Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Pomysł sojuszu wyborczego SLD i Twojego Ruchu utknął w martwym punkcie. Regionalni liderzy SLD zgłosili szereg wątpliwości, co do powodzenia takiej akcji. Nie byłem na spotkaniu, więc pokuszę się o kilka własnych uwag dotyczących tego, ewentualnego sojuszu. Po pierwsze w TR znalazła się spora grupa byłych liderów SLD, a zdrada, nawet ta polityczna,  jest zdradą i nieufność pozostaje. Po drugie TR poniósł klęskę wyborczą w ostatnich wyborach i gołym okiem widać jak sypią się resztki struktur w terenie. W mniejszych miejscowościach w zasadzie nie ma ich w ogóle i nie było wcześniej. Po trzecie, w ostatnich wyborach TR wystawił na listy swoich najlepszych liderów i inne znane nazwiska i nic z tego nie wyszło. Kto zatem miąłby reprezentować TR na koalicyjnych listach samorządowych? Pewnie wyboru za dużego nie ma. Kolejna wątpliwość rodząca się w SLD, to kto będzie prowadzić kampanię w imieniu koalicji, skoro struktury TR znalazły się w rozsypce. W SLD także dobrze pamiętają brzydki plan polityczny Janusza Palikota, prezydenta Kwaśniewskiego i ich otoczenia, kiedy to zawiązywali koalicję przed euro wyborami, proponując w niej dla SLD rolę podającego do stołu, który  wkrótce (podający) miał zniknąć ze sceny politycznej. Nie wspominam o programie politycznym takich lokalnych koalicji, bo w wyborach  samorządowych  mają one lokalny wymiar. Sądzę, że jednak te sprawy możnaby rozwiązać. Pozostaje jednak  problem wiarygodności samego Janusza Palikota, który zmienia zdanie z dnia na dzień. Mówi szybciej niż myśli. Tak było i tak jest nadal. Oto po zawieszeniu rozmów, choć nie całkowitym ich zerwaniu, ogłasza w mediach, że dni Leszka Millera w SLD są policzone. Jak zatem, po takiej wypowiedzi, prowadzić dalsze rozmowy z Januszem Palikotem.  Ten wyskok pokazuje, że Palikot, mimo porażki wyborczej i rozstania się z byłymi sojusznikami, nie wyciąga wniosków, chlapie językiem nadal. Pozostał tym samym niewiarygodnym Palikotem, do którego nie można obracać się plecami. Oczywiście rozmawiać trzeba, szukać porozumienia na lewicy, choć rozmowy nie będą łatwe, to trzeba je prowadzić. Może różne partie czy ruchy lewicy w końcu spotkają się pod wspólnym sztandarem. W przeciwnym razie rozdrobniona lewica będzie pełniła rolę kwiatka do kożucha. Osobiście męczy mnie ten rozgardiasz, smutkiem napawają niskie notowania lewicy. Trzeba to zmieniać i to jak najszybciej. Wyborcy czekają.

Czesław Cyrul.

