Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Robert Kwiatkowski stał się kolejną ofiarą Janusza Palikota. On (Kwiatkowski) poczuł się oszukany. Nie on jeden. Palikot oszukał setki tysięcy wyborców i co najmniej kilkudziesięciu znanych polityków. Wyborcom się nie dziwię, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni są oszukiwani. Ale rasowi politycy? Każdy polityk musi być dobrym psychologiem. Tymczasem ciągnęli oni do Palikota, jak ćmy do świecy. Palikotem zauroczył się prezydent Kwaśniewski, Ryszard Kalisz, Marek Siwiec, prof. Hartman, środowiska feministyczne i kilkudziesięciu byłych polityków SLD z całej Polski. Ci oszukani zostali na lodzie, niczym samotni don kichoci krążą po kraju, szukają nowego zaczepienia. Przy Palikocie została jeszcze grupka wierzących w niego, ale wiara ich jest pewnie tak mała, jak wiara ich guru, który z dnia na dzień zmieniał zapatrywania, by w końcu popaść w śmieszność. Jego poglądy stały się na politycznej giełdzie śmieciowymi akcjami. Zostawmy Palikota. W moim SLD proces odchodzenia ma inne, bardziej złożone przyczyny. W ciągu 10 lat odeszło z partii także wielu znanych ludzi. Ruch w drugą stronę jest symboliczny. Są tacy co odeszli i ponownie przyszli. Co było przyczyną odejść, kiedyś, często politycznej czołówki SLD? Mogę się domyślać, ale pewności nie mam. Każdy przypadek trzeba rozpatrywać oddzielnie. Skoro odchodzą, lub muszą odejść, to trzeba zadać pytanie. Dlaczego? Sporządzenie portretu zbiorowego znanych postaci, odchodzących od lewicy wiele by powiedziało o przyczynach takich zachowań. Powstałby z tego doktorat, lub poczytna książka. Pod warunkiem, że wyznania byłych prominentów SLD były szczere, a w polityce ze szczerością bywa różnie i przede wszystkim chcieliby o tym opowiedzieć. Byłaby to także dobra lektura, jak partia powinna się zachowywać, by to upuszczanie krwi w końcu zahamować. Na prawicy też politycy odchodzą z partii i zmieniają je, ale prawica to nie moja bajka.

Czesław Cyrul

Na lewicy trwa debata: co robić, jak zmienić program, by zainteresowałyby się nim miliony, jaką lepszą formację stworzyć, która będzie skutecznie konkurować z prawicą. Media podsycają atmosferę, kreślą ewentualne scenariusze na niedaleką przyszłość. Brałem udział w kilkunastu debatach tego typu. W każdej pada wiele cennych uwag i wylewa się żale na SLD za marny wynik w ostatnich wyborach oraz domaga zmian kadrowych.   Nie ma tam odkrywczych pomysłów, są znane, ale nierealizowane z rożnych przyczyn kierunki,  w których powinna podążać nowoczesna lewica.  Wskazuje się także winnych za spadek lewicy, czyli SLD, do drugiej ligi politycznej, Bo tylko SLD można w tym przypadku brać pod uwagę. Ne usłyszałem natomiast choćby zarysu wizji budowania nowej partii i kto to miałby zrobić. W debatach udziela się rad, ale są kłopoty ze wskazaniem wykonawców tych poleceń. To powinni zrobić ONI, czyli SLD, bo innej realnej siły na lewicy nie ma i w niedalekiej przyszłości raczej nie będzie.

Nie będzie także zjednoczenia, bo drobne partie na lewicy o zjednoczeniu tylko mówią i na tym to się kończy. Nie wyobrażam sobie dzisiaj, aby np. PPS,  Zieloni czy RSS  zrezygnowały ze swojego szyldu i  zgodnie przeszły do nowej formacji. Podobnie jest z wieloma innymi kanapami. One atakują SLD, by pokazać, że od SLD są lepsze, ale nie odpowiadają na pytanie, dlaczego nikt na nie  głosuje. Przypuszczam, że im nawet na startach w wyborach nie zależy. Rzeczywistość pokazuje, że trochę są jakby same dla siebie, podejmują jednostkowe, szlachetne akcje (np.RSS),  które jednak  nie mają istotnego wpływu na  rzeczywistość w kraju. Dzisiejsze środowiska lewicy są zatomizowane, te atomy, naładowane takimi samymi ładunkami, odpychają się od siebie i do syntezy (połączenia) raczej nie dojdzie.

