Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Powoli rozkręca się kampania do Europarlamentu i partie polityczne zaczęły straszyć obywateli jakąś apokalipsą, tyle że każda widzi ją inaczej. W poprzednich kampaniach w straszeniu obywateli prym wiodło PiS. Groziła nam Unia, że nas wynarodowi, Rosjanie zruszczą, ateiści pozbawią wiary, Niemcy wykupią nasze ziemie, małżeństwa gejowskie pozabierają dzieci tradycyjnym rodzinom, a polskojęzyczne, ale obce media przerobią nasze mózgi na cuchnącą breję. No i oczywiście złodziejska ekipa rządząca PO myśli tylko o napychaniu swoich kieszeni i dlatego jesteśmy biedni. Taka retoryka PiS-u, owszem miała swoich zwolenników, ale nie było ich tylu, aby PiS mógł przejąć władzę. Z kolei PO obiecywała tak dużo wyborcom, że po przeliczeniu obietnic z ostatnich 7. lat wynikło, iż tylko jedna trzecia została spełniona. Teraz role się odwróciły. PO straszy więcej, zapowiada nową politykę energetyczną, jednoczenie się ludów Zachodu przed zagrożeniem ze Wschodu. Co prawda Zachód ze Wschodem wymienią się notami dyplomatycznymi w sprawie Krymu, ale zarazem wymiana handlowa na tym nie cierpi. PiS natomiast uderza w sprawy gospodarcze, ale krajowe. Prezes Kaczyński, na spotkaniu w Jeleniej Górze zapowiedział, że nasze Ziemie Zachodnie wymagają rewitalizacji. W poprzednich kampaniach prezes opowiadał, że to wschodnie regiony są poszkodowane w równym rozdziale unijnych środków i ponieważ są propisowskie, to platformersi zaniedbują celowo tamte województwa. Teraz, będąc na zachodzie, w Jeleniej Górze opowiada, że to ten region potrzebuje rewitalizacji, czyli dla każdego co miłego. W rzeczywistości zachód kraju rozwija się szybciej od wschodu, ale to temat na dłuższy wywód. Rewitalizacja zachodu Polski czy kreowanie nowej polityki energetycznej to procesy rozciągnięte na dziesięciolecia i opowiadanie o nich w kampanii do Europarlementu to takie wyborcze mydlenie oczu, bo skoro raz wschód kraju jest poszkodowany gospodarczo,a przy następnej kampanii zachód wymaga rewitalizacji, to logiki w w tym jakoś nie widzę. Przestraszeni obywatele zamykają się w domach i nie wychodzą na wybory. Układają sobie życie, gdzie strachu jest mniej, a więcej spokoju. Czym straszą obywateli inne partie napiszę przy kolejnej sposobności.

Czesław Cyrul.

W poprzednim artykule napisałem o kryzysie mediów publicznych i celowym torpedowaniu przez rząd  rozwiązania sposobu  ich finansowania. Ale jeszcze we wcześniejszych tekstach  zaczepiałem kandydata  do Europarlamentu z listy Europy + Roberta Kwiatkowskiego, który  szukając pieniędzy dla niepełnosprawnych dzieci błędnie, ale chyba świadomie, szukał ich w dolnośląskiej samorządowej, a nie państwowej kasie. Pisząc natomiast o degrengoladzie z mediach publicznych pominąłem nazwisko Roberta Kwiatkowskiego. Otóż na przełomie tysiącleci pan Kwiatkowski był najpierw członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, a potem prezesem TVP. Był dobrym prezesem, a nawet bardzo dobrym.  Za jego czasów telewizja kwitła. Przypomnę od niechcenia, że było to za rządów lewicy. Po jego odejściu TVP zaczęła szybko podupadać, by w końcu popaść w permanentny kryzys. Pracownicy  telewizji z rozrzewnieniem wspominają czasy rządów prezesa Kwiatkowskiego. Ponieważ teraz obecna władza nie poszukuje dobrych prezesów TVP, to Kwiatkowski startuje do Europarlamentu. W TVP przydałby się bardziej, choć przy podejściu obecnej władzy do problemu mediów publicznych i pustej kasie wyciągniecie TVP na prostą byłoby to bardzo trudne.

Czesław Cyrul.