Od kilku lat wrocławskie SLD mówi o braku otwartych kąpielisk na terenie Wrocławia. Większość z nich pozamykano, a Aquapark ich nie zastąpi. Za mały i do tego za drogi. Tymczasem lata stają się coraz upalniejsze. Sorry, zmienia nam się klimat. Wszystkie lokalne media podjęły ten gorący temat, choć wiadomo, że jest on w ciągu roku, czy dwóch, nierozwiązywalny. A dokładniej pisząc wrocławskie władze nie zamierzają tego problemu rozwiązywać. Niech ludzie kłębią się na tych kąpieliskach, które jeszcze pozostały, niech się topią w niestrzeżonych miejscach, niech chodzą za potrzebą w krzaki, piją piwo i potem topią się, bo ratowników nawet na basenach jest coraz mniej, a na dzikich kąpieliskach nie ma ich w ogóle. A z umiejętnościami pływackimi bywa rożnie. Marne umiejętności pływackie, połączone z brawurą i alkoholem skutkują corocznym wzrostem utonięć na takich, dzikich kąpieliskach. Taki stan jak we Wrocławiu, dotyczy wielu miast regionu. Polikwidowano otwarte baseny, bo były nieopłacalne. W tej kwestii cofnęliśmy się o kilkadziesiąt lat do tyłu. Sęk w tym, że do krytych aquaparków dopłacać trzeba wielokrotnie więcej. Może jakimś wyjściem byłyby budowane niewielkie baseny przyszkolne. O takiej koncepcji rozmawiałem niedawno z marszałkiem Radosławem Mołoniem. Byłby to basen trzytorowy o długości około 18 metrów, a jego orientacyjny koszt budowy wynosiłby około 3 mln. złotych. Jak na basen niewiele, a  możnaby już dzieci uczyć pływać. Oczywiście jest to dopiero koncepcja, ale skoro baseny otwarte przestały być w opinii władz (nie obywateli) przydatne, to może takie przyszkolne „delfinki” w mniejszych miejscowościach byłyby jakimś rozwiązaniem. Dodam, że prace nad taką koncepcją trwają w pionie marszałka Mołonia i po udanym projekcie budowy boisk lekkoatletycznych, w przypadku powodzenia, bylby to kolejna inicjatywa poprawiajaca infrastrukturę sportową i dydaktyczą w regionie.

Czesław Cyrul.

Wrocławska „Gazeta Wyborcza” i jej dziennikarka Magdalena Kozioł już dawno nie zaliczyła takiej wpadki. Oto w dzisiejszej gazecie, w artykule „Kandydaci z łapanki” ,opisując przedstawicieli wrocławskiego SLD na stanowisko prezydenta Wrocławia napisano, że kandydatami partii są: Czesław Cyrul, Michał Syska i Krzysztof Wysoczański. W tak krótkiej informacji są aż trzy dezinformacje.

Po pierwsze: nie wymieniła pani redaktor nazwiska Beniamina Nogi, który także dostał rekomendacje Rady Miejskiej SLD.

Po drugie: wymieniony w artykule Krzysztof Wysoczański nigdy nie był brany pod uwagę, jako kandydat, więc nie mam pojęcia skąd wzięło się w artykule jego nazwisko.

I po trzecie: brak wśród kandydatów nazwiska Waldemara Bednarza, który reprezentuje środowiska rad osiedlowych ruchów miejskich, zielonych i innych środowisk, którym po drodze z lewicą. Opinii na temat kandydatów nie komentuję, bo każda redakcja prowadzi własną politykę interpretacyjną, a czytelnicy zgadzają się z nią, lub nie, a w efekcie kupują gazetę, lub nie.

Aby unikać na przyszłość takich wpadek nieśmiało sugeruję pani redaktor następujące kroki w gromadzeniu wiarygodnych informacji.

Po pierwsze: czytać oficjalne komunikaty, które rozesłaliśmy do wszystkich redakcji.

Po drugie: zasięgać informacji u wiarygodnych źródeł.

Po trzecie: z pewną rezerwą korzystać z informacji tzw. anonimowych działaczy, którzy często celowo wprowadzają dziennikarzy w błąd, a redakcja potem serwuje czytelnikom niestrawny pasztet informacyjny.

Czesław Cyrul.

 

