W polityce są ludzie, którzy tworzą idee, bronią ich, ale ich zdolności organizacyjne są marne. Dlatego też  większej partii czy ruchu nigdy nie zorganizują. Siedzą na kanapie działają lokalnie, choć apetyty mają większe i pilnują swoich racji niczym świętego ognia. Kiedy przychodzą wybory  czasami podłączają się pod większe partie, które pozwoliłyby im wypłynąć na szersze wody. Inną grupa ludzi w polityce są sprawni organizatorzy, ale zbytnio nie przywiązani do idei.  Ludzi,  którzy łączyliby w sobie te dwie cechy raczej trudno  znaleźć na naszej scenie politycznej.

Przykładem sprawności organizacyjnej był Ryszard Petru. Udało mu się, ma krótko przed wyborami do Sejmu, zorganizować struktury partyjne, dotrzeć do wyborców i odnieść sukces. Polityczna świeżość i nowe twarze spodobały się wyborcom. Zbieżne poglądy  Nowoczesnej z wizjami PO nie przeszkadzały wyborcom o liberalnych poglądach, a nawet umacniały w przekonaniu, że w końcu pojawiła się siła która je urzeczywistni. Szybki sukces zawrócił niektórym w głowach. Tymczasem nie ma tej partii w samorządach, a to poważne utrudnienie w utrzymywaniu struktur w terenie. Ta partia ma niewiele  do powiedzenia w Sejmie, choć jej przedstawiciele dobrze wypadają, na tle innych posłów, w mediach. Szybko okazało się także, że partyjna sprawność organizacyjna była tylko chwilowa, a  liberalne poglądy przestały trafiać do wyborców.

Spory wewnętrzne trawiły partię od początku jej narodzin. Przyczyną były także przejścia polityków z PO do Nowoczesnej. Dolew niby świeżej, ale de facto bez tlenu, krwi z PO wywołał  konflikt – używając języka medycznego-  serologiczny. Zaczęły się swary i nieporozumienia. Od Nowoczesnej politycy zaczęli odchodzić do PO, ale nie ci ,którzy wcześniej z PO odeszli.  PO to duża partia i tam byli członkowie Nowoczesnej niczego nie zaburzą. Kłopoty organizacyjne Nowoczesnej  wywołały  nerwowość programową. Ryszard Petru co chwila  ogłasza nowe propozycje, ale wobec braku sprawdzenia ich w praktyce jest to tylko  polityczna „liturgia słowa”. Nawet przychylne partii  media zaczynają ją krytykować. Wyborcy ponownie zwracają się do PO. Ta partia też co rusz zmienia swoje poglądy, ale przy  swojej, dużej masie będzie się nadal  toczyć.  Zatem dobra organizacja partii i program są integralnymi częściami jej dłuższego bytu.

Ale nie do końca. Partia Kukiza wymyka się tym regułom. Trudno dzisiaj dociec jaki ta partia  ma program,  za czym jest, a za czym nie, a notowania ma wysokie. Jednak wyborcom Kukiza  generalnie każda władza się nie podoba, Kukizowi także i to jest ten element spajający wyborców z Pawłem Kukizem.

Czesław Cyrul

Prawo i Sprawiedliwość wycofało się z pomysłu, aby prezydenci, burmistrzowie i wójtowie, którzy sprawują swoje obowiązki już dwie kadencje nie mogli startować ponownie na te posady. Prawo działałoby wstecz, a nie może i taki pomysł mógłby wywołać wiele negatywnych konsekwencji dla PiS. SLD też jest za ograniczeniem sprawowania w/w funkcji do dwóch kadencji, ale takie  prawo powinno działać od najbliższych wyborów samorządowych i nie brać pod uwagę poprzednich kadencji. Taką zasadę chce przyjąć PiS, ale jak będzie naprawdę to się dopiero okaże