Nie będzie także szerokiego sojuszu wyborczego  na lewicy, bo pomniejsze partie są uczulone na punkcie swojej tożsamości, a SLD jest dla nich partią liberalną, a nie lewicą. Sam SLD też nie jest bez winy.  Na lewicy sporo jest także anarchistów. Choć to ludzie zaangażowani i ideowi, to z natury niechętni do jakiejkolwiek zorganizowanej współpracy.

Skoro nie ma szans na zjednoczenie lewicy, to po co SLD ma zmieniać szyld, jak to wielu sugeruje i tworzyć nową formację z tymi samymi ludźmi. Co dodatkowo grozi utratą dotacji na funkcjonowanie partii.

Pozostanie, więc na lewicy SLD, jako główna partia, ale bez zmian programowych i wizerunkowych dalej będzie dreptać w miejscu.

Nowa, licząca partia na lewicy nie powstanie także z powodu braku charyzmatycznych  liderów, którzy zgodnie  stanęliby na jej czele. Na ma zaplecza organizacyjnego i finansowego, by taką partię utworzyć i ludzi, którzy podjęliby mozolny trud budowania struktur partyjnych. Przykład partii Palikota dowodzi, że bez sprawnych struktur taka partia może przetrwać rok, a potem następuje koniec. Sytuacja Ryszarda Kalisza też jest przestrogą. Opowiada on o swojej partii, której nie ma, a przecież Kalisz to była  postać wielkiego formatu na lewicy. Mogą oczywiście powstawać polityczne kanapy z kieszonkowymi liderami, ale sytuacji na lewicy to nie zmieni. Piszę o tym ze smutkiem, bo marzy mi się wielka zjednoczona lewica, ale wiele spraw organizacyjnych,  ambicjonalnych i osobistych nie pozwala na zburzenie murów dzielących ludzi lewicy.  Może w przyszłości to się zmieni, może dożyję do zjednoczona, a mam zamiar jeszcze trochę pożyć. Nie oznacza to, że trzeba dać sobie spokój z próbami. W końcu musi się kiedyś udać. Rzeczywistość potrafi czasami zaskoczyć i musimy być i na to przygotowani.

Czesław Cyrul

Nie mam większego pojęcia o górnictwie, ale fakty są następujące: takie kraje jak Wielka Brytania, Francja, Belgia czy Niemcy – zlikwidowały kopalnie węgla. W Niemczech pracują jeszcze 4 kopalnie. W 2018 roku zostaną zamknięte. Do tony wydobytego węgla niemiecki rząd dokłada 100 euro. Zarazem importują oni 60 mln ton węgla rocznie i nie boją się uzależnienia od zakupów tego surowca z zagranicy. Anglicy zlikwidowali 165 kopalń węgla, ale w to miejsce mają swoją ropę naftową i gaz. Francuzi z kolei postawili na energetykę jądrową. Na co my stawiamy w przyszłości? Tego nie wiadomo. Kompleksowej strategii dla energetyki nie ma, stąd także zawirowania wokół Kampanii Węglowej. Dopiero teraz rząd coś wspomina o kompleksowych zmianach, ale niczego do wyborów na pewno nie zmieni. Z 76 kopalni z czasów PRL teraz funkcjonują 24. Za rządów premiera Buzka, grabarza kopalni, zlikwidowano ich 19 i w tym czasie bezrobocie na Śląsku skoczyło z 7% do 15%.  Kilka lat później premier Buzek zdobył na Śląsku 350 tys. głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego, więc pamięć wyborców o tym wyczynie premiera była dość krótka.