Gruchnęła w mediach wrocławskich wieść, że prezydent Dutkiewicz może nawet premierem kraju zostać. Oczywiście gdyby odszedł premier Tusk na inne (brukselskie?) stanowisko. Skoro są wakacje i takie luźne dywagacje dziennikarze i politycy snują, to rozwińmy  ten wariant. Oto, jeszcze przed wyborami samorządowymi prezydent Dutkiewicz zapisuje się do PO, która jego i on ją przez ostatnie lata atakował. Zostaje premierem, a liderzy PO wyją z wściekłości, że gość, tuż po zapisaniu się do partii, zostaje jej (de facto) liderem. Ale taki wariant niszczy plany PO i ugrupowania prezydenta Dutkiewicza (ODŚ) we Wrocławiu. PO i ODŚ nie mają, po odejściu Dutkiewicza,  wspólnego kandydata na prezydenta miasta. Kto zatem na jego miejsce? Ktoś z PO. Może poseł Schetyna. A to oznaczałoby ponowne odwrócenie polityki regionalnej tej partii o 180 stopni. Być może ludzie Schetyny zapragnęliby srogiego odwetu na ludziach Jacka Protasiewicza. Czyli  wojna w trakcie wyborów. Fatalny wariant.  No i Schetyny nie lubi premier  Tusk. Ewentualny premier Dutkiewicz także.  Ale popiera posła Schetynę Lech Wałęsa i ostatnio euro poseł Zdrojewski. Jest to zatem wariant ryzykowny, choć w polityce nie takie rzeczy się zdarzają. Ponadto, ustalenia mówią, że PO i ugrupowanie Dutkiewicza idą do wyborów w mieście pod szyldem obecnego prezydenta. Bez Dutkiewicza ta opcja traci sens. Także ugrupowanie prezydenta (ODŚ), po jego odejściu, straci sens istnienia w regionie, bo prezydent był jego duchem, spoiwem i gwarantem sukcesu. Zaczynam rozumieć także, dlaczego europoseł Zdrojewski zaczął nielubić prezydenta Dutkiewicza i publicznie to okazywać. Moim zdaniem poseł Zdrojewski bardziej nadawałby się na premiera od prezydenta Dutkiewicza. Był dobrym prezydentem Wrocławia, posłem i szefem klubu parlamentarnego, a potem ministrem. Ma doświadczenie samorządowe, parlamentarne i rządowe. Dutkiewicz takiego doświadczenia nie ma, ale ma ambicje.  We Wrocławiu dusi się i siedzi tu, bo nie ma gdzie godnie odejść. Może europoseł Zdrojewski  także zapragnął zostać premierem i swoją krytyką umniejsza szanse Dutkiewicza. Co na to przewodniczący regionu Jacek Protasiewicz? On raczej, do czasu wyjaśnienia sprawy lotniskowej, kandydować na prezydenta Wrocławia nie będzie. Takie tematy są wdzięczne na wakacyjne rozważania.  Jednak póki co, premier Tusk pozostaje na stanowisku i pewnie pozostanie nadal. Zatem wszystko to, co napisałem jest tylko taką dyskusją w typie: co by było gdyby tak się zdarzyło.

Czesław Cyrul.