PiS chciałoby odsunąć wielu znanych, niepisowskich samorządowców  od władzy.  Rządząca partia nie ma w samorządach zbyt wielu swoich prezydentów i burmistrzów, a bardzo chciałaby. Jednak zablokowanie startu dotychczasowym włodarzom jest ryzykowne i z innego powodu. Ta liczna grupa popularnych w terenie prezydentów i burmistrzów, której pozbawiono by  możliwości ponownego kandydowania, za rok, w wyborach parlamentarnych, mogłaby zasilić listy do Sejmu i Senatu. Wielu z nich mandaty miałoby bankowo w kieszeni. Na samym Dolnym Śląsku tacy samorządowcy jak Dutkiewicz, Moskal-Słoniewska, Krzakowski, Szałemej, Roman, Zawiła, Rokaszewicz czy Poniżnik  zdobyliby mandaty parlamentarne bez trudu, a żadne z nich nie jest z PiS. W kraju jest podobnie. Wprowadzając ustawę działającą wstecz PiS strzeliło by sobie w kolano, a władza centralna i  scentralizowana jest dla tej partii sprawą nadrzędną. Stamtąd można także tworzyć prawo odbierające uprawnienia krnąbrnym samorządom. I pewnie taką strategię zapanowania nad samorządami PiS przyjęło.

Czesław Cyrul

W ramach Dolnośląskich Dni Pionierów i Osadnictwa na Dolnym Śląsku w Legnicy odbyła się konferencja o początkach oświaty w regionie. Ja nie zaczynałem edukacji w 45 roku. Urodziłem się znacznie później, ale czasy też były trochę pionierskie.

Kiedy miałem 7 lat, w 1958 roku, w mojej malutkiej rodzinnej wsi otworzono szkołę. Czteroklasową. Na godzinę ósmą  przychodziły dzieci z klasy trzeciej i czwartej. Na jedenastą z klasy pierwszej i drugiej. W sumie do szkoły uczęszczało 28 dzieci. Nauczyciel zadawał nam zadania, a potem udawał się na zaplecze szkoły, gdzie mieszkał wraz z żoną i dzieckiem. Pod koniec lekcji przychodził i sprawdzał nasze postępy w nauce. Kiedy po raz pierwszy szedłem do szkoły swoje książki niosłem zawinięte w gazetę, ale po kilku dniach rodzice kupili mi tornister z preszpanu. Preszpan to taka sprasowana tektura. Tornister początkowo sztywny, szybko stawał się flakowaty i obrywały mu się szelki. Nauczyciel uzupełniał średnie wykształcenie i często wyjeżdżał na pobieranie nauk w mieście. Zdarzały się także konferencje. Wtedy mieliśmy wolne. Jak  wolne było jesienią czy wiosną trzeba było pomagać w pracach polowych.

Po dwóch latach przyszła do nas nowa nauczycielka. Rodzicom oznajmiła, że jest partyjna. Paliła  papierosy „Raritasy”, a czasami nawet „Carmeny”. Palenie papierosów na wsi przez kobiety uznawano za ekstrawagancję. Mężczyźni palili Sporty,  czasami Żeglarze.  Kiedy nauczycielka częstowała mężczyzn swoim papierosem oni chętnie próbowali carmena z filtrem, bo to była zupełna nowość.

Nowa nauczycielka założyła szkolny teatrzyk, zorganizowała Koło Gospodyń Wiejskich, ZMW i LZS. Do wsi zaczęło przyjeżdżać kino objazdowe. Tzw. „kiniarz” sprzęt przywoził na bagażniku roweru. Rower był zaopatrzony w silniczek, który ułatwiał przewożenie sprzętu. Potem objazdowe  kino dorobiło się „lublina” z plandeką.  Seanse odbywały się w szkolnej sali, w której rano były lekcje. Wcześniej wyświetlano filmy rolnicze o uprawie zbóż czy hodowli trzody, a dopiero potem filmy fabularne. Nowa nauczycielka tchnęła nowe życie w maleńką wieś. Zaczęli u niej gościć lokalni notable. Jak wieczorem  pod szkołą stała siwa Warszawa to oznaczało, że przyjechał ktoś ważny z powiatu. Czarne wołgi nie przyjeżdżały. Na nieszczęście dla mojej wsi wieść o współczesnej Judymce szybka się rozeszła i zabrano ja do innej większej szkoły, gdzie została dyrektorką

Od piątej klasy musiałem chodzić do szkoły  w sąsiedniej wsi. Codzienne trzy kilometry w jedną stronę i trzy w drugą. Niestety i tutaj klasy były łączone np. szósta z siódmą. Wtedy zimy zdarzały się śnieżne. Kiedy śnieg sięgał powyżej kolan nie chodziliśmy do szkoły. Nie było zwyczaju, by ktoś dzieci do szkoły podwoził, czy odbierał.

