Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Od 89. roku kościół odbudowuje swoja materialną i duchową potęgę. Odzyskał z nawiązką swoje majątki, a ziemię otrzymaną od Skarbu Państwa z zyskiem szybko sprzedał. Co prawda kościołów buduje się mniej i wolniej, niż w latach PRL-u, ale jest ich już wystarczająco dużo. Swoją władzę nad wierzącymi i niewierzącymi kościół buduje, miedzy innymi, poprzez wprowadzanie dogmatów wiary do prawa cywilnego.  W Polsce oficjalnie obowiązuje rozdział kościoła od państwa, ale jest to rozdział jednostronny, państwo nie ma prawa mieszać się w sprawy kościoła, on sam natomiast nie przepuści żadnej okazji, aby wymusić w aktach prawnych swój punkt widzenia. Dlatego, za sprawą kościoła, mamy w kraju jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw aborcyjnych w Europie, a i tak – zdaniem duchownych- zbyt liberalną. Za sprawą kościoła nie można doprowadzić do ustawowego uregulowania tematu In vitro. Z poparciem kościoła kilka tysięcy lekarzy podpisało deklarację wiary. Katolickie dogmaty stawia się ponad dobrem i wolą pacjenta. Kościół nie wierzy swoim wiernym, więc robi wszystko, aby dogmaty wiary zostały zapisane w prawie cywilnym i obowiązywały wszystkich: wierzących i niewierzących i zmuszały zarazem władze państwowe do pilnowania interesów kościoła. Ostatnie protesty konserwatywnych katolików przeciwko sztuce „Golgota picnik” są krokiem w kierunku przejęcia przez kościół władzy nad wolnością słowa i wizjami artystów. Tysiące słabo zorientowanych, ale ślepo wierzących swoim pasterzom, obywateli zostało wyprowadzanych na ulice, by dać wyraz  oburzeniu. Jedna ze starszych osób tak to określiła: nie znam się na sztuce, ale są tam na pewno jakieś świństwa. To kolejny  etap w narzucaniu woli kościoła obywatelom i w cenzurowaniu życia w naszym kraju. Nasze władze już dawno zapomniały o konstytucyjnym rozdziale kościoła od państwa. Większość uroczystości państwowych czy samorządowych oficjalnie zaczyna się mszą, a władze, czy to wierzące czy niewierzące, zasiadają na mszach w pierwszych rzędach. W latach osiemdziesiątych artyści występowali w kościołach, teraz kościół chce wejść do teatrów i tam ustanowić swoich cenzorów, aby oceniali, co jest dla obywatela dobre, a co nie. Odnoszę wrażenie, że już kiedyś było. Jeszcze trochę, a zacznie ponownie, po kilku wiekach przerwy, obowiązywać zasada, że wszelka władza pochodzi od Boga.  Posłowie, radni itp., nim obejmą swoje funkcje będą musieli uzyskać na to zgodę kościoła. Oczywiście przerysowuję problem, ale naszej demokracji musimy bronić, także przed zakusami konserwatywnej części kościoła i jego żołnierzy.

Czesław Cyrul.

Politycy i media debatują nad sukcesem premiera Tuska. Głosowanie w Sejmie przebiegło według jego myśli i  zostało okrzyknięte jako wielki sukces. Nie widzę w tym żadnego sukcesu. PO i PSL zagłosowali tak, jak w setkach innych głosowań, czyli wedle wytycznych i interesu tych partii. Byłbym zaskoczony gdyby posłowie koalicji głosowali przeciw swoim politycznym interesom i sami dokonywaliby politycznego samobójstwa. To, że ludzie z PO narobili politycznego smrodu wcale im nie przeszkadzało w staniu murem za obecnym rządem. Lepiej żyć w smrodzie i być przy władzy, niż pozbawić się wpływów i zaciągać się świeżym powietrzem na zielonej trawce. Koalicyjna większość zrobiła to, co było w jej interesie i opisywanie tego, jako sukces jest pewnym nadużyciem. Nadużyciem władzy jest zachowanie podsłuchiwanych i to za wszelką cenę premier Tusk chce ukryć. Do końca kadencji PO będzie rządzić obciążona skandalem z nagraniami.  Premier niczym nie wzmocnił swojej pozycji. Ma takie same poparcie w Sejmie, jak poprzednio. Koalicja udowodniła natomiast, że mimo skandali, nadal chce trwać u władzy, udając, że nic się nie stało. Koalicja ta dotrwa do końca swojej kadencji także dlatego, że opozycja nie ma pomysłu i odpowiedniej ilości głosów na odsuniecie tej ekipy od władzy. Mogą to uczynić tylko wyborcy. Wybory samorządowe pokażą, czy obecna władza, trapiona skandalami, nadal jest popularna  u wyborców. Afera podsłuchowa pokazała także, że w mediach uaktywnili się uśpieni obrońcy tej partii. Włączyli się aktywnie, w chwili zagrożenia, w chwalenie obecnej władzy, a przede wszystkim geniuszu premiera Tuska, na którym cała Platforma wisi.  Posłowie PO powinni zamówić mszę za zdrowie premiera Tuska, by panował jak najdłużej. Posłowie PiS modlą się o zupełnie coś innego. Tam na górze mają problem.

