Kandydaci na prezydentów proponują złote góry wyborcom. Wydawałoby się, że każdy z nich ma walizki z pieniędzmi i nie są to pieniądze samorządowe, czyli nasze, ale jakieś ekstra. Kandydatów właśnie.  Kandydat Patryk Jaki  stoi na chodniku w Warszawie i oznajmia, że jak zostanie prezydentem w tym miejscu od razu zacznie się budowa nowej linii metra. Niestety nie stoją obok niego żadne walizki z pieniędzmi, Tylko rozdaje za darmo kawę. Kawa ma przekonać, że walizki z pieniędzmi są.

Inni kandydaci, stosownie do wielkości miast, też mają szeroki gest. Najszerszy mają ci, którzy chcą zostać prezydentami, ale nie mają na to wielkich szans. Oni  obiecują złote góry, nie pokazują przy tym skąd kasa, albo komu będzie trzeba zabrać.

Wygląda to mniej więcej tak. Przychodzi do mnie akwizytor z jakiegoś banku i obiecuje kokosy, ale najpierw muszę mu powierzyć swoje pieniądze. Ja mam oszczędności wystarczające na zakup kawalerki, ale on obiecuje mi za tę kwotę apartament w Monte Carlo. Gwarancji, oprócz jego bicia się w piersi nie mam żadnej. Może być tak, że moje pieniądze diabli wezmą. I  nie będzie ani apartamentu, ani kawalerki.  Kandydaci, którzy co nieco wiedzą jak planuje się inwestycje i ile to kosztuje, wypowiadają się ostrożniej. Tym samym stają nie nieatrakcyjni dla łatwowiernych.

Gdyby kandydat Jaki czy inny, jemu podobny, miał choć trochę rozeznania w inwestycjach, to by wiedział, że samo przygotowanie budowy nowej nitki metra trwa kilka lat. Kandydat  Jaki uczyni to od razu. Jednak w obietnice PiS-u wiara w narodzie jest wieka. 500+ wystarczyło, by inni uwierzyli, że też dostaną i to dużo. Wdaję się, przy rozdawaniu ulotek, w debaty, szczególnie ze starszymi wyborcami PiS. Wierzą oni, że PiS da im wkrótce sowite podwyżki i emerytur. Kiedy tłumaczę, że już są wiadome przeliczniki, ile z grubsza kto dostanie i że osoba mająca nieco ponad tysiąc złotych emerytury netto dostanie co najwyżej 40 złotych podwyżki  od nowego roku. Najpierw gorąco protestują. Tak było w minionym roku i była to  podwyżka, już dawana przez PiS-owski rząd i takie właśnie były  relacje podwyżek do pensji. W tym roku będzie podobnie. Wyborców nachodzi potem refleksja. …To my już na żadne wybory nie pójdziemy… Tak to dyskusje z wyborów samorządowych przenoszą się na szczebel krajowy. Z rzadka jest dyskusja o ulicach, czy komunikacji. Szczególnie wśród starszych jest spór kto kogo wysadzi w powietrze. Około 40 procent zaczepianych nie chce żadnych ulotek w ogóle. Nawet nie patrzą kto ulotkę daje i jakie barwy reprezentuje.

Czesław Cyrul

Czy są w polityce granice kłamstwa. Te granice są coraz bardzie rozwadniane. PiS pokazuje, że można wszystko. W dzienniku TVP, komentując przedwyborcze wydarzenia we Wrocławiu, agitator TVP powiedział, że kandydat na prezydenta miasta Jacek Sutryk, związany z SLD, a popierany przez Prezydenta Dutkiewicza,  jak wygra (jest to bardzo prawdopodobne), będzie szedł na pasku Schetyny czyli PO.

Nie miałbym nic przeciw, gdyby Jacek Sutryk był związany z SLD, ale jest bezpartyjny. Popiera go prezydent Dutkiewicz, który raczej nie przepada za przewodniczącym Schetyną.  Przewodniczący Schetyna wcześniej popierał prof. Chybicką, potem odstawił ją na bok i postawił na konserwatywnego europosła Ujazdowskiego. Kiedy i z tego posunięcia nic  nie wyszło dołączył do środowiska prezydenta Dutkiewicza, Nowoczesnej i SLD, które już popierały Jacka Sutruka. Wybór Schetyny jest więc trzecim z kolei i nie rozumiem dlaczego Sutryk miałby teraz iść na pasku Schetyny.

