Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

To nie był dobry rok dla lewicy. Nie udały się zabiegi z utworzeniem wspólnej listy lewicy do Europarlamentu. Wzajemne oskarżenia liderów wywoływały niesmak u wyborców i niezdrowe emocje u działaczy. Nihilizm programowy lub jego zmienność siały zamęt w umysłach. Zamiast wieść spór z prawicą lewica prowadziła wojny wewnętrzne. Wybory do Europarlamentu pokazały ile warta była ta wojna. Bardzo przegrał Palikot i jego ekipa. SLD przegrał mniej, ale przegrał.  Sukces odniosła prawica. Te słabe wyniki SLD nie natchnęły lewicy do szukania porozumienia, do prób jednoczenia się pod jednym szyldem i wspólnymi hasłami. Hasło „Lewica Razem” było nośne, ale tylko, tu i ówdzie, potraktowano je poważnie. Mimo zaangażowania w wyborach samorządowych naprawdę dużych grup ludzi SLD poniosło klęskę. Twardy elektorat lewicy to już historia, nowego nie ma. Chęć przykrycia klęski kilkoma sukcesami w miastach prezydenckich wypadała komicznie wobec spadku ilości radnych w sejmikach, radach gminnych i powiatowych. Powyborcze rozliczenia i rozważania, póki co, utknęły w martwym punkcie. Nawoływania do zmiany liderów, to trochę za mało. Zresztą następców jakoś także nie widać, choć zmiany są konieczne. Palikot już zapowiedział, że chce startować w wyborach prezydenckich, a to oznacza, że na lewicy jedności nie będzie. Co prawda nie wiemy z czym tym razem wystąpi ten kameleon, ale to nie ma większego znaczenia. W świadomości wyborców został przypisany do centrolewicy i tak będzie postrzegany. Dobrze, że ten rok się kończy. Czy Nowy Rok będzie lepszy? Od lat tego oczekuję. Może tym razem, choć łatwo nie będzie.

Czesław Cyrul.

W Polsce mamy dwie duże konserwatywne partie. PO i PiS. Przy czym PiS w kwestiach światopoglądowych jest konserwatywne i nie udaje kogoś innego. Jest za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej, jest przeciw in vitro, walczy w z gender, nie znosi ruchów gejowskich, nie chce związków partnerskich. Mówi o tym otwarcie. Z kościołem w tej kwestii idzie ręka w rękę. Natomiast PO stroi się w szaty partii liberalnej, niby otwartej w obyczajowości, przeciwko czemu jest PiS i kościół. Ale to tylko przykrywka i mydlenie oczu. Do tej pory PO, do spółki z PSL nie przeprowadziła w Sejmie żadnej liberalizującej nasze życie ustawy. Kiedy już, już dochodzi do finalizowania którejś z tych ustaw PO tchórzy i pokazuje swoje konserwatywne i kunktatorskie oblicze. Ostatnio za pieniądze podatników, które PO przekazała kościołowi na budowę Świątyni Opatrzności Bożej, kupiła sobie spokój u hierarchów na przyszłoroczne wybory. Cisi sympatycy PO z lewicy poczuli się jakby PO dała im z liścia w łeb. Premier Tusk twierdził, że nie będzie klękał przed proboszczami. Faktycznie PO nie klęka, ona w sposobnych dla siebie chwilach poda krzyżem przed hierarchami. Jaka jest zatem różnica w tej kwestii pomiędzy PO a PiS. Taka, że PiS otwarcie współpracuje z kościołem i strony wzajemnie się wspierają. Natomiast PO boi się kościoła i za nasze pieniądze kupuje sobie spokój u hierarchów. Pomiędzy PO, a kościołem nie ma miłości, jest interes. Kościół potrzebuje pieniędzy, bo wierni są coraz mniej hojni. PO ma dostęp do publicznej kasy, a kościół nigdy nie odmawia przyjęcia ofiary. Jak jest naprawdę? Kandydat PO na prezydenta Wrocławia, na Ostrowiu Tumskim, gdzie głosowali przede wszystkim księża, poniósł sromotną porażkę. Przez litość nie wymienię wyniku. I tak to się kręci. Kościół współpracuje politycznie z PiS i zarazem nie czepia się PO, bo ta bojaźliwa partia niczego nie uchwali wbrew woli biskupów. No i do tego: pecunia non olet.
Czesław Cyrul.