Później, by dotrzeć do liceum najpierw jechałem rowerem trzy kilometry do przystanku autobusowego. Potem pół godziny autobusem,  jeszcze tylko prawie dwa kilometry piechotą  i już byłem w szkole.  Po południu, proces się powtarzał w odwrotnej kolejności.  W podstawówce uchodziłem za zdolnego ucznia. Kiedy jednak poszedłem do liceum w powiecie okazało się, że mam poważne braki z matematyki.  Młody nauczyciel tego przedmiotu specjalnie nie przykładał się. Zdarzało się, że w trakcie lekcji graliśmy w tenisa stołowego. Byleby tylko nas dyrekcja nie zobaczyła. To tajne przymierze skończyło się dla mnie fatalnie. Kiedy zmienił się nauczyciel matematyki okazało się, że jestem Nikiforem w tym przedmiocie. Niby zdolny, ale z powodu braku podstaw niczego nie potrafiłem. Matura z matematyki była dla mnie traumą. Krótko przed nią brałem korepetycje co w tamtych czasach było ewenementem. Maturę zdałem, ale zdarza mi się, że śni mi się ona po nocach i że ją oblałem. Budzę się i dochodzi do mnie, że skończyłem studia więc i maturę musiałem zdać.

Czesław Cyrul

Uf. Odetchnęli z ulgą kibice, działacze i właściciele Śląska Wrocław, czyli władze miasta.  Piłkarze, po wygranej 6:0 z Ruchem Chorzów, oddalili widmo  degradacji do niższej ligi. Taka degradacja to nie tylko problem sportowy czy prestiżowy. To przede wszystkim problem biznesowy. Zresztą, według  mnie, piłka nożna to przede wszystkim przedsięwzięcie biznesowe ze sportem  i kibicami jako narzędziem do jego (biznesu) uprawiania.  Dla władz miasta to  problem biznesowy i polityczny. To, że do tej pory miasto wydało 70 milionów złotych na piłkarzy nie oznacza wszystkich wydatków. Co roku trzeba spłacić kilkadziesiąt milionów złotych raty za kredyt wzięty na budowę stadionu. Stadion jest co prawda odrębną jednostką organizacyjną, ale „de facto” integralną częścią piłkarskiego Śląska, bo tylko on z tego stadionu korzysta. Biura, siłownia to margines. Przypomnę, że do bieżącego funkcjonowania stadionu miasto rocznie także dokłada miliony. Kiedy stadion budowano zdecydowana większość wrocławian była  za tą inwestycją. Tylko nieliczni przestrzegali, że będzie to kula u nogi miasta.

Gdyby nastąpiła degradacja klubu powstanie pytanie co zrobić ze stadionem? Teraz na mecze przychodzi po kilka tysięcy ludzi, ile przychodziłoby na mecze w niższej lidze? Na pewno nie więcej. Do niskiej frekwencji w trakcie meczów znacząco przyczynili się fanatycy klubu, którzy na stadionie urządzili sobie  pseudonabożenstwa swojej pseudoreligii, która ze sportem nie ma nic wspólnego. Większości kibiców to się  nie podobało i przestali na mecze przychodzić. Władze klubu nie umiały sobie z tym poradzić.  