Zresztą kto na czyim pasku będzie biegać jest zawodne. Prezydent Dutkiewicz został zaproponowany przez prezydenta Zdrojewskiego. Można było przewidywać, że będzie szedł na pasku Zdrojewskiego. Prezydent Dutkiewicz poszedł własną drogą. Obecny europoseł Zdrojewski nie szczędził krytyki prezydentowi Dutkiewiczowi, ale nie na pewno nie z tego powodu, że nie szedł na jego pasku.

Nie sądzę także, by Jacek Sutryk, a wygra zapewne walkę o fotel prezydenta, szedł na pasku prezydenta Dutkiewicza, a tym bardziej Schetyny. Dodam, że prezydenta Dutkiewicza i Grzegorza Schetynę nie łączą nawet chłodne stosunki. Schetyna poparł Sutryka, bo nie miał innego wyjścia. Na szczęście za trzecim razem zmądrzał (Schetyna) i postawił na dobrego konia.

Każdy prezydent, czy inny prezes firmy, podpisuje się pod swoimi decyzjami i chodzenie na pasku poprzednika zazwyczaj źle się kończy dla prowadzanego na smyczy. Sutryk to kandydat inteligentny i dobrze o tym wie, Nie oznacza to, że ma pójść zupełnie inną drogą ignorując dorobek poprzednika, bo jak napisałem wcześniej to kandydat (Sutryk) inteligentny.

Nie znam prezydenta dużego miasta, który chodziłby na pasku poprzednika lub słuchał rozkazów partyjnych liderów. Prezydenci dużych miast mają dużą władzę, jeszcze większą odpowiedzialność i muszą słuchać przede wszystkim wyborców.  Być może, gdyby wygrała we Wrocławiu kandydatka PiS, szłaby na czyimś pasku, bo to w PiS jest normą i takiej właśnie filozofii trzyma się PiS-owska TVP. Trzeba zrobić wszystko, by przyszły prezydent Sutryk chodził na pasku wrocławian.

Czesław Cyrul

Liderzy partii opozycyjnych, poza PSL, w ramach totalnej walki z PiS, apelują by nie zawierać powyborczych sojuszy z PiS. W Warszawie można rzucać takie hasła, ale w Polsce powiatowej czy gminnej brzmią  one nierealnie. Dlatego PSL przezornie nie wypowiada się na ten temat choć PiS robi wszystko, by ludowców, na wsi,  odesłać na polityczny cmentarz. Politycy centrali liczą, że członkowie partii ich posłuchają. Tymczasem nasza partyjność jest  powierzchowna. W samym parlamencie parlamentarzyści zmieniają polityczne barwy i dokonują transferów politycznych w trakcie kadencji za nic mając wyborców, którzy na nich głosowali. Tak jest na lewicy i na prawicy.

Na Dolnym Śląsku, po konflikcie w PO, z partii odszedł PO-wski marszałek województwa i połowa radnych. Stali się z dnia na dzień bezpartyjni i ową bezpartyjność uznali za cnotę. Take zachowania nie mieszczą się w głowach zachodnich polityków. U nas są normą.  Wczorajsi partyjni zakładają nowe, zwane bezpartyjnymi, partie i startują do wyborów samorządowych wszystkich szczebli. W lokalnych komitetach wyborczych też roi się od członków partii. Jest to wygodne, bo pozwala potem zakładać plastyczne koalicje powyborcze. I dalej. Oto we Wrocławiu większość radnych PO  w Radzie Miejskiej przeszło do Nowoczesnej. Te partie wymieniły się także posłami.