Na wigiliach rodzinnych, zakładowych, partyjnych dzielimy się opłatkiem, dajemy sobie prezenty i życzymy wszystkiego najlepszego. W ten świąteczny czas PO postanowiła podzielić się władzą w Radzie Miejskiej Wrocławia i w Sejmiku Dolnośląskim. W mieście wszystkie komisje problemowe w Radzie Miejskiej radni PO podzielili między siebie. Opozycji nie dali nic. W Sejmiku Zarząd Województwa obsadzony został ludźmi PO i PSL. Wygrali wybory i należy im się. Ale europejskim zwyczajem parlamentarnym jest dzielenie się szefowaniem komisjom problemowym w ciałach przedstawicielskich z opozycją. Zwyczajowo np. komisję rewizyjną oddaje się w przewodnictwo opozycji. Zarówno w mieście jak i w Sejmiku, PO podzieliła się przewodnictwem w komisjach wyłącznie między sobą. Arogancja i chamstwo. A mainstreamowe media chwalą PO za demokratyczne standardy, a tymczasem ciągnie nas ona w stronę trzeciego świata. Co na to wyborcy PO? Nie wiem co myślą, ale powinni się wstydzić za swoich pazernych wybrańców. Dzisiaj pazerność ludzi z PO na władzę, to norma. Patologie stają się normą. Dokąd zmierzamy z naszą demokracją? Spytajmy liderów z PO, ale u nich takie zachowanie to partyjna norma, więc po co pytać. Mimo to, Wesołych Świąt.

Czesław Cyrul.

Świeżo upieczonych warszawiaków nazywa się słoikami, z racji zwożenia wałówki ze wsi, skąd się wywodzą. W zasadzie większość Polaków można uznać za słoiki. Ja do Wrocławia przyjechałem na studia ze wsi i tutaj zostałem do dzisiaj. Studiując i jeszcze po studiach woziłem ze wsi jedzenie do miasta, bo tutaj, w sklepach, występowały niedobory. Przed świętami bywało lepiej. Moje dwie córki powędrowały dalej, do Warszawy. Daliśmy im z żoną, a właściwie to ona nadawała w tym ton, wędki w postaci dobrego wykształcenia. Teraz w Warszawie łapią ryby i to nie jakieś tam leniwe karpie. Są tam słoikami, ale z wyższej półki. Na święta nie zwożą wałówki, ale każdy coś robi i wigilia składa się z dań przyniesionych, nie w słoikach, ale w garnkach. Kupiłem karpia w markecie: milickiego, po 9 zł. za kilogram, już jest pokawałkowany i zamarynowany, czeka na obróbkę termiczną. Także kapusta słodka, kwaśna, wołowina, wieprzowina, grzyby, śliwki, boczek, przyprawy czekają na wymieszanie i ugotowanie. Wszystko w odpowiedniej kolejności. Potem, na koniec tylko szklanka wina (próbowałem, dobre) i będzie bigos palce lizać. Resztę potraw przygotowują w Warszawie. Potem, to wszystko pakuję w garnki, garnki do samochodu i jedziemy do Warszawy. Podejrzewam, że moje dzieci, potrawy które mają przygotować, mogą kopić gotowe. Przed świętami będą pracować tak długo jak się da, bo w stolicy pracują więcej i do tego są bardziej nerwowi. Zresztą, dobry katering nie jest zły, tylko drogi. Potem siądziemy przy stole, ale obżarstwa, jak to na święta było dawniej, nie będzie. Jedzenie przestało być luksusem, choć nie dla wszystkich. Pożyczymy sobie wszystkiego najlepszego, przełamiemy opłatkiem, napijemy wina. I tak będzie przez kilka dni. Potem puste garnki zapakuję do samochodu i wrócę do Wrocławia. Po świętach trzeba będzie odpocząć. Czego i Wam w okresie poświątecznym życzę. Byle do Sylwestra, a potem się zobaczy. Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku także.