Zasmuciła mnie informacja, że przymuszony do kandydowania do Eroparlamentu minister Zdrojewski zapowiedział, iż nie zdąży sfinalizować prac nad nową ustawą o opłacie audiowizualnej. Teraz każde gospodarstwo domowe powinno uiszczać kilkanaście złotych miesięcznie za korzystanie z publicznego radia i telewizji. Powinno, bo zdecydowana większość nie płaci. Nie płaci między innymi dlatego, że kilka lat temu premier Tusk osobiście zachęcał obywateli by tej opłaty nie uiszczali. To w skali światowej ewenement, kiedy premier rządu zachęca do łamania prawa. Brak wpłat na media publiczne skutkuje coraz marniejszymi programami. Publiczna TV i radio upodobniają się do mediów komercyjnych. Królują tanie seriale, reklamy, okrojone informacje i tania rozrywka. Nic dziwnego, w minionym roku budżet publicznej TV, bodaj jedynie w 12% zasilany był z opłat abonamentowych, pozostała część musiała być wypracowana poprzez emisję reklam. Zniknęły z publicznej TV dobre teatry, dobre filmy  popularno –naukowe, porządnie zrobione seriale. Jeżeli takie się pojawiają, to jako powtórki rodem z PRL-u, czy lat dziewięćdziesiątych.  Nic dziwnego, że obywatele przestają rozróżniać media komercyjne od publicznych, skoro tu i tu króluje tania komercja. Tymczasem badania pokazują, że ogromna większość społeczeństwa wszelkie informacje, kulturę i wszelką wiedzę o świecie czerpie z telewizji i radia. Społeczeństwo karmione przez lata tanią papką, przyjmie taki  obraz za jedyny i rzeczywisty. Tym sposobem rząd premiera Tuska wychowuje pokolenia obywateli znających się na proszkach do prania i sitcomowych serialach. Jak przypomnę sobie ile, jeszcze w dziewięćdziesiątych latach, wrocławski ośrodek TV produkował programów i jak dzisiaj zionie pustką z tego budynku, a dobrzy dziennikarze szukają innego zajęcia, to szlag mnie trafia. To wszystko wina premiera Tuska. Ale po co obywateli przymuszać do płacenia  podatku, nieważne, że niewielkiego, nikt tego nie lubi. A że społeczeństwo z powodu zapaści mediów publicznych głupieje; no to co. Głupimi łatwiej zarządzać. Jesteśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej, gdzie sprawy mediów publicznych są tak źle traktowane. Żyjemy z okresie telewizyjnej schzofrernii w mediach publicznych. Na jednym kanale tajniak  z IPN tropi zbrodnie PRL, a na drugim , po raz setny któryś, emitowany jest serial z Jankiem Kosem i psem Szarikiem. Pies Szarik ma oczywiście o wiele więcej widzów. Tym samym widz wystawia świadectwo telewizji z czasów PRL i tej współczesnej. Sprawa opłat audiowizualnych jest naprawdę prosta do rozwiązania. Skoro przez lata tego nie załatwiono, to znaczy, że celowo nie chciano. Dla ministra Zdrojewskiego nadarzyła się okazja, aby z politycznego kłopotu wyślizgać się. Obywatele! Chcecie mieć coraz gorszą telewizję publiczną i takie same radio? Nie płaćcie abonamentu. Premier Tusk popiera Was. Ale to droga do trzeciego świata, a nawet jeszcze dalej. Nie idźcie tą drogą.

Czesław Cyrul.

Wszystko jasne. Już wiemy kto, z jakiej listy i z którego miejsca wystartuje do Europarlamentu. Osobami, które przez lata zapracowały na pewny mandat w tych wyborach są posłanka SLD-UP Lidia Gereinger de Oedenberg i minister Bogdan Zdrojewski z PO. Oni będą motorami partyjnych list wyborczych. Na czele listy PiS stoi poseł Dawid Jackiewicz, a zaraz za nim Jest poseł Ujazdwoski. Nie są tak rozpoznawalni jak wcześniej wymieniani kandydaci. PiS natomiast może liczyć na dobre notowania partii i pewnie w tym upatruje szans na sukces. Można zatem przypuszczać, że poseł Jackiewicz też ma pewny mandat. Zakładając, że w regionie będzie do zdobycia pięć mandatów, to w czyje ręce i do jakiej partii trafią pozostałe można tylko przypuszczać. Wiadomo, kto ich nie zdobędzie. Nie zdobędzie ich Partia Gowina, ani Solidarna Polska. Pewnie nie uda się to PSL – owi. Nie ma szans na mandat Nowa Prawica, narodowcy i inne malutkie ugrupowania, które chcą się przebiec w wyborczym wyścigu, choć wiadomo, że nawet  do mety nie zdołają dobiec. Znikną gdzieś po drodze. Wybory są zwieńczeniem wieloletniej pracy politycznej. Chcąc stać się znanym, ostro za kampanię zabrał się warszawski kandydat Twojego Ruchu Robert Kwiatkowski. Już powiesił się we Wrocławiu na bardzo dużej ilości bilbordów. Przypomnę, że ów kandydat kilka dni temu, poszukując pieniędzy dla niepełnosprawnych dzieci, wskazał na samorządowe i unijne pieniądze w naszym regionie, które w żadnym przypadku nie mogą być przeznaczone na te cele. Nie sprostował ewidentnej wpadki. Może, więc dezorientował celowo? Ale widzę, po początkach kampanii, że kandydat Kwiatkowski zamierza przeznaczyć sporo pieniędzy na autopromocję. Jeżeli   część tych funduszy przeznaczy na niepełnosprawne dzieci, a swoje pieniądze przecież może, to będę chylił przed nim czoła i pisał  jak o człowieku czułym na los  pokrzywdzonych.  Nie wiem czy pomoże mu to w zdobyciu mandatu, ale każdy dobry uczynek też się liczy.