Wyobraźmy sobie, że po wyborach,  np. w  jakimś sejmiku czy  gminie żadna siła nie ma większości  i żadna miarą nie da się stworzyć koalicji bez PiS. W powiatach czy gminach takie sytuacje mogą być  jeszcze bardziej prawdopodobne. I co wtedy? Burmistrz czy prezydent np. z PSL nie chce rządzić nie mając większości w radzie. Zatem koalicja jakaś musi powstać, także z udziałem PiS. Uwzględniając luźny związek naszych polityków z partiami , o czym pisałem wcześniej, jeden czy dwóch radnych zostanie podkupionych od konkurencji, by stworzyć większość w radzie i żaden lider w Warszawie nie będzie miał nic do powiedzenia. Chęć bycia u władzy weźmie górę nad wytycznymi partii. Tak było i tak będzie teraz. Członkowie partii celowo ukrywają się w komitetach wyborczych także z innego, ważnego powodu. W zależności kto wygra wybory w Sejmikach taki partyjno-bezpartyjny burmistrz  stara się przekonać sejmik i urząd marszałkowski o swojej sympatii do nich, bo sejmiki dzielą pieniądze unijne. Dla dobra gminy warto ukryć swoje poglądy partyjne. Nie przypadkiem PiS wysłał sygnał, że pieniądze będą słane tam, gdzie PiS będzie rządził.

Tak więc nasza terenowa polityka rządzi się innymi prawami. Ale właściwie czy innymi? Zdrady partyjne i transfery klubowe na szczytach naszej prowincjonalnej polityki  pokazują, że można oszukiwać wyborców i zmieniać poglądy. W Polsce powiatowej też ma to miejsce i Warszawa  ma ograniczone prawo do zaglądania pod terenową kołdrę, skoro sama dopuszcza się zdrad,  kto tam z kim spółkuje wedle lokalnych upodobań, bo taka jest nasza polityczna rzeczywistość.

Czesław Cyrul

Premier Morawiecki jeździ po kraju i kreuje nową rzeczywistość. ….”Oni nic nie budowali, oni tylko sprzedawali dobra narodowe, oni nie budowali dróg lokalnych, ani mostów.  Nie było niczego, oni kradli i dlatego my teraz to wszystko naprawiamy”… Oni, czyli PO i PSL burzą się na takie kłamstwa. W tym rozważaniach obecny premier odejmuje zera od dokonań PO, a dodaje planom PiS po kilka zer na końcu. Z miliardów robi miliony i na odwrót To nic, że to dopiero wszystko  jest w planach. Kto się tam zorientuje gdzie leży prawda? Aż strach pomyśleć, że ten człowiek był prezesem banku i ma tak marne pojęcie o liczbach. A ja mam konto w banku, którym on do niedawna zarządzał. Jak to dobrze, że już nie zarządza.

Ale premier Morawiecki zarządza krajem i tworzy swój matrix. Niestety nie jest on pierwszy. Po upadku PRL, zwycięzcy pokazywali minioną epokę jako kraj octem i musztardą płynący. Prawdą jest, że miodu też nie było. Tylko od czasu do czasu. Premier Bielecki (był taki) stwierdził nawet, że komuna wyrządziła większe szkody gospodarcze w Polsce od hitlerowców.  Postsolidarnościowa władza sprzedawała państwowe zakłady za miliardy, a te, które nie znajdowały chętnych, po prostu niszczyła. Sam prezydent Komorowski często wspominał o runach po PRL. Ci, którzy budowali te PRL-owskie „ruiny” nie byli w stanie się bronić. Zwycięzcy osądzili ich jako wielkich szkodników. Teraz ci, którzy krytykowali PRL sami są krytykowani. Oto PiS pokazuje III RP jako kraj korupcji, złodziejstwa, kolesiostwa, pogardy dla patriotyzmu i żołnierzy wyklętych. PO, w tym czasie,  zajmowała się sobą i swoimi bliskimi.

Tak oto narodziło się wiele pojęć, które będąc kłamstwami przekazywane są jako prawda najprawdziwsza. Słuchając politycznych komentarzy w TOK FM usłyszałem, że SLD wprowadziło podatek liniowy. Mówiła to Renata Grochal, jedna z czołowych publicystek Gazety Wyborczej. Inni współdyskutanci nawet nie  zająknęli na to kłamstwo. Podatek liniowy pojawił w wypowiedzi premiera Millera  na Radzie Krajowej SLD.  Szybko usiłowano go zamieść pod dywan.  Sprawa jednak  poszła w polityczny obieg, ale nigdy taki podatek nie wszedł w życie. Jako fakt zamieszkał w głowie redaktor Grochal i jej podobnych. Podobnie SLD, na lewicy, jest współwinne podpisaniu konkordatu itp. Kłamstwa, półprawdy, postprawdy krążą po Polsce głównie za sprawą wojny na prawicy.