Czesław Cyrul.

Po wyborczej klęsce nabiera tempa dyskusja nad przyczynami przegranej. Jej głównym nurtem nie jest poszukiwanie nowych prądów. Tego na razie nie dostrzegam. Debata skupia się raczej na poszukiwaniu winnych i winy. Diagnoza klęski jest potrzebna i ona jest w zasadzie znana. Rozchwianie programowe, oczekiwanie że ktoś nas weźmie do koalicji, uprawianie polityki w gabinetach, a nie na ulicy, unikanie problemów młodego pokolenia i kontaktów z nim, itp. Postawienie takiej diagnozy jest stosunkowo łatwe, te bolączki są znane od dawna. Gorzej jest z programem operacyjnym, który współczesne lewicowe kanony wcieliłby w życie. W zamkniętych debatach i na forach internetowych prym wiodą przede wszystkim ci, którzy raczej bezpośredniego udziału w kampanii nie brali lub unikali angażowania się. Oni krytykują najgłośniej. Także krytycznie, ale inaczej, oceniają klęskę ci, którzy byli zaangażowani w kampanii i chcieli coś wywalczyć. Mimo ich kampanii wyborcy nie przekonali się do lewicy. Najaktywniejsi krytycy zazwyczaj nie angażują się do bieżącej pracy. Nie pchają się także do objęcia władzy w partii, oni są od krytykowania, a inni od realizacji ich postulatów. I tak to powtarza się od lat. Przy czym od razu wyczuwam krytykanctwo od dawania dobrych rad. To są dwie rożne rzeczy. Tym co chcą coś zrobić ostatnio niewiele wychodzi, a krytycy mają pożywkę, cieszą się: a nie mówiliśmy!!!, powiadają. Wsłuchuję się w wypowiedzi krytyków i często słyszę echo lat minionych. Nawoływanie do form pracy sprzed np. 10 lat, tęsknotę za tym co minęło. Widzę brak zrozumienia dzisiejszych form pracy w polityce, a życie biegnie do przodu, za tym biegiem SLD nie nadąża i roku na rok słabnie. Od tęsknoty za przeszłością trzeba uciekać do przodu. Po wyjściu z debaty dyskutanci, wraz ze swoimi pomysłami, wtapiają się w bezimienny tłum, ich sąsiedzi często nie wiedzą, że mieszkają obok członka SLD. Na ulicy z ulotką też ich raczej nie widać, bo to nie ich formy pracy politycznej. Dawanie rad jest ich zajęciem. Hasła, często słuszne, pozostawiają innym do wykonania. W SLD, od lat, panuje nierównowaga. Tych od pokazywania palcem, co trzeba zrobić, jest zdecydowanie więcej. Tych od codziennej pracy, dających swoim nazwiskiem dowód swojej lewicowości, gotowych na ataki prawicy, bardzo brakuje. Zawsze łatwiej kibicować, trudniej grać na boisku. Kibiców na lewicy nie brakuje, graczy bardzo, nawet rezerw już nie ma. Kibice niestety graczy, nawet marnych, nie zastąpią. Ten układ jest zabójczy dla lewicy i wina leży po obu stronach.

Czesław Cyrul.