Czesław Cyrul.

Już wiadomo, kto jaki kierunek działań podjął w aferze taśmowej. PO i PSL do końca wakacji będą przyglądać się sprawie, co oznacza, że liczą, iż temat rozwodni się i rozpuści w wakacyjnym leniuchowaniu. Przestępcami są ci, którzy nagrywali i trzeba ich ścigać (też prawda). Według rządu panowie ministrowie trochę sobie pofolgowali językowo i nic ponadto. Rządzącej koalicji rezonują sprzyjający jej dziennikarze. Media nie lubiące rządu twierdzą inaczej: afera taśmowa, to ujawnienie degeneracji władzy i prywaty rządzących. Opozycja parlamentarna proponuje swoje sposoby rozwiązania konfliktu, czyli podanie się rządu do dymisji, skrócenie kadencji parlamentu, czy głosowanie wotum zaufania dla rządu. Ponieważ opozycja nie ma spójnego stanowiska koalicja PO – PSL, mająca większość, może robić, co jej się podoba i tak też będzie. Prezydent delikatnie upomniał panów ministrów, że ich język jest trochę nie taki i że dawniej był lepszy. Wynika z tej pobieżnej analizy, że żadnych przyspieszonych wyborów nie będzie, rząd nie poda się do dymisji, może jacyś ministrowie kiedyś stracą stanowiska, bo honor już stracili i tego rząd nie uratuje. Obawiam się także, że obywatele szybko przejdą nad sprawą do porządku dziennego jak to było w przypadku poprzednich, rządowych skandali. Tylko może w życiu prywatnym będą sobie pozwalać na swobodniejsze operowanie językiem, bo przecież przykład idzie z góry. Mnie, pomijając sprawy naruszenia konstytucji czy dealów NBP z rządem, przeszkadza to, że grupa trzymająca władzę robi sobie z państwa własny folwark. Rząd, parlament, czy inny państwowe instytucje stają się atrapą, za którą grupa trzymająca władzę ubija swoje interesy. Są one zazwyczaj splecione z interesami państwa, ale zarządzanie własnym folwarkiem, a zarządzanie państwem, to trochę różne zadania. Wydaje się nam, że wybieramy do władzy mężów stanu, a tymczasem ministrowie Sikorski, Rostkowski i ich koledzy są gośćmi o mentalności ekonomów. Europosłanka PO, a wcześniej SLD, Danuta Hibner jest dla nich i ich partyjnych kolegów niesympatyczną komuszką, którą się brzydzą. Posłanka Hibner PO się nie brzydzi. Kwestia gustu i smaku.

Czesław Cyrul.