Czesław Cyrul.

W gorącej debacie o finansowaniu opieki nad niepełnosprawnymi dziećmi kandydat TREP-u (Twój Ruch i Europa +) do Europarlamentu z dolnośląsko–opolskiego regionu warszawiak  Robert Kwiatkowski, poszukując pieniędzy na zwiększenie zasiłków wskazuje 66 milionów z budżetu województwa dolnośląskiego. Te pieniądze mają być wydane na stworzenie portalu internetowego. Pomysł jest rzeczywiście kontrowersyjny i drogi. Ale to osobna sprawa. Niestety tych pieniędzy nie można przeznaczyć na tego rodzaju podwyżki. Po pierwsze: to są pieniądze regionalne, nie rządowe. Po drugie: bodaj 80% tej kwoty pochodzi z dotacji unijnych przeznaczonych na tego typu przedsięwzięcia. Zatem podawanie takich przykładów to wprowadzenie opinii w błąd. Jeżeli kandydat Kwiatkowski nie wie, że te pieniądze, żadną miarą, nie mogą być spożytkowane na podwyżki dla matek dzieci niepełnosprawnych, to źle. Jeżeli wie, a celowo wprowadza opinię w błąd, to jeszcze gorzej. Wniosek generalny jest taki: Osoby kandydujące gościnnie na lokalnych listach wyborczych, nawet jak bardzo chcą, to w miesiąc czy dwa nie pojmą specyfiki regionu. Kandydat Rostkowski, zrzucony przez PO w Kujawsko–Pomorskie mógłby – wg jego wypowiedzi –  zamieszkać w Bydgoszczu. Ci w Toruniu się cieszą, odmiany ich miasta nie pomylił.

Czesław Cyrul.

Ponieważ, co i rusz, opinia publiczna dowiaduje się, że jakiś wybraniec ludu, po niekontrolowanym spożyciu alkoholu, utracił kontrolę nad sobą, pragnę udzielić im kilku prostych rad. Przede wszystkim należy panować nad ilością spożywanego alkoholu. Organizm zmęczony, a zawód polityka bywa stresujący (serio) jest bardziej podatny na działanie trunków. Zmęczonemu organizmowi wystarcza jedna buteleczka, zamiast dwóch, a efekt jest jak po dwóch. Po dwóch buteleczkach, przy zmęczonym organizmie, kłopoty są murowane. Np. posłowie wsłuchują się w płyty chodnikowe przed hotelem sejmowym, wsiadają do nie swoich aut, szarpią nawzajem swoje polityczne ciała, sikają po krzakach przed Sejmem. Młodzi politycy lubią, po buteleczkach oczywiście, chwalić się swoją męskością. Wiadomo, że politycy nagminnie za dużo obiecują. W tym przypadku jest zapewne podobnie. Strona przeciwna może powiedzieć „sprawdzam” i rzeczywistość okaże się żałosna. Jeżeli już dojdzie do niekontrolowanego spożycia buteleczek, to lepiej to robić w czterech ścianach. Polityczni koledzy nie są godni zaufania: nakręcą filmik lub zrobią zdjęcie, a potem wrzucają to do internetu. Należy także uważać, aby zmęczone polityczne ręce nie opadały na damskie pośladki, bo wtedy dalszy ciąg kłopotów murowany. Jeżeli „wypity” polityk udaje się do domu publicznego, to najlepiej incognito i koniecznie powinien płacić tam rachunki. Wypity polityk nie powinien atakować kilku policjantów na raz, bo cały z tego nie wyjdzie, a poza tym obywatele bardziej ufają policjantom niż politykom i przy konfrontacji uwierzą panom w mundurach. Oczywiście odpada wsiadanie za kierownicę, nawet po jednej buteleczce. Tłumaczenie, że wypiło się dużo soku jabłkowego brzmi żałośnie i dodatkowo pogrąża polityka. Lepiej honorowo przyznać się do zabronionego czynu. Spora grupa wyborców to zrozumie, ale policja niestety nie. W żadnym wypadku nie należy po buteleczce wchodzić na mównicę, czy pojawiać się przed dziennikarzami i bełkotać. Lepiej stratować dziennikarzy i uciec. Można wtedy tłumaczyć się np. gwałtownym rozwolnieniem. Gorzej kiedy uparci dziennikarze zasadzą się przed toaletą i będą dalej drążyć temat. Ponieważ w tym względzie przypadków do analizy jest mnóstwo, więc zakończę temat filozoficznym powiedzeniem: pić można dużo, ale z umiarem. Ci, którzy nie piją nie muszą moich rad brać sobie do głowy.