Od lat władzom miasta i klubu nie udaje się pchnąć na dobre tory tego biznesowego przedsięwzięcia. I nic nie wskazuje by coś się zmieniło. Planowana jest sesja Rady Miejskie Wrocławia, gdzie radni będą radzić co z klubem zrobić. Niczego nie uradzą. Take sesje już były i nic po nich się nie zmieniło, bo radni też nie wiedzą jak problem rozwiązać. Pozostaje  zacisnąć zęby i nadał płacić piłkarzom spore pieniądze za marne granie z nadzieją, że może  w końcu znajdzie się ktoś z pomysłem i pieniędzmi  i wyciągnie klub ze sportowej i finansowej zapaści. Cuda się zdarzają. Ostatnio koszykarki Ślęzy Wrocław zdobyli mistrzostwo Polski. Klub został wyciągnięty z niebytu. Polecam władzom Śląska zasięgnięcie rad u pani prezes Ślęzy: jak to się robi.  Ale  biznesowe pomysły nie są za darmo, a piłka nożna to przede wszystkim biznes. I tego się trzymam.  Miłość kibiców do klubu rośnie wraz z sukcesami piłkarzy. Sukces klubu to pomysł na zdobycie pieniędzy, które trzeba wydać na piłkarzy trenerów, szkolenie i oczywiście utrzymanie stadionu. Miłość najzagorzalszych kibiców klubu niczego nie jest w stanie zmienić. Z tej miłości sukcesów klubu nie da się ulepić. No chyba, że kibice kupiliby akcje klubu, ale ja w to w ogóle nie wierzę. Ale wierzę, że Śląsk ucieknie katowi spod topora i za to trzymam kciuki.

Czesław Cyrul

W ramach „III Dni Pionierów Osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych” w Legnicy  odbyła się bardzo ważna konferencja „Pionierskie Lata Oświaty i Kultury na Dolnym Śląsku” zorganizowana przez Dolnośląski Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli. Nie da się w krótkim materiale  przytoczyć wszystkich wystąpień, bo  to materiał na dużą publikację.  Skupię się na wystąpieniu profesora  Stanisława Nicieji z Uniwersytetu Opolskiego.  Profesor mówił, że 80 lat temu na Uniwersytecie Lwowskim wisiały polskie flagi i wykładali tam polscy uczeni. W tym samym czasie w Auli Leopoldina, na Uniwersytecie Wrocławskim, wisiały flagi ze swastykami i wykładano po niemiecku. W 1945 roku miastu Lwów otworzono żyły i wpuszczono krew ukraińską. Miastu Wrocław otworzono żyły i wpuszczono krew polską.  200 lat temu Warszawa byłą miastem rosyjskim, Kraków austriackim, a Poznań niemieckim – po Polsce nie było śladu. Profesor pokazał jak przez wieki zmieniały się nasze granice. I powiedział, że dlatego nie  opisuje Polski, ale historie Polaków. W tej wielkiej migracji polskiej ludności po wojnie interesują go ludzkie dzieje, nie militaria.  Opisuje historie Polaków na dzisiejszej Ukrainie, bo tam mieszkali i mieszkają nasi rodacy i opisuje losy ich potomków na Ziemiach Odzyskanych.

Lwowska kadra naukowa zasiliła Wrocław, ale także Politechnikę w Gliwicach. Szybko powstały w tych miastach mocne ośrodki naukowe. Ale  ponad 18 tys. lwowskich robotników osiedliło się w Bytomiu.  A 8 tys. mieszkańców Borysławia, gdzie były szyby naftowe i rafinerie, osiedliło się w Wałbrzychu. Z nafciarzy przekwalifikowali się na górników. Mieszkańcy Kołomyi  osiedlali się w Kłodzku, a 8 tys. obywateli Stanisławowa wybrało Opole.

Nie możemy zapomnieć o swoich korzeniach. Tutejszą historię tworzymy my i powinniśmy utożsamiać się z nią. Trzeba ją jednak umieć ciekawie opisać, by trafiła  pod strzechy. To rola historyków, którzy powinni mieć talent do pisania dla wszystkich, a nie zadawalać się nudnymi rozprawami naukowymi pisanymi do szuflady.  