 

Prezes Belka z ministrem Sienkiewiczem omawiali akcję dorzucenia pieniędzy na rynek przez NBP, aby PiS nie wygrał wyborów. W rozmowie wspominają o niedobrym biznesmenie, którego trzeba bardziej okraść. Wkrótce w firmie biznesmena zadomowiły się wszelkiej maści kontrole finansowe. Cała rozmowa w restauracji miała charakter prywatny, ale rachunek zapłacono z konta służbowego.  Po opublikowaniu nagrań ze spotkania minister Sienkiewicz stwierdził, że jego kariera polityczna jest skończona, ale nadal pozostaje ministrem. Prokuratura, celem odzyskania nagrań w redakcji „Wprost” robi na nią najście z udziałem ABW i policji. Dziennikarze nagrań nie oddają. Prokurator  Seremt uważa, że służby miały rację, ale wykonanie akcji było fatalne. Jego zdanie podziela minister sprawiedliwości, a dziennikarze najście uznają jako zamach na wolne media. Redaktor Latkowski przyciskający do piersi laptop zostaje uznany za współczesną ikonę wolnego dziennikarstwa. Służby w redakcji, przez roztargnienie, zostawiają walizkę, co można uznać za symbol bałaganu w służbach.

Natomiast, w innym nagraniu,  minister Sikorski zwierza się, wtedy jeszcze wicepremierowi ministrowi Rostowskiemu, że sojusz z Ameryką jest passe. Powinniśmy trzymać z UE i dbać o dobre stosunki z Rosją – uważa.  Nie zgadza się z prowadzoną przez rząd polityką zagraniczną, myśli inaczej, ale ministrem pozostaje, choć obrzydzenie go bierze. Można uznać, że kariera polityczna Sikorskiego też jest skończona.  I dalej: były minister i były członek PO Sławomir Nowak zdradza, że PO wykupiła długi komitetu wyborczego Zbigniewa Religi. Prof. Religa w 2005 roku startował w wyborach prezydenckich i jego komitet popadł w długi. W zamian za wykupienie tych długów profesor poparł w drugiej turze wyborów Donalda Tuska, ale poparcie nie pomogło. Prezydentem został Lech Kaczyński. Potem prof. Religa został ministrem w PiS – owskim rządze Jarosława Kaczyńskiego, brata Lecha. Partie polityczne proponują różne rozwiązania zaistniałego kryzysu, ale – z powodu rozbieżności zdań – żadne nie ma szans powodzenia. Rząd czeka na kolejne nagrania i wtedy zastanowi się, co dalej robić, bo nie wszystkie nagrania jeszcze zostały ujawnione. Teraz już nic mnie nie zdziwi. Nawet ewentualne, tajne nagrania prywatnych rozmów prezydenta z premierem, w których nie będą zgadzać się z prowadzoną przez siebie polityką. Kilka tygodni temu obchodzono 25. rocznicę wyborów 4 czerwca. Cieszymy się z demokracji, ale dochowaliśmy się marnej klasy politycznej. Można sarkastycznie powiedzieć: Solidarność nie miała dobrej ręki przy doborze kadr, które nami od lat rządzą. Bo PiS i PO to przecież jedna rodzina – jak powiedział w TV polityk PO.

Czesław Cyrul.

Kiedy wybuchła tzw. afera Rywina opinia wyborców dla SLD, uznanego za sprawcę tego wydarzenia była bardzo surowa. Po latach okazało się, że żadnej afery nie było. Wyborcy uznali wtedy, że demokracja może być zagrożona i SLD poniosło wyborczą porażkę. Nic to, że w tym czasie Polska wstąpiła do UE, a gospodarka, po latach marazmu, zaczęła piąć się w górę. Nie gospodarcze względy decydowały wtedy o sympatiach wyborców. Po dwóch latach rządów PiS, taśmach Renaty Beger, aferze  ziemskiej zmontowanej  przeciwko Andrzejowi Lepperowi i licznych akcjach politycznych tajnych służb PiS przeciwko opozycji, wyborcy odmówili tej partii poparcia. Nie był to jednak wyborczy nokaut dla tej partii. Potem, za rządów PO i PSL, przeżyliśmy kilkanaście mniejszych i większych afer podsłuchowych, gospodarczych i obyczajowych, w które uwikłani byli ludzie PO i PSL. Dowody przy tych aferach były znacznie wiarygodniejsze niż w aferze Rywina. Wyborcom to jednak nie przeszkadzało. Czy uznawali, że ta władza tak ma i trzeba to zaakceptować, albo też przyzwyczaili się do afer i przestali zwracać na nie uwagę?  Jak będzie teraz? Tak samo jak w poprzednich przypadkach władza stara się przekonać obywateli, że nic się nie stało. Paru panów, po raz któryś z rzędu, odsłoniło polityczną kuchnię obecnej władzy. Czy obywatele uznają, że nadal nic się nie dzieje, czy też stwierdzą, że ich zaufanie do władzy zostało naruszone do tego stopnia, że dłużej tego tolerować już nie można. Trzeba władze zmienić, bo tolerowanie takiego stanu uczyni z wyborców współwinnych tej sytuacji. Premier szuka mniej złego wyjścia dla fatalnej sytuacji, dobrych rozwiązań nie ma. Zostawiona przez zdezorientowanych policjantów i służby ABW walizka z ich dokumentami w redakcji „Wprost” jest symbolem pogubienia się władzy. Kiedy obywatele powiedzą, że już wystarczy? Tego na razie nikt nie wie. Ale wkrótce się przekonamy.