Teraz PO boleje, że PiS kłamie na temat jej rządów. Wcześniej PO posługiwała się półprawdami na temat PRL. Historia kołem się toczy.  Jednak te najnowsze półprawdy na temat PO i PSL podobają się sprej grupie obywateli. Czy to oznacza, że oni lubią kłamstwa, czy też naprawdę w to wierzą, co im Premier Morawiecki kładzie do głów. A może w tym jest jakieś ziarno prawdy?  Oddzielanie kłamstwa od prawdy spada na obywateli. Są bombardowani mieszanką prawdy, kłamstw i plotek. To wszystko podlane jest emocjami, obietnicami, dodatkowo podszyte strachem przed obcymi, Żydami, Rosją i Unią Europejską. A naród słucha tego wszystkiego i wkrótce będzie starał się oddzielić ziarno od plew. Idą wybory.

Czesław Cyrul

Zarzucają mi na forach internauci, że SLD we Wrocławiu startuje w koalicji do wyborów miejskich razem z Rafałem Dutkiewiczem, którego wcześniej partia krytykowała. To prawda. Ja nadal  uważam, że Stadion Miejski to inwestycja za droga i znacznie obciążająca nasz budżet. Zarazem  stadion jest niewykorzystywany, bo marne mecze naszych piłkarzy nie przyciągają kibiców.  Uważam także, że Śląsk Wrocław nie powinien być finansowany z miejskiej kasy. Chwalę natomiast Narodowe Forum Muzyki. Ten nowoczesny obiekt służy fanom muzyki i znacznie podnosi prestiż miasta w kraju i za granicą. Ganię fakt, że pierwotny budżet budowy tego obiektu został znacznie przekroczony. Podoba mi się nowy basem kryty, wybudowany na igrzyska World Games  o wymiarach olimpijskich, na Wejherowskiej, bo służy teraz tysiącom mieszkańców. Podobnie jest z torem dla rolkarzy w Parku Tysiąclecia. Martwi mnie nieskoordynowana  budowa osiedli mieszkaniowych bez dróg, szkół przedszkoli itp. Zarazem nie mogę nie zauważać, ze w ostatnich latach pensje wrocławian  zbliżyły się do czołówki krajowej. Dawniej nie było tak dobrze.

Ale o sojuszu SLD z ugrupowaniem prezydenta Dutkiewicza nie zaważyła zmiana poglądów SLD, ale ewolucja wizji rozwoju miasta samego prezydenckiego środowiska. To ono zwróciło uwagę na sprawy bliższe codziennemu bytowi obywateli. Jeden radny SLD w Radzie Miejskiej przekonał, że warto powrócić do opieki dentystycznej w szkołach, że warto wprowadzić darmowe przejazdy dzieci komunikacją miejską, o co zabiegał SLD w poprzedniej kampanii samorządowej. Można by wymienić jeszcze kilka spraw, jakie SLD postulował, a które zostały w polityce miasta uwzględnione.

Zatem to nie SLD zmieniło poglądy, ale obie strony uznały, że można wzajemnie się popierać, spierać dla dobra miasta i kreować politykę miejską bliższą obywatelom.

Zresztą, sam kandydat na Prezydenta Wrocławia Jacek Sutryk daje gwarancje takiego kierunku miejskiej polityki. Uznaliśmy w SLD, że więcej można będzie zrobić dla dobra obywateli będąc w rządzącej koalicji niż w opozycji. Doszło zatem do zbliżenia stanowisk obu stron. Środowisko Rafała Dutkiewicza przekonało się do postulatów lewicy, a SLD nie może nie zauważać rozwoju miasta i jego wysokiej pozycji w różnych rankingach oceniających nasze miasta. Nikt  nie porzucił, ani nie zdradził swoich ideałów. Pamiętajmy także, że SLD to partia socjaldemokratyczna, a więc centrolewicowa i kontakt z politycznym centrum nie jest grzechem. Szczególnie, że środowisko Rafała Dutkiewicza jest wybitnie proeuropejskie i prounijne.  Nikt nie jest święty, SLD też ma swoje za uszami, ale ten sojusz pokazuje nie tylko wrocławianom, ale także Polsce, że można szukać mądrego porozumienia. Oczywiście by to wszystko się udało trzeba wygrać wybory w mieście. Jestem dobrej myśli.