Przyjechałem z wnuczką do gospodarstwa agroturystycznego w pobliżu Żuromina na Mazowszu. Wysłała mnie tutaj córka, bo wcześniej już tu była. Dla mnie Mazowsze to taka sama, mało znana kraina, jak np. Galicja w Hiszpanii. Gospodarstwo, w dużymi tradycjami w przyjmowaniu letników, leży na rzeką Wkrą. Obok mnie zamieszkał znany profesor – socjolog, były poseł. Też z wnuczką. Po podwórku chodzą kury. Kogut niby to pokazuje kurom ciekawe kęsy do dziobania, ale co jakiś czas dochodzi pomiędzy nim, a którąś z kur do intymnego zbliżenia, co bardzo dziwi miejskie dzieci. Kaczki są gorszej sytuacji. Kaczory w ogóle rzadziej zbliżają się do kaczek i potrzebują do tego wody. Gospodarze stada kaczek nad wodę nie wypuszczają i dlatego pewnie ich życie intymne jest znacznie uboższe. Wszystkiego pilnuje pies Żaba. Wie, kogo obszczekać i od razu wyczuwa, kto przyjechał na wczasy, a kto w interesach. Listonosza obszukuje namiętnie. Trzy koty, w tym jeden rudy,  wiodą swoje życie. Kura Czesława wyprowadziła 6 kurcząt. W wolierze siedzą dwa bażanty, a w klatce kilka królików. Większego inwentarza nie ma. Ten drobny ,raczej trzymany jest ku uciesze letników. Każdy letnik zaopatrzony jest w laptop i telefon. Wszyscy niby wczasują się w sielskiej, wiejskiej scenerii, ale za pomocą tych urządzeń utrzymują kontakt ze swoją codziennością. Nijak się z niej nie potrafią wyzwolić. Ja także. Codziennie jadę do Żuromina po gazety. Miasteczko sterylnie czyste, drogi świetne. Ale kupienie dzienników krajowych w kioskach nie jest łatwe. Jest za to „Tygodnik Żuromiński” i stosy „Gazety Polskiej”. Tak jak dawniej „Trybuny Ludu”. Jest Parkiet i Gazeta Prawna. Pytam panie sprzedające, kto kupuje Parkiet. Rzadko, ale czasami kupujący zdarza sie. Ja szukający krajowych dzienników też jestem oryginałem. Trzeba wcześniej zamówić i wtedy będą. Czy Gazeta Polska jest tak masowo zamawiana i dlatego w takich stosach leży w kioskach panie nie potrafią tego dokładnie wyjaśnić.  Natomiast lokalny tygodnik jest gazetą powszechnie dostępną i także czytaną. To pokazuje, czym interesują się lokalne społeczności. Wydarzenia krajowe oglądają w telewizji, a o lokalnych dowiadują się z tutejszych  gazet. Pod wiejskim sklepem panowie niczym z filmu Ranczo leniwie sączą  piwo, niechłodzone, bo tylko takie jest  w sprzedaży. Ale za to za sklepem wybudowano nowoczesny  plac zabaw dla dzieci. Ogrodzony. Psów i kotów wprowadzać tam nie wolno. Dzieci jest na wsi trochę mało, ale taki plac to symbol nowoczesności i dumy pani sołtys. Zbudowano go z funduszu sołeckiego. Dołożył także burmistrz. Tutaj o polityce nikt nie rozmawia, chyba że o lokalnej. Ja nie prowokuję także do takiej debaty profesora. Ja znam jego poglądy. On moich nie i jest to moja przewaga nad nim. Nie wie, czym go zaskoczę. Ale jeszcze trochę wieczornego piwa (schłodzonego) i wszystko będzie jasne. Jak piwo. Rano wyjazd po gazety, potem śniadanie. Następnie wycieczka z wnuczką kajakiem po Wkrze. Potem obiad i następnie zajęcia na placu zabaw. Po kolacji czas wolny, czyli czytanie gazet, kosztowanie nalewki gospodyni i takie tam różne, inne przyjemności. W niedzielę koniec.

Czesław Cyrul

 