Czesław Cyrul.

Trudno pisać o sprawie, która jest rozwojowa i z godziny na godzinę mogą pojawić się nowe fakty.  Wybuchające cyklicznie afery podsłuchowe niczego polityków nie uczą. Chronologicznie przypomnę aferę Rywina, taśmy Renaty Beger, aferę hazardową. Ta afera wstrząsnęła obecną koalicją, a nagrane rozmowy Chlebowskiego na cmentarzu uznawane są za klasykę w dziedzinie kontaktów polityków PO z biznesem. Potem były nagrania prezesa kółek rolniczych Władysława Serafina o kręceniu lodów w PSL. Na Dolnym Śląsku członkowie PO nagrywali się nawzajem i też nagrywani nie wypadli najlepiej. Poseł Hofman  dał się nagrać we własnym gronie, a jego przechwałki o własnej męskości  skompromitowały go.   Debaty ministra Sienkiewicza z prezesem Belką i eks członka PO Sławomira Nowaka dopełniają smutnego obrazu rządzącej klasy politycznej. Wychodzi na to, że są nadal takie grupy trzymające władzę i te grupy są coraz mocniejsze. Rząd czy Sejm są dla nich tylko instytucjami do akceptacji decyzji podejmowanych w zaciszu restauracji przy dobrym jedzeniu i jeszcze lepszych trunkach.  Serwowane jedzenie jest coraz lepsze, ale język polityków pozostał bez zmian, metody także. A wszstko to dla dobra kraju robią. Choć PO kreuje się na partię ludzi mądrych, nowoczesnych i wykształconych, to przy omawianiu decyzji,  we własnym gronie wypadają oni zupełnie inaczej.   Nagrania z knajacką mową, frywolność dyskusji i nieostrożność, a także brak czujności służb chroniących pokazują, że z afer podsłuchowych politycy PO wniosków nie wyciągają żadnych. Umiar i czujność opuściły ich zupełnie.  Premier Tusk delikatnie krytykuje aktorów nagrań, ale każe poszukiwać tych, co nagrywali. Oznacza to, że można tak rozmawiać, tylko dać się nagrać nie można i takiej zasady nasza władza się trzyma. Taki idzie przekaz do obywateli przesyłany przez premiera. Obywatele podobnym językiem oceniają polityków, bo skoro władza daje taki przykład  obywatelom, to dlaczego obywatel ma z tego nie skorzystać. Na szczęście korzystają nie wszyscy.

Czesław Cyrul.

Po długim flircie dolnośląska PO i regionalne ugrupowanie prezydenta Dutkiewicza (ODŚ) postanowiły zakończyć okres separacji, kłótni, procesów sądowych itp. Teraz już zapanuje zgoda, choć nie wiadomo na jak długo. Ponieważ programowo strony niczym się nie różnią, więc w tej kwestii sporu nie było i pewnie nie będzie. Spór dotyczył kadrowych aspiracji i dostępu do władzy przez reprezentantów postsolidarnościowej prawicy. Można paroletni okres kłótni i przepychanek na szczeblu Rady Miejskiej Wrocławia, gdzie w opozycji była PO i w Sejmiku, gdzie w opozycji byli ludzie prezydenta za miniony. Poobijana przez wewnętrzne kłótnie i zmęczona władzą PO oraz coraz bardziej goniący w piętkę prezydent połączyli nadwątlone siły i wspólnie zawalczą o władzę w regionie i Wrocławiu. W województwie prym w układaniu list wieść będzie PO, a w mieście prezydent Dutkiewicz i to pod jego szyldem wystawiona będzie wspólna lista. Będzie to pewnie jedyny przypadek wyborczy w dużych miastach, gdzie nie będzie szyldu PO. Zarazem zejście się obu ugrupowań oznacza koniec ODŚ w regionie. Projekt polityczny prezydenta Dutkiewicza nie osiągnął zamierzonych, krajowych sukcesów politycznych i idzie do kosza, może nie od razu, ale to tylko kwestia czasu. Ponieważ z dwóch, konkurujących wcześniej ze sobą list wyborczych, powstanie jedna, a chętnych na biorące miejsca jest sporo, to nie zabraknie wewnętrznych sporów o takie miejsca, przy których dialog Belki z Sienkiewiczem, to wyrafinowana dyplomacja.