Słabością społeczeństwa pierwszych lat powojennych  na Ziemiach Odzyskanych było poczucie tymczasowości. Dopiero po latach przesiedleńcy wrośli  w tę ziemię, a dla ich dzieci Dolny Śląsk jest ich ojczyzną.  Jak powiedział prof. Zawada z Uniwersytetu Wrocławskiego: Dolny Śląsk po wojnie był wielkim eksperymentem i do tego udanym. Mało się o tym dzisiaj mówi i pisze.  Historycy – naukowcy przegrywają  z pseudohistorykami będącymi na usługach partii  i dzisiaj  historia polityczna, często nie mająca wiele wspólnego z faktami, wygrywa. Dlatego dzisiaj na Dolnym Śląsku   dla polityków ważniejsi są żołnierze wyklęci, a historię milionów osiedleńców, którzy repolonizowali te ziemie, spycha się w zapomnienie. Ta konferencja, choć po części, przypomniała prawdziwa powojenną historię tych ziem.

Czesław Cyrul

6 maja, 72 lata temu, upadła twierdza Festung Breslau. Do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Dwa dni później Niemcy skapitulowały. Dzisiaj te rocznice nie są nagłaśniane, a jeżeli już to z zaznaczeniem, że z jednej niewoli trafiliśmy do drugiej i ta druga jest tak prezentowana, jakby była gorsza od tej pierwszej.

 Taka dzisiaj obowiązuje narracja polityczna. Pomija się fakt, że Niemcy chcieli nas zupełnie powybijać, a z jeszcze żyjących zrobić tanią silę roboczą.  Dzisiaj we Wrocławiu gloryfikuje się żołnierzy wyklętych, których rola w wyzwoleniu miasta była żadna.  Zdejmuje się tabliczki z nazwami ulic byłych,  niesłusznych bohaterów i wiesza z nazwiskami żołnierzy wyklętych, ogłasza się konkursy na ich pomniki.

 Dolnośląska ziemia została zasiedlona  przez zdemobilizowanych  żołnierzy I i II Armii WP oraz przesiedleńców z Wołynia, Wileńszczyzny, itp. To oni polonizowali te ziemie i przywracali Polsce. To oni są  prawdziwymi bohaterami tych ziem. Dzisiaj często sami nie umieją się upomnieć o szacunek i pamięć o tamtych czasach. Ich dzieci też zapominają, skąd przybyli ich rodzice i jaką  rolę w polonizacji odegrali. Wojenne cmentarze II Wojny Światowej są coraz bardziej opuszczone. Są solą w oku dzisiejszej władzy, bo pokazują prawdziwą historię tych ziem, niezgodną z dzisiaj propagowaną jej wersją.  

Paradoksem jest czczenie żołnierzy wyklętych przez fanów Śląska Wrocław,  klubu który był założony i przez dziesiątki lat prowadzony  przez  Wojsko Polskie, a  z wyklętymi nigdy nie miał nic wspólnego. Historia zawsze była naginana do politycznych potrzeb.  Cała post-solidarność ma w tym temacie „duże sukcesy”, ale PiS w tym przebija wszystkich poprzedników.  Mam nadzieję, że za 20 lat dzieci w polskich szkołach nie będą uczone aż tak „uaktualnionej” wersji jakoby Wrocław, w 1945 roku,  został odbity z rąk Rosjan  przez żołnierzy wyklętych. Liczę, że aż  tak daleko fałszowanie nie zajdzie.

Czesław Cyrul

Pan prezydent Duda kolekcjonuje na swoim koncie wypowiedzi, które nie przystoją głowie państwa. Pewnie powstanie kiedyś biała księga zawierająca jego myśli skłócające Polaków.  Przed tygodniem, z rozbrajającą szczerością,  stwierdził,  że dzieci prominentów PRL, a pewnie także III RP, bo dla niego to ten sam sort, bronią starego porządku. Oznacza to, że przeciwni są porządkom wprowadzanym przez PiS. Sprawa jest poważna, bo dotyczy milionów obywateli, których prezydent uznaje za obrońców starego porządku i szkodzących polityce PiS.