Czesław Cyrul

Platforma Obywatelska jest partią dużą i nawykłą do rządzenia. Dlatego teraz przeżywa taką traumę.  Nie jest partią zbytnio przywiązaną do swoich przekonań dlatego też dla wielu osób, także zbytnio do nich (poglądów) nie przywiązanych lub ich nie posiadających, bardzo wygodną. Taka duża partia działa na słabe jednostki jak czarna dziura w kosmosie. Wsysa je do siebie, a one po tym już nie mają szans na samodzielny byt polityczny i nie są w stanie wyrwać się z tej magmy bezideowości. Tak stało się z wieloma osobami, które zostały zwabione do PO i tam miały zachować swoją lewicową tożsamość. Nic takiego się nie stało.

Oto dawno, dawno temu europasłanka Hibner przeszła z SLD do PO.  Podobnie było z posłem Rosatim. Przeszedł do PO z SLD poseł Arłukowicz. Czy ze swoją lewicową wrażliwością zawalczył o cokolwiek lewicowego w rządzie PO?  Senatorem PO został Grzegorz Napieralski i jest to pewnie jego ostatnia kadencja w parlamencie. Były lider SLD wykopał sobie w PO polityczny grób. Na   pogrzeb (polityczny) pewnie nikt nie przyjdzie i nikt nie będzie płakał.

Teraz przyszła kolej na Barbarę Nowacką. Będzie się zapierała, że poniesie w PO kaganek lewicowych idei. Nic z tych rzeczy. Potrzebna jest tylko do przyciągnięcia jej wyborców. Będzie to jednak trudne. Wyborcy Nowackiej to raczej zdeklarowani ludzie lewicy. PO tych chwiejnych wyborców na lewicy  już dawno podkupiła. Nowacka będzie się także zapierać, że nie jest członkiem PO. Nie ma to większego znaczenia. De facto wpadła w tryby tej partii i co najwyżej może zostać zmielona przez nie i posłuży, jak wielu innych,  za polityczny nawóz. PO nigdy nie była blisko lewicy i na pewno nie będzie, ale elektorat lewicy nadal będzie próbowała oszukiwać i podkupywać.

Do elektoratu lewicy nie mam pretensji skoro lewicowe partie nie umieją go do siebie przekonać, to tak się dzieje. Dziwię się naiwności lewicowych polityków. Może jednak oni wcale nie byli lewicowi. Tylko los tak zrządził, że na lewicy się znaleźli. Nie posiadając własnych poglądów dali się wciągnąć  bezideowej, czarnej dziurze w politycznym centrum, która nie tylko od lewa, ale i z prawa wciąga wszystko, co popadnie.

W Wrocławiu także były takie przypadki. Słuch po wciągniętych do PO  zaginął.  Marne srebrniki, dawane chwilowo, nie są żadną zapłatą za utratę twarzy. No, ale twarz i poglądy najpierw trzeba mieć, by móc ją utracić. Tutaj raczej takie przypadki nie wchodziły w rachubę.

Czesław Cyrul

Barbara Nowacka zrobiła to, o czym pisałem parokrotnie. Chciała być liderką na lewicy pod warunkiem, że inni zorganizują partię na jej modłę, w której ona będzie jej prezeską. Sama okazała się być niezdolną do założenia partii na lewicy, bo jej  Inicjatywa Polska to typowa medialna wydmuszka, która właśnie przestaje istnieć. Barbara Nowacka po klęsce w wyborach z 2015 roku obraziła się na SLD i zaczęła o tej partii mówić źle, a wręcz kłamać. Nie potrafiła się także dogadać ani z Biedroniem, ani z Zandbergiem, ani z ruchami miejskimi, ani kobiecymi. Zarazem powiadała, że lewica nie chce się dogadać. Nowacka na pewno nie chciała. Dzisiaj to widać aż nadto wyraźnie.

Jest jeszcze inne tło i kłótni na lewicy. Liberalne media (Gazeta Wyborcza, TVN i TOK FM przede wszystkim) robiły wszystko by wyhodować sobie koncesjonowaną lewicę, która będzie przydatna politycznej centroprawicy. Dlatego drzwi w studiach nie zamykały się za Nowacką, Zandbergiem, Biedroniem  czy Martą Lempart. Z drugiej strony wspomniane media same z siebie, od lat, ostro zwalczały SLD, bo ta partia nie kwalifikowała się do urabiania na koncesjonowaną lewicę. Choć też i było za co ją krytykować.