Taki sojusz we Wrocławiu, pod przywództwem prezydenta Dutkiewicza oznacza kontynuację dotychczasowej linii rządzenia miastem. Po tylu latach rządów prezydenta raczej nie stać go na istotną zmianę  w koncepcji zarządzania miastem. Będą nadal proponowane nam igrzyska, spektakularne wydarzenia, wmawianie, że jesteśmy wyjątkowi, a rosnące długi miasta i poupychane w podległych spółkach wcale nie są wielkie, choć są. Tymczasem mieszkańcy zaczynają się czuć zmęczeni fundowanymi obcym igrzyskami za miejskie pieniądze. Wrocławianie chcieliby – zamiast igrzysk i monumentalnych budowli – czegoś dla siebie: lepszej komunikacji, ścieżek rowerowych, przedszkoli, remontu kamienic i inwestycji w tzw. przestrzeń publiczną, z której mogliby, na co dzień, korzystać. Za swoje pieniądze pragną Wrocławia bardziej dla siebie, choć wrocławianie są z natury gościnni.

W zawartym dealu ugrupowania zakładają także, że prezydent Dutkiewicz startując na funkcję prezydenta miasta zarazem wystartuje do Sejmiku Dolnośląskiego, jak w poprzedniej kampanii. Tym samym nowa koalicja od razu zakłada oszukanie wyborców, bo wiadomo, że do Sejmiku prezydent startuje po to, aby potem zrezygnować, czyli z wyborców robi idiotów. Ciekaw jestem, jakich argumentów będzie używał, by przekonać ich, że będzie dobrym radnym sejmiku. Ale to jeż jego zmartwienie. Już teraz pewnie zaczynają mu się czerwienic uszy, bo że to jest oszustwo wyborcze dozwolone prawem, to nikt chyba nie ma wątpliwości.

Czesław Cyrul.

W Gazecie Wrocławskiej, w wersji elektronicznej, ukazał się krótki tekst o SLD, w którym anonimowy działacz lub anonimowi działacze mówią, że możemy (SLD) liczyć na dwa mandaty w wyborach do rady miasta, że nie ma chętnych do kandydowania na stanowisko prezydenta Wrocławia, itp. Na razie tylko Dutkiewicz pragnie tego fotela. Inne partie ciągle prowadzą konsultacje. SLD też.   Uważam, że w SLD nie powinno być działaczy anonimowych. Anonimowy to może być donosiciel. Skoro działacz boi się podać swojego nazwiska, to źle świadczy to o nim i o jego intencjach.  Taki smerf-maruda, który wszystko polewa żółcią. We Wrocławiu jest kilka takich marud. Mają specyficzną psychikę. Wszystko im się w partii nie podoba, wszystko krytykują. Choć oczywiście nie jest ona idealna, im więcej się robi w SLD, tym więcej krytyki. Bez krytyki życie marud straciłoby sens.  W kółko operują na forach internetowych trzema sprawami, bo więcej nie są w stanie wymyślić, i po napisaniu paru zarzutów pewnie doznają samozadowolenia. Piszą oczywiście anonimowo, i – choć nazwiska są mi znane – to z litości ich nie wymienię. Może sami  kiedyś zmądrzeją.  Gdyby mieli coś pochwalić, ich ego doznałoby szoku i mogłoby to skończyć się dla nich tragicznie. Smerfy-marudy same nie tworzą żadnych programów, co najwyżej napiszą, że trzeba coś tam, coś tam zrobić i że to powinni wykonać Oni.  Gdybym nic nie robił i nie pisał, pewnie nie mogliby uprawiać swojego ukochanego zajęcia.  Mają to pewnie w genach.