Platforma Obywatelska we Wrocławiu i prezydent Dutkiewicz sojusz muszą zawrzeć, choć nie brakuje sił wewnętrznych, po obu stronach, przeciwnych temu związkowi. Jeżeli PO pójdzie własną drogą, będzie skazana w mieście na trwanie w opozycji. Jej kandydat na prezydenta pewnie przegra wybory. Bo jeżeli wyborca ma wybierać pomiędzy prawicowym kandydatem Dutkiewiczem, a prawicowym kandydatem PO, zapewne wybierze Dutkiewicza. Potem prezydent Dutkiewicz mógłby z łaski zaprosić, co najwyżej, PO do koalicji w mięście, ale na jego warunkach. Poparcie kandydatury Dutkiewicza przez PO i wspólne listy do Rady Miejskiej ukrywają słabość PO i stawiają ją w pozycji znacznie silniejszej. Ale jeszcze bardziej powinno zależeć na zbrataniu się z PO prezydentowi Dutkewiczowi. Jego polityczne plany  założenia krajowej partii spaliły na panewce. Może oczywiście prezydent Dutkiewicz ponowne ubiegać się o prezydenturę Wrocławia, może, być może, mu się  uda ją wygrać. Powstaje jednak pytanie: co dalej? Kolejna kadencja oznaczać będzie polityczną wegetację prezydenta, a wręcz jego (prezydenta) uwiąd. Dla wrocławian będzie jeszcze gorzej. Zadłużone miasto nie będzie mogło sobie pozwolić na niezbędne dla mieszkańców inwestycje komunikacyjne czy komunalne. Trzeba będzie spłacać kredyty zaciągnięte na inwestycje, które nie generują zysków, a tylko koszty. Pewnie ze 100 milionów trzeba będzie wydąć na igrzyska World Games, a z  tych wrocławianie nie będą mieli większego pożytku, a konieczne są nowe linie tramwajowe, komunalne baseny, nowe  szkoły, przedszkola, trakty rowerowe,  itp. Wrocławianie, mimo zmasowanej propagandy sukcesu z Ratusza, przecierają  oczy i zadają pytania: gdzie są nasze pieniądze, na co je wydano i jaką my, podatnicy mamy z tego korzyść. Do samego, ciągle niekończonego, Forum Muzyki trzeba będzie dołożyć ekstra kilkadziesiąt milionów złotych, których wcześniej nie planowano. Czasy dla prezydenta Wrocławia, obojętne kto nim zostanie, idą ciężkie. Obecny prezydent szerokim gestem i często bez głowy, wydawał nasze pieniądze. Teraz idzie czas spłacania kredytów i zaciskania pasa. Pewnie prezydent Dutkiewicz już mam dosyć prezydentowania, ale pójść nie ma dokąd, a ambicje ma. Wstąpienie w związek z PO daje mu szansę w jakiejś perspektywie czasu, ucieczkę od  prezydentury i nadzieję na intratną posadę w Warszawie. Długi Wrocławia zostaną z nami. Do naszego lub ich końca.

Czesław Cyrul.

W polityce nie ma przyjaźni, są tylko interesy. Te słowa od lat potwierdza życiowa praktyka. Są oczywiście pewne granice. Narodowiec nie dogada się nigdy z lewakiem, choć i to poddałbym w wątpliwość. Oto PiS, widząc że ciągle partii brakuje zdecydowanej większości do zdobycia władzy dogaduje się z banitami z Solidarnej Polski. Kusi także Gowina z platformerskim rodowodem i inny prawicowy plankton. Miller z Palikotem, widząc że w kupie siła, już nie obrzucają się grubym słowem. I bardzo dobrze, bo doły źle to znosiły: te SLD i te od Palikota. PSL nikogo nie kocha, ale dogada się z każdym, kto zagwarantuje  powodzenie interesów zielonych. Platforma unika załatwienia ustaw bioetycznych związanych z In vitro, bo nie chce zadzierać z kościołem. Tym samym PO ubija interes z kościołem zostawiając prawo i tysiące ludzi na lodzie. Interes partyjny jest ważniejszy od spraw państwowych i nic to, że PO jest partią rządzącą. PiS idzie ręka w rękę z kościołem, choć śladów miłości tam nie widać, a jedynie polityczny interes. Radio Maryja, raz lubi jednych na prawicy, raz drugich. Dba o własny interes w polityce i zadaje się z tymi, którzy zagwarantują większy wpływ na wiernych i na politycznych salonach.

Interesy są także na niższych szczeblach polityki władzy. Oto we Wrocławiu ekseuroposeł Jacek Protasiewicz zawiązał  sojusz z niedawnym przeciwnikiem prezydentem Dutkiewiczem, razem mają iść do wyborów samorządowych i zarazem wynieść prezydenta Dutkiewicza  ponownie do władzy, bo swojego kandydata PO nie ma. Ale oto media donoszą, że nielubiący specjalnie prezydenta Dutkiewicza euro poseł Zdrojewski cichcem sprzyja posłowi Schetynie, który został zepchnięty na margines polityki i szuka każdej okazji, by wrócić, choćby do jej bocznego nurtu. Europoseł Zdrojewski podobno zaczął sprzyjać posłowi Schetynie. Poseł Zdrojewski nigdy nie był faworytem premiera Tuska, więc pomoc Schetynie nie byłaby zaskoczeniem. Poseł Zdrojewski uważa, że tworzenie wspólnych list samorządowych PO z Dutkiewiczem, to zły pomysł, więc podważą teorię eksposła  Protasiewicza, lidera PO w regionie  i autora pojednania partii z Dutkiewiczem. Poseł Zdrojewski może teraz sobie pozwolić na własne zdanie. Został europosłem. Przez pięć lat ma spokój finansowy, a i sam premier niewiele mu może zrobić. Może zatem wybić się na samodzielność i myśleć o realizowaniu swoich wizji w polityce. Pewnie poseł Schetyna bardzo na to liczy. Jeszcze niedawno nie przepadali za sobą. Interesy. Interesy.