Jak co roku, 13 grudnia, powtarza się ta sama, jednostronna ocena stanu wojennego. Mainstreamowe media i politycy rezonują sobie nawzajem. Obowiązuje jedynie słuszna wersja. Była to wojna Jaruzelskiego z całym narodem. Biada tym, co mają inne zdanie. Zostają zakrzyczani, pozbawieni honoru i uznani za parszywców. A tymczasem: powtarzane od lat badania pokazują, np. sprzed roku, że 42 % badanych uznaje wprowadzenie stanu wojennego za zasadne i że było to mniejsze zło. 36% było przeciwnego zdania, a pozostali nie mieli własnego poglądu na ten temat. Od 1981 roku upłynęło 33 lata. Kilka milionów ludzi odeszło na zawsze. Większość młodych nie kojarzy tej daty z niczym, a mimo to, co najmniej połowa uznaje uznaje wprowadzenie stanu wojennego za zasadne. W tym roku nie wspominano o tych badaniach, by nie zakłócać jedynie słusznej wersji historii. Za PRL nie mówiło się o AK, Piłsudskim i jego zamachu majowym, w którym zginęło prawie 400 osób, a ponad 900 zostało rannych. 3 Maja tamtejsza władza najchętniej wycięłaby z kalendarza. Teraz wycina się niewygodne poglądy. Mamy oczywiście demokrację, ale obowiązują pewne kanony których nie należy przekraczać. Gdy mnie pytają, po której stronie jestem w tej kwestii? Odpowiadam: po stronie większości, choć boleję, że takie wydarzenia miały miejsce. Prezydent Komorowski zaapelował, by 13 grudnia o godz. 19.30 obywatele, tytułem pamięci o tamtej dacie, wystawili w oknach zapalone świeczki. Ponieważ mieszkam na wysokim piętrze w bloku i mogę obserwować kilkaset mieszań, to obserwowałem. Naliczyłem 2 zapalone świeczki. Czy to oznacza, że obywatele nie szanują historii. Szanują, ale swój rozum mają i nie lubią jak im politycy coś bez umiaru do głów wciskają. Tak było dawniej i tak jest teraz o czym te dwie świeczki właśnie zaświadczają. Niestety, na święta narodowe w tej samej ilości mieszkań wisi ledwie kilkanaście flag. Smutne.

Czesław Cyrul.

Marszałek – urząd bardzo przechodni
W 1999 roku, w wyniku reformy administracyjnej, rozpoczął prace Sejmik i Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego. Jego pierwszym marszałkiem został wybrany prof. Jan Waszkiewicz. Nie dotrwał on jednak do końca kadencji. Zresztą, do tej pory żadnemu marszałkowi nie udało się przetwarzać całej kadencji. Pod koniec kadencji, w wyniku rozłamu w prawicowej koalicji, marszałka Waszkiewicza zastąpił Emilian Stańczyszyn. Do końca kadencji rządziła koalicja lewicowo- centrowa. W drugiej kadencji, w 2002 roku, po zwycięstwie SLD marszałkiem został Henryk Gołębiewski. Z powodu kłótni i rozłamu w klubie SLD władzę przejęła prawica (PiS) i zdrajcy z SLD, a marszałkiem został Paweł Wróblewski. W tej kadencji ponad połowa radnych zmieniała swoje barwy klubowe. To niechlubny rekord, którego do tej pory nie pobito. W wyborach do Sejmiku w 2006 roku zwyciężyła PO, a marszałkiem został Andrzej Łoś. Wkrótce jednak nie spodobał się liderom z PO i został podmieniony na Marka Łapińskiego. Obrażony Łoś wystąpił z PO i przystał do prezydenta Dutkiewicza. Wtedy do prezydenta także przystało jeszcze kilku innych banitów z PO i dało to początek wojnie pomiędzy PO, a prezydentem Dutkiewiczem. O ile pamiętam, to w tej kadencji marszałka Łapińskiego zastąpił Rafał Jurkowlaniec, zaufany Grzegorza Schetyny. Jednak w wyniku wewnętrznej wojny o regionalne przywództwo w PO, pomiędzy posłem Schetyną, a europosłem Protasiewiczem, którą wygrał Protasiewicz, marszałek Jurkowlaniec musiał ustąpić pola, marszałkowi Przybylskiemu, który dotrwał do końca tej kadencji i szykuje się na następną. Jeżeli sprawy będą szły jak dotąd, to marszałek Przybylski może porządzić jeszcze około półtora roku i będzie zmieniony. Jest ósmym z kolei marszałkiem. Średnio, jak z moich wyliczeń wynika, marszałek rządzi województwem około 2,5 roku. Marszałkowi Przybylskiemu pozostało zatem jeszcze półtora roku. Ale może rządzić dłużej, lub krócej. Tego nikt nie może przewidzieć.
Czesław Cyrul