W czasach PRL wydobywaliśmy prawie 200 mln ton węgla, z czego 44 mln szło na eksport, w minionym roku wydobyto 68 mln i kilkanaście mln ton zaimportowano. Czym nasz rząd chce zastąpić węgiel, skoro chce likwidować kopalnie? Tego rząd dokładnie nie wie. Wiadomo natomiast, że w 2030 roku zapotrzebowanie na energię elektryczną wynosić będzie około 50 tys. megawatów, obecnie produkuje się 32 tys. megawatów. Rozwój energetyki jądrowej ciągle jest we mgle. Prysł także mit o gazie łupkowym. Prezes NIK powiedział wprost, że za fiasko programu pozyskiwania gazu z łupków winę ponosi premier Tusk. Za importowany gaz, płacimy obecnie Rosji 380 dolarów za 1000 metrów sześciennych, ale gaz z terminalu w Świnoujściu, sprowadzany z Zatoki Perskiej płacić będziemy około 500 dolarów za taką samą objętość, więc znacznie drożej. Mówi się, że to sprawa bezpieczeństwa energetycznego. Węgiel też jest dla nas surowcem strategicznym, gwarantującym bezpieczeństwo. W 2000 roku obciążenia fiskalne tony wydobywanego węgla wynosiły około 30 złotych, obecnie około 100 złotych. Te podatki potem ponownie są wpompowywane w górnictwo. Jak powiedział mi poseł Zbrzyzny, uwzględniając realia czysto ekonomiczne, Zakład Górniczy w Lubinie powinien też być zlikwidowany, bo narzucony przez rząd i tylko dla KGHM, łupieżczy podatek od kopalin zabiera jego zysk.

W Kompanii Węglowej w ciągu 8 lat sześć razy zmieniły się zarządy, a pewnie i rady nadzorcze. Był to polityczny łup PO i PSL, i okazja dania sowitego zarobienia swoim ludziom. Średnio ponad rok pracy i sowite odprawy pozwalały ustawić się na lata ludziom wiernym partii. Czy zatem można się dziwić górnikom, że buntują się przeciwko politycznemu piractwu PO?  Etatowi związkowcy, zatrudnieni na kopalnianych, też jakoś nie chcą rezygnować pensji i pracować społecznie. Za ten bałagan odpowiada rząd. 7 lat rządów tej samej ekipy, to aż nadto by problem rozwiązać. Teraz rząd mówi: coś zrobimy. To „coś” oznacza wielką niewiadomą, ale do wyborów rząd będzie robić wszystko, by nie zrobić nic, czyli będzie przeciągać sprawę. Tymczasem jak wieść niesie kondycja Jastrzębskiej Spółki Węglowej też nie jest wesoła i rząd może wkrótce mieć kolejny problem. Profesor Orłowski napisał, że gdyby kopalnie były w prywatnych rękach, byłoby lepiej. Ja sądzę, że gdyby kopalniami zarządzali odpowiedzialni ludzie też byłoby lepiej. Ale w kopalniach polityka i partyjny interes jest ponad gospodarką i dobrem ogółu obywateli. PO wyznaczyła taki kierunek i tego się trzyma. Do końca jej (PO) lub górnictwa.

Czesław Cyrul

Kandydatura dr Magdaleny Ogórek jednych zaskoczyła, innych przeraziła, a kolejnych rozbawiła. Zaskoczyła członków SLD, bo wcześniej nikt jej nie wymieniał jako potencjalnej kandydatki. Przeraziła wielu badaczy sceny politycznej, którzy od razu ruszyli do natarcia i na wszelkie sposoby krytykowali tę kandydaturę, a jeszcze bardziej sam SLD. Krytyka fachowców od oceny sceny politycznej, w wykonaniu niektórych z nich, jest jak przepowiadanie pogody przez górali: ich prognoza – albo pogoda będzie, albo nie, przypomina zapowiedzi niektórych fachowców w polityce: albo kandydat będzie dobry, albo zły i też zawsze będą mieli rację. Są także komentatorzy, którzy nie kryją swoich sympatii partyjnych, a ci, wiadomo co powiedzą. Np. prof. Magdalena Środa, nie cierpiąca Millera i której kandydatka dr Ogórek, nadepnęła swego czasu na odcisk też jej bardzo nie lubi. Strach przepowiadaczy partyjnych wynika z tego, że kandydatka Ogórek może zamieszać w wyborach i druga tura stanie się możliwa.
Od polityki przeszliśmy w epokę postpolityki, a teraz wkraczamy w erę poppolityki, która sporej grupie wyborców się podoba. Tabloidy już dużo o kandydatce piszą, więc wieść o niej w kraj idzie. Jednak chyba nie takiej kandydatki wyczekiwali wyborcy lewicy, ale widocznie inni nie chcieli podjąć się tej roli, a Magdalena Ogórek się zgodziła i decyzję szybko ogłoszono, by nie powtórzyła się sytuacja z Ryszardem Kaliszem.
Nie chcą także stanąć do prezydenckiego turnieju liderzy kilku innych partii. Widocznie przyrównanie prezydenta do strażnika żyrandola przez Donalda Tuska mocno sobie wzięli oni do serca. Chcący nadal kandydować (choć jeszcze nie wiadomo, skąd) Ryszard Kalisz kilka dni temu odwiedził Wrocław, na spraszane spotkanie przyszły 23 osoby. Nie byli to członkowie jego partii, bo ta liczy w regionie bodaj 5 osób (a może ich liczba jest jeszcze mniejsza). Spotkanie to wykazało, że Ryszard Kalisz stracił wyczucie polityczne, tylko chęci zostały.
Zatem Magdalena Ogórek będzie naszym kandydatem. Jej wejście nie było w dobrym czasie, w dniu śmierci Józefa Oleksego, ale przynajmniej gdyby kandydatka pokazała się w ciemniej garsonce, a jej otoczenie w takichż garniturach i krawatach oraz z przypiętymi czarnymi kokardami niestosowność chwili byłaby pomniejszona. Żółta sukienka kandydatki żalu po odejściu Józefa Oleksego nie wyrażała. Szkoda. Magdalena Ogórek powiedziała, że chce być kandydatką całej lewicy, ale to się chyba nie uda. Też szkoda. Dlaczego nie uda się? To temat na osobny felieton. Do zjednoczenia lewicy jest raczej dalej niż bliżej. Braku porozumienia na lewicy najbardziej szkoda. Ale moja wiara w wielkość zjednoczonej i silnej lewicy ciągle trwa. Wierzyć nikt mi nie zabroni. Ale czasami szlag mnie trafia i wielu ludzi, tutaj na dołach politycznych, także.
Czesław Cyrul