Kiedy dziennikarz zapytał mnie o zdanie na temat jesiennych wyborów to powiedziałem, że w planach mamy zdobycie po mandacie w każdym okręgu, czyli w sumie 7. Po połówce mandatu w okręgu zdobyć się nie da. To też zostało skrytykowane, bo za dużo chcę.  Pewnie wielu minimalistów satysfakcjonują tylko dwa mandaty.

Wraz z tekstem gazeta ogłosiła sondę. Jedno z pytań brzmi: czy zagłosujesz na jakiegokolwiek kandydata SLD w tych wyborach. Uwaga: 25% odpowiedziało, że tak. Można to odnieść także do list do Rady Miejskiej. A 25% (na godz.. 22 w sobotę) poparcia w ciemno, to daje bez problemu 7 mandatów. Oczywiście do wyników tego sondażu podchodzę z dużym dystansem.  Zdaję sobie też sprawę, że lewica nie jest za mocna w Internecie, ale to tym bardziej nobilituje ten wynik. Komu zatem mam wierzyć – anonimowemu działaczowi czy kilkuset osobom głosującym w sondzie. Z pewnym dystansem, ale bardziej wierzę sondzie.  Pseudodziałacz-malkontent powinien ze wstydu połknąć język i więcej się nie wypowiadać. Cenię sobie krytykę, sam często mam niewyparzony język, ale spory, polemiki powinny czemuś służyć. Jak służą do leczenia własnych frustracji, to do d… z taką krytyką.

A tak w ogóle to wszystkim, marudom także, słonecznej niedzieli życzę. Pogoda ma się poprawić.

Czesław Cyrul.

W ramach powyborczych rozliczeń trwa dyskusja, czy kobiety na listach wyborczych do Europarlamentu  wypadły dobrze, czy nie. Generalnie sukces osiągnęły kobiety – polityczki i mężczyźni – politycy. Polityczny duch kandydatek i kandydatów, obecność w polityce i życiu partyjnym  decydowały o sukcesie. Te przymioty były ważniejsze od zawodowych kwalifikacji. Organizacje kobiece przyjęły zasadę, że kobietom należą się miejsca na listach, bo są kompetentne, stanowią połowę społeczeństwa i muszą być reprezentowane w organach przedstawicielskich, tak jak w zarządach firm czy korporacji. Podzielam ten pogląd. Tylko panie przy tym jakby zapominają o podstawowej sprawie. Listy wyborcze kreowane są przez partie polityczne i wewnątrz partii politycznych zapadają takie decyzje. Również partie kreują swoich liderów partyjnych, którzy potem mają wpływ na kształt list wyborczych. Wydaje mi się, że lobby kobiece rozumuje następująco. …Nam się należą miejsca na listach, ale do działalności partyjnej i politycznej to my się za bardzo nie zachęcamy, bo to brutalny świat mężczyzn… I faktycznie kobiety nie garną się do działalności partyjnej, która jest główną drogą do zajęcia wysokich miejsc na listach wyborczych. Tak się składa, że nie wysokie kwalifikacje zawodowe kandydatów na listach zapewniają głosy wyborców, choć są jak najbardziej pożądane, ale działalność polityczna przede wszystkim.  Dopóki panie będą stronić od działalności politycznej i utożsamiać się z partiami politycznymi i ich elektoratem tylko w trakcie wyborów, będą przegrywać.  Co stoi na przeszkodzie, aby kobiety zdominowały tą czy inną partię, pogoniły w partyjnych wyborach panów na pobocza i przyjęły polityczne stery, bądź co najmniej współrządziły. To droga trudna, ale możliwa, innej skuteczniejszej nie widzę.  Ale takich nawoływań nie słyszę, a szkoda. Czarno na białym widać, że sukcesy osiągają te panie, które oprócz kompetencji zawodowych, są także stale aktywne w partiach i w codziennej  polityce. Każda partia polityczna chce przede wszystkim w wyborach osiągnąć jak najlepszy wynik. Jeżeli szef partii ma wystawić na pierwsze miejsce kobietę, która zdobędzie np. 50 tys. głosów, czy mężczyznę, który daje nadzieję na 20 tys. głosów i przez to lista przegra, wystawi na pewno kobietę. Jeżeli sytuacja będzie odwrotna, na pewno wystawi mężczyznę. Zatem panie, muszą być w partiach politycznych, walczyć tam o swoje wpływy, zajmować dobre miejsca na listach i wygrywać wybory. Zostawienie partyjnej pracy mężczyznom i oczekiwanie, że potem zajmie się ich miejsca nie jest dobrym wyborem, bo w partiach politycznych nie podziały na mężczyzn i kobiety są najważniejsze, ale partyjna rywalizacja i kalkulacja, która ma skutkować dobrymi wynikami w wyborach.  Paniom należy się wsparcie i preferencje na listach, ale nie mogą one zapominać o tym, że to partie polityczne są kuźniami politycznych kadr i tam trzeba być. Nawet jeżeli te kuźnie czasami są marnej jakości i wykuwają koślawych herosów. Zmieńcie to.

