władzy. Tamtejsi małkowie też głosili pokraczne wersje historii. Pod tym względem niewiele się zmieniło. Teraz i dawniej usłużni historycy tworzą wersje historii na użytek polityki, a różnej prowiniencji politycy  stosują ją w praktyce i radny Małek jest tego przykładem. Plecie trzy po trzy. Mądre i prawdziwe to nie jest, ale pusty dźwięk niesie się po okolicy.

Czesław Cyrul