Odszedł człowiek dobry i pogodny. Syn polskiej ziemi, zaczynał jako ministrant, ale stał się człowiekiem lewicy na zawsze. Miałem ten zaszczyt, że znałem Józefa Oleksego, a On zwracał się do mnie po imieniu. Z moich kilku spotkań z nim zapamiętam Go jako człowieka wyjątkowo pogodnego i inteligentnego. Tam, gdzie się pojawiał, był zawsze duszą towarzystwa, dowcipnym i życzliwym. Nie dało się go nie lubić. Pamiętam dwa dowcipne zdarzenia z moich kontaktów z Józefem. Bodajże w 93 roku we Wrocławiu, po nocnej naradzie przy stole, odwoziłem Józefa taksówką do hotelu. Kiedy przyszło do płacenia, Józef zapytał kierowcę, czy ten go nie aby oszukuje. Kierowca zesztywniał. Na co Józef powiedział: w Warszawie zapłaciłbym dwa razy tyle. Po czym, w hotelu, o piątej rano, Józef stwierdził, że zjadłby jajecznicę, choć przecież nie przesiedzieliśmy nocy przy pustym stole. Zjedliśmy jajecznicę, na spanie już nie było czasu.

I inna historia. Kiedy Józef Oleksy był marszałkiem Sejmu, w trakcie jego wizyty we Wrocławiu, towarzyszyłem mu w Radiu Wrocław, gdzie udzielał wywiadu. W holu witał nas ówczesny naczelny Lothar Herbst. Pani sprzątająca w ostatniej chwili starała się zmyć posadzkę i, wyraźnie zdenerwowana, niechcący rozlała pod nogi marszałka wodę z wiadra. Marszałek z humorem powiedział: no ładnie mnie tu witają. Lothar Herbst przepraszał marszałka, a Józef odpowiedział: tylko niech pan nie zwalnia tej pani, ona ugięła się przed majestatem marszałka, wiadro tylko niechcący zaplatało się miedzy nami.  Pamiętajmy jednak, że Józef był także postacią tragiczną. Prawica oskarżyła go o wiele rzeczy, których nigdy nie popełnił. Przez lata, w sądach bronił swojego dobrego imienia. Był jednym z kilku wielkich liderów, którzy po 90 roku budowali nowa lewicę. Władał kilkoma językami, był państwowcem i zasłużył na szacunek nas wszystkich. Wielka szkoda, że juz nie będzie Go wśród nas.

Czesław Cyrul

Pani premier Kopacz szczegółowo opisywała swoje pierwsze swoje 100 dni. To, co omawiała i czym się chwaliła poczęte zostało jeszcze przez poprzedni rząd, ale mniejsza o to. Od premiera oczekuję wizji i pokazywania kierunków rozwoju, a nie wyliczanki. Cieszy mnie, że emerytom trochę się poprawi oraz że przybędzie miejsc w przedszkolach. Śmieszne wydaje się, że pani premier wspomina o skróceniu czasu podróży, czyli powrotu do czasów sprzed 20 lat, pomiędzy niektórymi miastami, bo kupiono pociągi pendolino.