Czesław Cyrul.

Na procesie narodowców, którzy zakłócili wykład profesora Baumana, ich obrońcy twierdzą, że gładko ostrzyżeni panowie, rycząc i skandując stadionowe hasła, działali w stanie wyższej konieczności. Czyli było tak: narodowcy zostali podstępnie zwabieni do sali wykładowej, a tam już czekał na nich rozwścieczony i agresywny tłum z prof. Baumanem i prezydentem Dutkiewiczem na czele. Tłum zaczął na nich ryczeć i nacierać, Bauman ich do tego podburzał i podpowiadał, jakie – na jego komendę – hasła mają skandować. Bladym ze strachu narodowcom włos się zjeżył na głowie, ale tego nie było można dostrzec. Widząc, że ich koniec jest bliski zaczęli mechanicznie klepać swoje wyuczone modlitwy: precz z komuną, precz komuną…..

Czytaj dalej

W ferworze wymiany oświadczeń Zachodu i bezwzględnych czynów Rosji wobec Krymu oraz entuzjazmu prorosyjskich tłumów na ulicach, na dalszy plan schodzi los zwykłego obywatela wschodniej Ukrainy. Nieważne czy to Rosjanina, czy Ukraińca mówiącego po rosyjsku. Po ponad 20 latach niby demokratycznych rządów w Kijowie doświadczyli oni degradacji ich poziomu życia. Tamtejsi mieszkańcy masowo wyjeżdżają do Rosji i gdzie indziej i tam szukają pracy. Przeciętne wynagrodzenie to najwyżej 1 tyś złotych, a ceny w sklepach są na polskim poziomie. Zatem jak żyć? Czy dalej w zbankrutowanej Ukrainie z nadzieją, że za 10 lat może będzie lepiej, czy spoglądać ku mniej biednej i ale silnej Rosji. W przypadku skrajnej biedy takie pytanie przede wszystkim zadaje sobie tamtejszy postradziecki obywatel, przyzwyczajony do niewygód, ale marzący o zachodnim poziomie życia. Przypuszczam, że dla niego demokracja bez chleba jest niewiele warta, dla większości zresztą. Dla Polaków socjalizm też okazał się mało warty, mieli dość stania w kolejkach i życia w niewydolnym systemie gospodarczym. Wtedy także działali wbrew tamtejszemu prawu. Zawsze przy takich, historycznych wydarzeniach, ktoś łamie prawo, a ktoś przeciwko jego łamaniu protestuje. Gdybym jednak oceniał nastroje po demonstracjach na Krymie, to wnioski są jednoznaczne, nawet, jeżeli Rosjanie mocno „wspierają” ten entuzjazm. Władze Ukrainy nie zdały egzaminu z rządzenia na Krymie. Teraz tamtejsi Rosjanie – łamiąc tamtejsze prawo- wystawili za to rachunek. Zrobili to kosztem mniejszości tam żyjących, ale w tamtych stronach to norma.
Czesław Cyrul.