Gdybym rozumował tak, jak Prezydent to mógłbym  postawić następującą tezą. Wiadomo, że  wśród młodych i słabiej wykształconych mężczyzn PiS ma wielu zwolenników. Potwierdzają to analizy wielu badań poparcia dla partii politycznych. Grupki kiboli i chuliganów to  głównie tacy młodzi mężczyźni: demolujący pociągi, niszczący stadiony i ławki w parkach. Nie wyobrażam sobie młodego lekarza, który po nocnym dyżurze w szpitalu, wali pięć piw, a potem niszczy publiczne mienie i wywołuje burdy, albo gardłuje na ulicy: precz z komuną. Mogę więc uogólnić: wszyscy chuligani, kibole i wszelkiej maści narodowcy to zwolennicy PiS.

Czy to prawda? Tylko w minimalnych stopniu. Ta grupa mężczyzn  raczej rzadko chodzi na wybory. I dalej. Antyspołecznie zachowuje się tylko bardzo niewielka grupa młodych mężczyzn, która nie może być uogólniana z całym elektoratem PiS, któremu w żadnym przypadku  nie można zarzucać chuligaństwa.  

Pan prezydent  doskonale wie, że cynicznie sączy do uszu swoich wyborców kłamstwa o milionach ludzi gorszego sortu sypiących piach w tryby PiS-owskiej władzy. Takie chwyty stosowała władza w latach pięćdziesiątych minionego wieku. Wtedy piach w tryby władzy sypali głównie zachodni kapitaliści, teraz sypie gorszy sort obywateli, któremu nie podoba się polityka PiS. Nie dziwię  się, że rzecznik prezydenta nie wytrzymał tego sortowania obywateli i padał się do dymisji. Pewnie doszedł do wniosku, że granice absurdu przekroczono i nie może więcej dawać twarzy dla tego typu postprawdy.

Czesław Cyrul

Pan Prezydent znowu krzyczał do, lub na, Polaków. Tym razem z okazji święta 3 Maja. Było o nowej Konstytucji, referendum w tej sprawie i jedności narodu. Dzień wcześniej prezydent wskazał zdrajców narodu oraz powiedział, że ich dzieci też mają w genach zdradę. Zatem o jedności narodu mowy być nie może. Jeszcze wcześniej, nad Odrą, twierdził, że przelana, żołnierska krew ma taki sam kolor. A jeszcze wcześniej, na okoliczność rocznicy smoleńskiej, nawoływał do przebaczenia, a rok później wykrzyczał, że o przebaczeniu mowy być nie może.

Kiedy Prezydent mówi  to, w co wierzy?  Prawdziwszy jest ten dzielący obywateli na różne sorty, bo zdarza mu się to częściej. Ale kto to wie, co naprawdę kłębi w prezydenckiej głowie  i czy wyleci gołębiem, sępem czy płochliwym wróblem?

Pan Prezydent przemawia bez kartki, czasami podejrzewam, że i bez namysłu. Wyrzuci z siebie to, co mu właśnie przychodzi do głowy, a potem nawet partyjni towarzysze  wbijają wzrok w ziemię i nabierają wody w usta. Może lepiej byłoby, gdyby jednak Prezydent czytał swoje wystąpienia z kartki: wcześniej napisane, przemyślane i dostosowane do okoliczności. Myśli byłyby poważniejsze i głębsze, a i wstydu byłoby mniej. A jakby do tego przestał krzyczeć na obywateli, to zrobiłoby się bardziej znośnie.

Czesław Cyrul

Co roku, 2 maja, w dniu Dzień Flagi  RP, zabawiam się w statystyka. Liczę, z mojego balkonu i okien, a mieszkam na dość wysokim piętrze, ile flag wisi na balkonach. Mam w zasięgu wzroku kilkaset balkonów. Flag, od lat, wisi od dwudziestu do trzydziestu sztuk.  Przeciętnie w co trzydziestym mieszkaniu wywiesza się flagę.