Nieprawdą jest natomiast, że w tym roku doczekamy się nowej ordynacji ordynacji podatkowej, na którą czekają miliony obywateli. Nie wierzę także, że Sejm uchwali zapowiadaną ustawę o związkach partnerskich, skoro niedawno taki projekt odrzucił. Nie zgodzi się na to, co najmniej, połowa posłów PO, zdecydowana większość PSL i całe PiS z przystawkami. Za, może być tylko klub SLD i resztka posłów od Palikota, a to za mało. Strach prze gniewem biskupów paraliżuje posłów prawicy, nawet w kwestach tak oczywistych. Miliony obywateli same tworzą nowe związki i urządzają życie wedle ich standardów, ale nie przeciw obowiązującemu prawu, a bojaźliwy rząd udaje, że nie ma problemu.
Generalnie do czasu jesiennych wyborów parlamentarnych nie zapadną żadne poważniejsze decyzje, bo takich, przez wyborami, rząd nie podejmie, skoro nie podjął ich przez ponad 7 lat. Nie będzie ustawy o In vitro, ale za to pewnie kościół ponownie zaproponuje rządowi, by ten „dobrowolnie” dał skromny „datek” na budowę jakiejś świątyni, a bojaźliwy rząd z pewnością, przed wyborami, nie odmówi prośbie.
Największe, ryzykowne wyzwanie dla rządu, to likwidacja 4 kopalń węgla. Ich sytuacja ekonomiczna stała się tak zła, że trzeba coś z tym zrobić. Gdyby była mniej zła pewnie rząd zamiótłby problem pod dywan, jak wiele innych zresztą. W tej kwestii ta koalicja zdobyła mistrzostwo i do tego skutecznie przekonuje obywateli, że zamiatanie trudnych spraw pod dywan, to bardzo dobra metoda rządzenia i wielu daje się na to nabrać.
Czesław Cyrul

Kiedy 10 lat temu wybuchła afera Rywina, SLD został obwiniony za te wydarzenia i z tego powodu stoczył się prawie na polityczne dno. Do dzisiaj nie może się podźwignąć. Tamta afera była opisywana na wszystkie możliwe sposoby, a jej rzekomi autorzy odsądzani od czci i wiary. Wyborcy w 2005 roku surowo osądzili za to SLD, choć to ta partia wprowadziła Polskę do Unii i zostawiła budżet państwa w bardzo dobrym stanie. W minionym roku byliśmy świadkami afery podsłuchowej w wykonaniu polityków PO i skandalu z wyłudzaniem pieniędzy przez posłów PiS. W poprzednich latach, w sferach rządowych, było co najmniej kilka skandali takiego pokroju. O drobniejszych „wydarzeniach”, z udziałem polityków prawicy, nawet nie wspomnę. I tu zaszła duża różnica w ocenie wyborców. Blamaże w wykonaniu polityków prawicy w zasadzie nie zachwiały notowaniami tych partii. Tak jakby wyborcy przestali reagować na te, co i rusz wywoływane skandale, uznając je za political fiction lub traktują je jak teatr, które ono (społeczeństwo) ogląda i to jest tylko teatr i nic więcej. Jaki wniosek z tego dla polityków? Można defraudować publiczne pieniądze, można wszczynać publiczne burdy, można ośmieszać publiczne urzędy, którymi się kieruje, a wyborcy i tak uznają: drodzy nasi wybrańcy, nic się nie stało, my was kochamy i dalej będziemy na was głosować. Jeżeli uznamy, że wspomniani politycy-skandaliści są solą ludu, to wstyd dla ludu. Jeżeli lud generalnie potępia takie zachowania, ale nie reaguje na nie, to jeszcze gorzej. Jeżeli jednak nie potępia ich, czyli akceptuje i nadal na nich głosuje, czyli na ich partie, to co się dzieje z wyborcami? Ale wola wyborców najważniejszą jest i skoro im dobrze z takimi politykami, to pewnie takie zachowania im nie przeszkadzają. 10 lat temu nie było takiej zgody, teraz jest. Co się stało?

Czesław Cyrul