Czesław Cyrul.

Kategorie: Bez kategorii

Już prawie wakacje

Po kilku dniach zamieszania, związanego z odejściem z SLD posłanki  Lidii Geringer de Oedenberg, motywy jej odejścia stały się jasne. Pani poseł, oskarżając całe SLD o łamanie zasad i intrygi, nie potrafiła ich do końca uzasadnić. Pani poseł chciała bez końca sprawować wysokie funkcje w Parlamencie Europejskim, choć to nie jest tam przyjęte. Za niespełnienie jej ambicji zapłacił SLD. Pani poseł i tak pewnie odeszłaby z SLD. Każdy pretekst byłby dobry. W tej kadencji pani poseł, z sowitych pieniędzy przekazywanych posłom na prowadzenie biur poselskich, musiałaby pewną kwotę przekazywać na prowadzenie takich biur wspólnie z SLD. Ale publicznymi pieniędzmi pani poseł bardzo nie lubiła się dzielić. Teraz pozostają one wyłącznie do dyspozycji pani poseł. Wszystkie biura poselskie pani poseł w poprzedniej kadencji mieściły się w siedzibach SLD i to partia ponosiła główne koszty ich utrzymania. Wyjątkiem było jej biuro we Wrocławiu. Nie sądzę, aby teraz powstały w terenie inne, samodzielne biura posłanki. Wiec kłopot z głowy. Pani poseł, wbrew ogólnie przyjętym standardom w Parlamencie Europejskim a także w polskim Sejmie i Senacie, na stanowisku dyrektora biura zatrudniała swoją siostrę. Pani europoseł bez skrupułów te standardy łamała, uznając, że jej można więcej.  Przy odejściu znów prywatny interes wziął górę – tym razem nad zaufaniem wyborców, poświęceniem wolontariuszy w kampanii itp. Pozostanie pani poseł symbolem politycznej zdrady i braku szacunku dla wyborców. Co prawda pani poseł przyznała, że do jej wyborców i SLD na Dolnym Śląsku nic nie ma, ale to niczego w ocenie jej postępowania nie zmienia.

Natomiast Wrocławska PO, rezygnując z partyjnego szyldu w wyborach do Rady Miejskiej Wrocławia i idąc pod szyldem jej niedawnego przeciwnika prezydenta Dutkiewicza, ma kaca. To prezydent będzie osobą wiodącą w układaniu list i kandydatem PO na prezydenta miasta. Z dwóch list wyborczych trzeba będzie zrobić jedną. Powstanie ścisk i przepychanki na co lepszych miejscach. Czy skłócona PO i poobijany prezydent stworzą zgraną parę do wyborczego tańca, przekonamy się za kilka miesięcy.

Z kolei PiS nie może wybrać kandydata na prezydenta miasta, bo góra rozwiązała zarządy w terenie i trzeba wybrać nowe. Nie wyznaję się na zasadach rządzących tą partią. Skoro jednak namiestnik z centrali może takie zarządy powołać, to demokracja na dole w PiS-ie w krótkich spodenkach biega i należy ją z góry nadzorować, by kierunek był słuszny.