Zgiełk bitewny ucichł, kurz opadł.  We Wrocławiu ukazał się krajobraz po wyborczej bitwie. Prezydent Dutkiewicz zwyciężył.  Ale ten prymus wśród wielkomiejskich prezydentów nie może być zadowolony ze zwycięstwa. Promowany (za nasze pieniądze) i podziwiany w kraju prezydent Dutkiewicz został surowo oceniony w mieście. Cztery lata temu zdobył 140 tys. głosów, teraz 89 tys. W ciągu kadencji ubyło ponad 50 tys. głosów. Ale zwycięzca jest zawsze zwycięzcą. Mirosława Stachowiak – Różecka, kandydatka PiS, w bastionie PO, uzyskała świetny wynik, choć trudno było coś konkretnego powiedzieć o jej wcześniejszych dokonaniach. Była jedną z wielu radnych Rady Miejskiej Wrocławia. Do walki wyborczej też chyba specjalnie się nie paliła. Zaproponowała program ciekawy, przyjazny mieszkańcom, ale jak to wszystko chciałaby zrealizować, to za bardzo nie potrafiła wytłumaczyć. Swojego zaplecza także nie potrafiła pokazać. W bezpośrednich debatach wyborczych wypadała słabiej od Rafała Dutkiewicza. W drugiej turze zabrakło jej sił do walki, może także pieniędzy na kampanię. Natomiast przerażony wizją porażki Dutkiewicz rzucił wszystkie siły do walki. Przerazili się także jego wyborcy, którzy w pierwszej turze pozostali w domach. Tym razem poszli. Ta kampania rozpoczęła dyskusję o finansach miasta, tajnych umowach i związkach personalnych w ratuszu. Obywatelom ukazała się ciemniejsza strona wrocławskiej władzy.

Wyborcy mieli do wyboru sprawdzonego prezydenta, z jego sukcesami i porażkami, albo wielką niewiadomą, czyli kandydatkę PiS.  Wybrali pierwszy wariant. Skoro jednak aż tak dużo oddało swoje głosy na ową niewiadomą, to to powinno dać zwycięzcy i wrocławianom sporo do myślenia. W drugiej turze spora grupa wyborców zagłosowała na kandydatkę PiS, choć nigdy na tę partie nie oddaliby głosu. Uznali oni PiS jako środek do zagłosowania przeciwko prezydentowi Dutkiewiczowi. Był to swoisty akt desperacji wyborczej.

Zaprezentowane wyniki sondażowe z grubsza pokazują jak głosowali zwolennicy kandydatów, którzy odpadli w pierwszej turze. Wyborcy Waldemara Bednarza podzielili się prawie po połowie. Jedna oddała swoje głosy na Dutkiewicza, druga na kandydatkę PiS. Jednak przepytywani wyborcy prawie w połowie twierdzili, że nie pamiętali na kogo w pierwszej turze głosowali, a także  połowa  twierdziła, że nie brała udziału w I turze wyborów.  To wskazuje, że z wyciąganiem wiążących wniosków z tego sondażu trzeba być wstrzemięźliwym.  Zwycięstwo jednak nie podlega wątpliwości. Osobiście nie wierzę w obietnicę poprawy i naprawę swoich błędów jaką złożył prezydent Dutkiewicz. Po 12 latach prezydentury nawet największym twardzielom przestaje się chcieć, zaczynają chodzić na skróty, wsłuchują się w glosy pochlebców i popadają w rutynę. Tak w ostatnich latach było i tak  nadal będzie. Co jest lepsze stary, ale przewidywalny prezydent,  czy dużo obiecująca pretendentka z wolą zmieniania obecnego stanu.  Roma locuta – causa finita.

Czesław Cyrul