Czesław Cyrul.

W minioną sobotę zebrał się Twój Ruch. I znowu było inaczej niż zapowiadano parę dni wcześniej, jak to u Palikota. Zaraz po wyborach lider szczerze powiedział, że „wszystko zrobiliśmy do d…” czyli znaleźli się w czarnej dziurze (politycznej oczywiście). Taka piękna katastrofa. W gorączkowym poszukiwaniu winnych zapowiadano, że polecą głowy, a niektórzy ogłosili rozwiązanie koalicji. Biedny Ryszard Kalisz, zawiedziony koalicją i zdradzony przez kochających go wyborców, zapragnął podążać własną drogą (czyli  dalej budować w pojedynkę swoją partię), ale to droga donikąd. Palikot też już nie chce Kalisza, prezydenta Kwaśniewskiego także. Siwiec na razie jeszcze nie jest passe. Czy ktoś zechce Kalisza, na razie nie wiadomo.  Obolały Ryszard nadal głosi, że został wyrzucony z SLD, choć wiadomo, że sam się wyrzucił, podobnie jak Marek Siwiec – i obaj za to zostali przez wyborców ukarani. Na prawicy powiedzieliby, że Opatrzność ich ukarała, tak jak ukarała partię Gowina i Solidarną Polskę, ale przegrani na prawicy, powołujący się często na wyroki boskie w politycznym życiu, teraz o nich zupełnie zapomnieli.

Tymczasem żadne głowy u Palikota w sobotę nie poleciały, choć wiadomo, że wielu by sobie nawzajem je chętnie  pościnało, ale wtedy niewielu by w tej partii zostało. Na przykład podobno Kwiatkowski z Siwcem chcą wyrzucić z partii posła Elsnera. Byłe komuchy chcą wyrzucić jednego z założycieli partii Palikota.  Buzuje pod dywanem, ale liderzy pewnie doszli do wniosku, że wewnętrzny rozlew krwi wykrwawi partię (koalicję?) do końca. Zatem, po sobotnim spotkaniu, przed partią Palikota rysuje się świetlana przyszłość, jest dobrze i będzie jeszcze lepiej. Taki przekaz popłynął po sobotnim spotkaniu. Janusz Palikot przy okazji zapowiedział modernizację partii w oparciu o trzy filary i korektę programu. Ponieważ korekty i poważniejsze zmiany programowe u Palikota są bezustanne, daruję sobie wymienianie ich, bo za tydzień mogą już być nieaktualne.  Palikot z porażki wyborczej i znalezienia się przez to w czarnej dziurze chce ulepić sukces w przyszłości. Będzie ciężko.

Także w sobotę Rada Krajowa SLD wstrzemięźliwie oceniała wyniki wyborów i zaapelowała do wszystkich ludzi lewicy o budowanie wspólnego frontu lewicy na wybory samorządowe. Głównymi adresatami były partie i organizacje biorące udział w ubiegłorocznym Kongresie Polskiej Lewicy. Zbiorowego adresu do Palikota nie wysłano. Bo na razie nie wiadomo, do kogo i do jakiej partii, ale może się coś wyjaśni?

Czesław Cyrul.