Na zakończenie: jedna z gazet przedstawiła, na jakich to kąpieliskach wrocławianie mogą wypoczywać tego lata. Są cztery. W latach dziewięćdziesiątych było 14 (czternaście!). Dziesięć (10) zostało zlikwidowanych przez prezydenta Dutkiewicza, bo wymagały remontów i niewielkiego dotowania.  Teraz niech dzieci i młodzież sami sobie szukają wakacyjnej rozrywki. Jak pokazują statystyki, większość z nich na żadne wakacje nie wyjedzie. Rodziców na to nie stać.

Czesław Cyrul.

Europosłowie SLD nie potrafili zaspokoić ambicji pani poseł Lidii Geringer de Oedenberg na objęcie fotela wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Rekomendacja SLD nie została zaakceptowana przez całą frakcję europejskich socjalistów. Dlatego pani poseł porzuciła SLD, twierdząc zarazem, że ma dosyć intryg, kłamstw i nielojalności. Był jeszcze ciąg dalszy zabiegania o stołek. Pani poseł, kiedy okazało się, że jej kandydatura została odrzucona, chciała, po raz któryś z rzędu, zostać kwestorem. Ale ta posada nie była przedmiotem ustaleń. Zresztą, jest to posada raczej rotacyjna. Poseł Buzek, czy Danuta Hibner z PO piastowali wysokie funkcje, a teraz są zwykłymi europosłami i z tego powodu ani nie wystąpili z PO,  ani nie obrzucają błotem całej partii i jej członków. Pani poseł zagrała va banque: albo będę tym, kim chcę, albo jesteście nielojalni, a ja zabieram zabawki i bawię się sama w rodzinne przedsiębiorstwo poselskie. I tak się stało. Pani poseł nie miała najmniejszego powodu przez minione 10 lat skarżyć się na dolnośląski SLD. Drobne nieporozumienia były, ale to chyba normalne. Pani poseł wspierała swoim autorytetem SLD, a SLD dawało jej gwarancje bycia w Parlamencie Europejskim. Nieprawdą jest, że samo nazwisko wygrywa wybory, zawsze potrzebny jest też dobry szyld partyjny. Kalisz czy Kutz mają jeszcze bardziej znane nazwiska, ale szyld był słaby i nazwiska nic nie pomogły. Bez szyldu SLD pani poseł nigdy nie byłaby tam, gdzie jest. Odnoszę wrażenie, że pani poseł tylko czekała na okazję, aby odkleić się od SLD. Dostała to, czego chciała, teraz elektorat jest już jej do niczego niepotrzebny, a dużymi pieniędzmi na prowadzenie biura nie musi pani poseł się z nikim dzielić. Wszyscy posłowie wszystkich partii swoje biura organizują w porozumieniu z ich macierzystymi partiami. Teraz pani poseł robić już tego nie musi, choć i w przeszłości czyniła to bardzo, bardzo symbolicznie. Tysiące ludzi z SLD, którzy angażowali się w jej kampanię, dowiedziało się, że są intrygantami i kłamcami, bo swoje „przesłanie” pani poseł skierowała do całej partii. Napluła swoim zwolennikom w twarz. Szkoda, że tak kompetentna posłanka nie potrafiła zachować klasy. Własny interes postawiła ponad wszystko, a to ją zdyskredytowało jako posła i polityka. Można zaryzykować twierdzenie, że jej pracowitość była jedynie środkiem do osiągania prywatnych celów, co teraz wyszło na światło dzienne. Europoseł powinien misję stawiać ponad sprawy prywatne. Sporo rozmawiałem, przed wyborami, z zagorzałymi zwolennikami pani poseł, zalecałem spokojną kohabitację zamiast gorącej, jednostronnej miłości, ale niektórzy daliby sobie odciąć ręce za panią poseł. Dobrze, że tego nie zrobili, bo teraz, ani miłości pani poseł, ani rąk by nie mieli. Może nie powinienem pisać tak ostro, ale skoro jestem, jako członek SLD, intrygantem i zdrajcą, to i tak piszę jak flegmatyk.

Czesław Cyrul.