Oczywiście lewica jest przede wszystkim winna rozbiciu sama sobie , ale to wspomniane media znacząco przyczyniły się do tego, że teraz rządzi PiS.

I tak oto kończy się żywot Nowackiej na lewicy. Widząc, że na lewicy poznali się na jej marności więc postanowiła pójść do Platformy na polityczny żołd. Zdradziła swoją Inicjatywę Polską, ale strata to niewielka, bo i ludzi tam było niewiele, ale jednak szkoda. Przypomnę, że to właśnie głosami PO zablokowano sztandarowy projekt Nowackiej o liberalizacji aborcji. Teraz Nowacka dogaduje się z tymi, którzy ten projekt wrzucili do kosza mydląc zarazem oczy opinii publicznej, ze lewica nie chce się dogadać, a SLD przede wszystkim i w PO one będzie hasła lewicy realizować. W takie bzdury nawet polityczny analfabeta nie uwierzy.  Wchodząc w układ z PO Nowacka  pokazuje, że cała jej lewicowość to przysłowiowy pic na wodę.

Wracając do roli wspomnianych mediów. Nie powiodło się im także promowanie Partii Razem. Nie jest ona w stanie ani zastąpić, ani wyprzeć SLD ze sceny politycznej. Obudziła się więc ostatnio jakaś refleksja. Że może jednak to SLD nie jest takie złe, jak to do tej pory tam malowano. Ale ile wiader brudnych pomyj na SLD wylano  zarazem dezorganizując scenę polityczną na lewicy tego już się nie naprawi. Po szkodach jakie wspomniane media lewicy wyrządziły uważam, że względem lewicy wolno im zdecydowanie mniej. Ale to wołanie na puszczy, bo tam linia polityczna inna obowiązuje, a z autorefleksją też nie jest najlepiej.

Czesław Cyrul

We Wrocławiu i regionie trwa polityczna demonstracja samorządowej bezpartyjności. Antypartyjność okazywana jest przez bezpartyjnych polityków (byłych partyjnych najczęściej) jako cnota. W odróżnieniu od polityków partyjnych są tam ludzie uczciwi, którzy uprawiając politykę uważają się za apolitycznych i dobrze społeczeństwu robiących.

Z ruchów bezpartyjnych pączkują kolejne organizacje bezpartyjnych prezydentów, wójtów itp. Oto np. dolnośląscy „Bezpartyjni Samorządowcy” idą razem z „Dolnośląskim Ruchem Samorządowym” razem do wyborów sejmikowych i niższych szczebli. We wspomnianym DRS aż roi się od byłych partyjnych. We Wrocławiu jednak sprawa się komplikuje.  Bezpartyjni   Samorządowcy popierają kandydaturę Katarzyny Obary- Kowalskiej na prezydenta miasta. Jerzy Michalak z DRS, który jest w koalicji z Bezpartyjnymi Samorządowcami też chce być prezydentem i wyłamał się z „Bezpartyjnych Samorządowców” i utworzył nowy komitet, też oczywiście bezpartyjny, „Idzie Nowe”. Wspomniani kandydaci mają bardzo skromne poparcie sondażowe.

Kandydat związany z Ruchem „Kukiz 15”  też zarejestrował komitet, ale o zupełnie innej nazwie. Mamy tu  kolejne stadium rozwoju bezpartyjnej polityki. „Kukiz 15”, który de facto jest partią, choć formalnie chyba  stowarzyszeniem, atakował mocno partie upatrując w nich same zło. Wspomniany kandydat pewnie stwierdził, że antypartyjny Kukiz 15 też jest passe i poszedł dalej. Jest to kolejne stadium rozwoju bezpartyjności.