Dolnośląska Rada Regionalna PO zatwierdziła kandydatury w wyborach do Europarlamentu. Przeglądam sobie serwis zdjęciowy Gazety Wrocławskiej i staram się zaglądać w głowy regionalnych liderów. Zdjęcia wiele mówią. Wszyscy zebrani tacy smutni, zasępieni, zmęczeni. Poseł Schetyna patrzy zmęczonym wzrokiem gdzieś daleko, może stara się dostrzec swoją przyszłość w PO, nie dzisiejszą ponurą, jakąś weselszą, ale niczego nie może się dopatrzeć.  Poseł Protasiewicz, prowadzi obrady tak, jakby to była  stypa, a przecież kandydatów, którzy mają partię do zwycięstwa poprowadzić wybierają. Poseł Charłampowicz wpatruje się w jakąś kartkę, myślami błądzący gdzieś hen, daleko. Europoseł Borys zasępiony rozciera  palcami podbródek. Zawsze optymizm bił z jego twarzy, teraz niepewność z oczu wygląda. Smutny poseł Huskowski i Marszałek Przybylski, a przecież za stołem prezydialnym siedzą. Poseł Szulc  zupełnie zrezygnowany, niedbale siedzący. Posępny poseł Kilian, zresztą, wszyscy zgromadzeni   posępni i zadumani. Wielu z nich pewnie chciałoby wyjść z tego pomieszczenia, gdzie zebrało się grono ważnych osób z wisielczymi humorami, ale nie ma dokąd. Sami sobie zgotowali ten los, a na rozwód nikt (póki co) się nie decyduje. Smutni są wycinani stronnicy Schetyny, ale tnący ich stronnicy Portasiewicza też nie cieszą się, bo i z czego.   Zwycięska frakcja postawiła na konia, który po większej dawce owsa (czyli buteleczkach) znarowił się, wóz ze stronnikami zaciągnął na manowce. Siedzący na nim (wozie) z chęcią wymieniliby ciągnącego na innego, ale jak? Zaraz po wyborach? Smutek zebranych jest uzasadniony. A może  w głowie posła Schetyny błąka się jakaś schadenfreude: powiedzieliście mi raus, to teraz macie za swoje.

Czesław Cyrul.

Zastanawiałem się, czy po wpadce posła Protasiewicza i wycofaniu się ze startu w eurowyborach, na Dolny Śląsk władze PO ześlą jakiegoś spadochroniarza np. Jacka Rostowskiego. To skutecznie odstraszyłoby znaczną część elektoratu PO od głosowania na jej listę. I to mnie cieszyło. Niestety były wicepremier będzie odstraszał elektorat PO w innym regionie. Na Dolnym Śląsku listę będzie otwierał minister Zdrojewski. Kilka dni temu, w Radiu Wrocław, spekulowałem na ten temat i podpowiadałem, że jedynie minister Zdrojewski może uciągnąć regionalną listę wycieńczonej walkami PO. No i proroczo wykrakałem. Będzie ciągnął. O ile Jacek Protasiewicz kojarzony był bardziej, jako lider partyjny, to minister Zdrojewski z partią jest luźniej związany, jest znany jako były prezydent Wrocławia i obecny minister. Wystawienie Zdrojewskiego i lekkie schowanie szyldu partyjnego to sprawne marketingowe posuniecie. Ministra Zdrojewskiego, konkurenta listy SLD, nie będę chwalił, będę go, od czasu do czasu, zaczepiał, bo jest za co, albo nie będę go dostrzegał. Będę chwalił listę SLD i jej liderkę posłankę Lidię Goeringer de Oedenberg. To świetna kandydatura, nie ustępująca ani na krok ministrowi Zdrojewskiemu. Inny, chętny do Europarlamentu już wystąpił z propozycjami przedwyborczymi. Kandydat Europy+ i Twojego Ruchu naraz, Robert Kwiatkowski z Warszawy, który nagle zakochał się w Dolnym Śląsku, sugeruje (chyba władzom miejskim), by uczciły pamięć wrocławskich noblistów, a jest ich niemało. Pomysł ciekawy, tylko co to ma wspólnego z eurowyborami. Nie wiem, ale może coś ma. Te wybitne osoby już dawno nie żyją, więc głosować na Kwiatkowskiego nie będą. Zalecam więc poszukiwanie żywotniejszych i bardziej perspektywicznych propozycji przedwyborczych. Jednak z Warszawy problemy naszego regionu mogą być dla kandydata Kwiatkowskiego niezrozumiałe i stąd ta, egzotyczna propozycja. Na tej samej liście Janusz Palikot pomieścił trzech Kwaśniewskich i jedną Jolantę Kwaśniewską. Zbieżność nazwisk zupełnie przypadkowa, ale może ..”głupi lud to kupi”..jak mawiał klasyk Kurski. Też zresztą kandydat do Europarlamentu. Nazwy jego partii nie wspomnę, bo ona (nazwa) już niewiele znaczy u wyborców.
Czesław Cyrul.