W trakcie głównych uroczystości Pani Premier mówi o dumnym narodzie i szacunku dla flagi. Na maszt wieży Zamku Królewskiego w Warszawie, odbudowanego za czasów Gierka, żołnierze wciągają flagę, orkiestra gra hymn narodowy. Wieża jest pokryta liszajami, a tynk odpada od niej płatami. Flaga dumnego narodu na tle odpadającego tynku. Scena pełna symboliki: narodowa flaga, hymn, kompania honorowa, wyprężona premier i taki sam prezydent, pełne patosu przemówienia i pokryta liszajami  królewska wieża.

Odpadający tynk to wina komuny albo III RP, która zostawiła kraj w ruinie.

Patos i polska rzeczywistość: biało-czerwona na królewskiej wieży, odpadający tynk, pojedyncze flagi na balkonach i dumny naród przywiązany do narodowych symboli.

Czesław Cyrul

Obecnie 1 Maja to czas domowej bezczynności i długich weekendów dla bogatszych. Postsolidarnościowa władza uczyniła wiele, by to święto sprofanować i ośmieszyć, a rozbita klasa robotnicza nie potrafiła go obronić. Robotnicy w PRL byli  solidarni i świadomi swojej siły, z którą liczyli się partyjni przywódcy. Władza bała się  ich  gdy wychodzili na ulicę. A była to klasa bardzo młoda, bez większych  tradycji. Przed wojną byliśmy państwem chłopskim ze znikomą ilością robotników i inteligencji.

To robotnicy nadawali nowy bieg historii powojennej Polski.  Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza była motorem przemian ustrojowych w naszym kraju. Majowe pochody w PRL gromadziły miliony ludzi i kłamstwem jest, że przymuszano ludzi do uczestnictwa. Pewnie też i tak było. Dzisiaj zwozi się autokarami związkowców, na coraz rzadsze demonstracje i potem płaci diety za palenie opon na ulicach. Zawsze można się czegoś czepić.

Ta dumna klasa robotnicza, rękami jej inteligenckich reprezentantów, zmieniła ustrój w naszym kraju, a zaraz potem postsolidarnościowi kapitaliści zniszczyli jej godność i wysłali na śmietnik historii. Teraz oni (robotnicy) pracują ku  chwale kapitalizmu i kapitału. Postsolidarnościowa władza nie chciała majowych pochodów, bo pokazywanie spauperyzowanej klasy robotniczej nie dawało dobrego świadectwa syropianowcom. Mydlono oczy i kłamano, że to święto o komunistycznym rodowodzie. Zaprzęgnięto całą  machinę propagandową, by to święto zohydzić i upodlić. Jeden z wrocławskich historyków twierdził nawet, że we Wrocławiu to święto ma związki z hitlerowcami, bo przed wojną, 1 Maja,  oni organizowali pochody we Wrocławiu.

Kościół wespół z ZZ „Solidarność”, 1 Maja, woli obchodzić święto Józefa Robotnika. O odpowiednią rangę  tego święta, po 90 roku,  nie zadbała także, kiedy rządziła,  lewica. Nadawała jedynie bardziej ludzkie oblicze naszemu kapitalizmowi, ale i to nie zawsze. Pamiętamy jak zabierano dodatki do barów mlecznych, czy zniżki kolejowe dla studentów, a były to kwoty symboliczne.

Dzisiaj  nie pozostał nawet ślad po robotniczym hegemonie budującym kraj i jak trzeba obalającym system. Dzisiaj robotnicy są podzielni i słabi. Dawna solidarność jest tylko wspomnieniem. Robotnicy na wybory często nie chodzą, a jak głosują , to na prawicę, która wcale ich interesów nie reprezentuje.

Dzisiaj po ulicach maszerują narodowcy, kibole i  procesje kościelne. O robotnicze interesy upominają się  grupki polityków i związkowców. Sami robotnicy wolą 1 Maja posiedzieć w domu, wierząc, że ktoś za nich załatwi ich problemy, że niewidzialna ręka rynku da im dobre zarobki, że na emeryturze będą dostatnio żyć, a maszerujący narodowcy zapewnia im spokój. Wybudzenie z tego letargu  może być bardzo bolesne.

Czesław Cyrul