W kolejnych wyborach wspomniani bezpartyjni  uznają, że ich bezpartyjne, ale polityczne organizacje już się upartyjniły, albo skompromitowały i powołają nowe bezpartyjne ruchy. W ten sposób zaciera się ślady swoich błędów i niepowodzeń, a ukazuje się kolejną, po liftingu, świeżość bezpartyjną, wspartą sztuczną cnotliwością i niechęcią do polityki i polityków partyjnych szczególnie. Dodam, że zarejestrowane w regionie komitety wyborcze są przede wszystkim  bezpartyjne i apolityczne, ale tworzą je zazwyczaj członkowie partii lub ich sympatycy. Poza tym zarejestrowanie komitetu wyborczego jest łatwiejsze i zazwyczaj kończy on swój żywot po wyborach i wyborcy zapominają, że coś takiego było. Z założeniem partii politycznej i potem z jej rozwiązaniem sprawa jest bardziej skomplikowana.

Generalnie nie dziwię się takiej ucieczce od partii politycznych. Partie same zapracowały sobie na tak złą reputację. Pracowali na tę reputację w dużej części dzisiejsi bezpartyjni politycy, którzy wcześniej nabroili w partiach, a teraz udają cnotliwych bezpartyjnych.

Czesław Cyrul

Lewico jednocz się – nawołuje prasa liberalna. Wcześniej  promowała różne ruchy na lewicy i tępiła SLD zarazem. SLD istnieje, a lewicowi ulubieńcy liberałów słabną. Taka linia poniosła klęskę.  Zatem niech się zjednoczą i wtedy może zagrożą – razem z liberałami- PiS-owi. Widzę w tym chęć ponownego powrotu do władzy PO, a lewica ma być w tym tylko narzędziem, która potem zostanie uznana za niepotrzebną.

Samo zjednoczenie na lewicy jest sprawą bardzo trudną. Nie wierzę w połączenie się obecnych partii i grup. Zbyt wiele je dzieli. Dzielą je bardziej osobiste animozje i ambicje niż kwestie programowe. I jest jeszcze coś znacznie ważniejszego. Brak na lewicy umiejętności organizacyjnych i chwytliwych wizji zdolnych do utworzeniu czegoś nowego, co będzie tchnęło świeżością. Równolegle powinny powstać  struktury organizacyjne  zdolne do walki wyborczej.

W III RP były szybkiego powstawania partii politycznych. W ubiegłym wieku Andrzej Lepper założył Samoobronę i skupił wokół siebie niezadowolonych rolników, a potem  także innych  niezadowolonych. W końcu Samoobrona zawaliła się  pod własnym ciężarem, a PiS w tym bardzo jej pomógł.  Potem Janusz Palikot, odszedł z PO i błyskawicznie założył Ruch Paliokota. Początki były świetne, potem było coraz gorzej i w końcu partia rozpadła się szybciej niż  powstała. Kukiz także wyskoczył znienacka, bazując na sławie piosenkarza, zebrał ludzi od prawa do lewa, ale raczej od prawa i  trwa. Sprawdzianem będą wybory samorządowe. Brak struktur tej partii w terenie dobrze nie rokuje.

Ryszard Petru  powołał swoją Nowoczesną bardzo szybko i sprawnie. Była to nowsza wersja PO, nieobciążona aferami, młodsza, świeższa  i dynamiczniejsza. W sondażach nawet przebijała PO. Jednak Nowoczesna także powoli schodzi ze sceny. Właśnie  jest trawiona przez PO.

Wspomniani liderzy wykazali się umiejętnościami organizacyjnymi i mieli to „coś”, co przyciągnęło wyborców.  Umiejętności organizacyjne i finanse są nie mniej ważne od głoszonej ideologii. Wszystkim wymienionym zabrakło  jednak długofalowej strategii i niestarzejącej się ideologii, a członkowie  liczyli przede wszystkim na partyjne konfitury. Konfitur dla wszystkich nie starcza i partia szybko się kurczy.

Czy na lewicy są tacy? Nie widzę. Czarzastego, sprawnego organizatora, nie trawią inni liderzy. Zandberg raczej jest zdolny po skłócania niż jednoczenia. Barbara Nowacka utworzyła szyld „Inicjatywa Polska” i nic ponadto. Robert Biedroń jest obecny w polityce od lat, ale do partyjnej orki nie pali się. Raczej ma predyspozycje do bycia mądrym celebrytą niż człowiekiem od  czarnych prac organizacyjnych. On o tym wie i dlatego nie wie jaką drogą ma podążać.

Jest na lewicy jeszcze jeden problem. Mniejsze partie patrzą jak na prawicy duże partie pożerają mniejsze. Na lewicy małe ugrupowania boją się SLD, który też dopiero odrabia poniesione straty. Boją się, że SLD je wchłonie i strawi, a oni chcą mieć swoją tożsamość i swoją partię, nawet jak one niewiele znaczą na scenie politycznej. Co więcej te małe partie i grupy też same ze sobą nie potrafią się dogadać. We Wrocławiu Zieloni i Razem ponad rok temu zawiązali sojusz wyborczy. Nic z tego nie wyszło. Także organizacje kobiece nie potrafiły stworzyć wspólnego frontu wyborczego do samorządów. Zatem podziały na słabej lewicy są wielowarstwowe i głównie nie programy je dzielą, ale ambicje przywódcze i kłótliwe charaktery. W polityce nieumiejętność zawierania i dogadywania kompromisów skazuje takie partie na niebyt. Dlatego obecnie  debata na temat zjednoczenia na lewicy, na razie do niczego sensownego nie doprowadzi.

Ale próbować trzeba. Może w końcu zaistnieje taki moment i pojawią się tacy ludzie, którzy powołają duży ruch na lewicy.  Wybory samorządowe takiemu łączeniu  sią nie sprzyjają. Czekajmy na wybory parlamentarne i mądrzejmy na lewicy. Podpowiedzi liberałów  traktujmy z dystansem, bo im nie zależy na silnej lewicy.

Czesław Cyrul

Na warszawskiej defiladzie władza, za sprawą wojska, pokazała czym może straszyć wroga. Większość uzbrojenia naszego, dumnego państwa to rekonstrukcje, czyli sprzęt stary, ale nadal użytkowany, bo na nowy nas nie stać. Jedynie samoloty F-16 (zakupione przez rząd SLD) i transportery rosomaki , których produkcję uruchomił także rząd SLD, to nadające się do użytku konstrukcje.
Niemieckie czołgi leopardy wyprodukowano 30 lat temu. One także przeszły rekonstrukcję, by podołać wymogom współczesnej walki. Czołgi PT-91 to jeszcze starsza, radziecka konstrukcja. Helikoptery produkcji radzieckiej przechodziły rekonstrukcje wielokrotnie i w zasadzie już nie nadają się do lotów, a latać muszą, bo nowych śmigłowcowe nie ma i szybko nie będzie. Armia korzysta jeszcze w radzieckich samolotów Mig-29 i szturmowych Su , które mimo rekonstrukcji już nie są w stanie stawić czoła wrogowi w powietrzu i na ziemi. Rekonstruuje się stare metalowe hełmy i wsadza na głowy żołnierzom. Pomalowane, wyglądają jak nowe, choć pochodzą rodem z PRL-u. Nasza flota wojenna to także w większości stare i rekonstytuowane okręty, które inne kraje już oddały na złom. Szykują się kolejne zakupy złomowanych okrętów. Nad nowymi zakupami władza ciągle radzi i obiecuje, że wkrótce nasza armia odmłodnieje. Ale nawet ten względnie młody też się starzeje.
Są także nowości. Wojsko otrzymało kilkadziesiąt armatohaubic na podwoziach koreańskich, ale nie ma do nich dobrej amunicji. I tak można jeszcze długo wyliczać nasze rekonstrukcje.
Ta sytuacja przypomina trochę nasz rynek samochodów. Tylko niewielka część kupowanych aut, to samochody nowe. Zdecydowana większość to stare auta zwożone z Niemiec i w Polsce rekonstruowane. Nowymi zakupami są samoloty dla vipów, kupione zamiast uzbrojenia. Na defiladzie w Warszawie ilość rekonstruktorów prezentujących dawne wojska dorównywała ilości żołnierzy prawdziwych. Żołnierzy prawdziwych udają wojska obrony terytorialnej, kosztujące rocznie pół miliarda złotych. Liczne grupy rekonstrukcyjne urządzają jasełka pokazujące jak dawni nasi żołnierze dzielni byli. Rząd także rekonstruuje Polskę na wzór kraju archaicznego, konserwatywnego i zamkniętego na przyszłość. Stare uzbrojenie pasuje do tego jak ulał. Jednym słowem armia i spora część kraju rządzonego przez PiS rekonstrukcją stoi.
Czesław Cyrul