Miesięczne archiwum: Maj 2015

W telewizji i w polityce, w krótkich oficjalnych oświadczeniach czy wypowiedziach, od dobrych 10 lat politycy preferują teatr jednego aktora z halabardnikami w tle. Lider mówi coś tam do kamery, a z tyłu stoi tłum niemych i skamieniałych twarzy, które swoją obecnością legitymizują to, co lider mówi. Twarze nie muszą sprawiać wrażenia myślących, nikt tego od nich nie wymaga. Mają stanowić tło do mądrych, lub nie, wypowiedzi aktora głównego. Nie wypada w tym momencie kręcić się, dłubać w nosie, żuć gumy i wysysać językiem resztek jedzenia spod zębów lub protezy. Nie można także nadymać policzków i pozdrawiać machaniem rąk znajomych. Lider mówi, a background wzmacnia siłę przekazu. Jeżeli lider mówi dobrze background wzmacnia mądre słowa lidera. Jeżeli lider wygłasza komunały nieme twarze w tle wzmacniają ględzenie lidera. Kiedy w sejmie „brylowała” na korytarzach „Samoobrona” lider Lepper lubił chodzić po sejmowych korytarzach marszowym krokiem, a za nim kroczyła jego drożyna. Był to background mobilny. To Samoobrona zapoczątkowała pokazywanie zwartego zaplecza politycznego z liderem w roli głównej. Bywają także sytuacje spontaniczne. Jeżeli np. w sejmie jakiś polityk wypowiada się do kamery to zaraz na nim gromadzi się przypadkowa gawiedź, która nie zachowuje kamiennej powagi, stroi miny – i wtedy background żyje własnym, dynamicznym życiem, to background spontaniczny i dynamiczny, niezgrany w aktorem głównym. Bywa także, że za plecami lidera nie wszyscy potrafią zmieścić się w kadrze. Zawsze jest jednak grupka wyćwiczonych halabardników, którzy błyskawicznie zajmują miejsce obok lub za plecami lidera, Są także ustawki, gdzie lider wyznacza, kogo sobie życzy w tle, by wzmacniali jego przekaz swoimi podobiznami. Dużego ryzyka, że halabardnicy skompromitują się dawaniem twarzy dla opowiadającego dyrdymały polityka nie ma. Twarze halabardników zapamiętują tylko członkowie rodziny i najbliżsi koledzy, tak jak w teatrze nikt nie zwraca uwagi na trzymających dekoracje i halabardy. W tym przypadku słowo równość nic nie znaczy. Zdarza mi się czasami być zaczepionym na ulicy przez znajomych, którzy powiadają: widziałam Pana w TV. A o czym mówiłem, pytam. A wie Pan, nie pamiętam. Obrazek jest najważniejszy, treść mało ważna. W przypadku halabardników jest to prawda najprawdziwsza. Oni są niemi. Nie stają tam po, aby coś powiedzieć, tylko wzmocnić mądrość lidera i zaświadczyć, że za nim murem stoją tysiące, a nawet miliony.
Czesław Cyrul
P.S. Jest to tekst całkowicie apolityczny.

Prezydenta Komorowskiego i jego przegraną kampanię wyborczą, krytykują nawet jego najwięksi pochlebcy dziennikarze. Daruję sobie nazwiska. I tak sami, bezkrytycznie zachwalając przymioty prezydenta, które naród odrzucił, dostatecznie się ośmieszyli. Ośmieszyli się także luminarze sztuki, sportowcy, prezydent Kwaśniewski, byli ministrowie, celebryci etc, etc. Publiczne i za sprawą usłużnych mediów ogłaszali narodowi, że popierają Komorowskiego, a tymczasem wyborcy wypięli się na ich poparcie. Nie po raz pierwszy mainstreamowe media budzą się, po wyborczej nocy, z przysłowiową ręką w nocniku. Dowodzi to, że zawsze bliżej im do salonów niż problemów codziennego życia milionów obywateli.

Mnie głęboko ubodło podejście prezydenta Komorowskiego do spraw powojennej historii. Prezydent jawił się masom jako ten Mojżesz, który przez morze przywiódł nas do niepodległości. Komorowski często mówił, że okres od 39 roku do 89 roku ubiegłego wieku był czasem zniewolenia Polski. Dopiero po 89 roku Polska odzyskała wolność, którą on i jego koledzy zbudowali na zgliszczach socjalizmu. Tym stwierdzeniem prezydent ubliżał i pluł w twarz milionom obywateli, którzy żyli w PRL, zdobywali wykształcenie i odbudowywali kraj najlepiej jak potrafili. Takim stwierdzeniem prezydent Komorowski negował dorobek naukowy, kulturalny i gospodarczy PRL. Wynika z tego, że np. skoczek Wszoła, popierający Komorowskiego, na Olimpiadzie w Montrealu zdobył złoty medal dla nie wiadomo kogo i to pod przymusem. Szkoda, że twórcy popierający Komorowskiego zapomnieli, iż w okresie PRL – przy głoszonym teraz „powszechnym prześladowaniu” tej grupy – powstały świetne filmy i spektakle, którym te, kręcone w okresie wolnej Polski, w większości nie dorównują. Działały światowej klasy teatry, drukowano miliony książek, itp. Dla Komorowskiego to wszystko są gruzy socjalizmu. Dzisiaj ta wolna Polska, znacznie bogatsza w wielu dziedzinach nauki i kultury nie ma co się równać ze „zniewoloną” i biedną PRL. Każda próba obiektywnej obrony tamtych czasów spotyka się z wściekłym atakiem bezkrytycznych chwalców dzisiejszej wolności. Ten brak proporcji w oglądzie historycznym prezydenta Komorowskiego przeszedł jakoś niezauważenie. Widocznie starsze pokolenie, pod naporem zmasowanej propagandy, przyjęło za oficjalną wersję historii, że czas PRL to były wyłącznie prześladowania, gnębienie ludzi w więzieniach i kartki na mięso. Nic dziwnego,że dzisiaj młodzi widzą w żołnierzach wyklętych zbawców, jak nie Europy, to co najmniej całej Polski. Komentując historię na swoją modłę prezydent Komorowski nie był prezydentem wszystkich Polaków. Ja tamte czasy pamiętam i staram się oddzielić dobro od zła. Prezydent Komorowski postawił czas PRL na równi z hitlerowska okupacją. To wielka nieuczciwość. Tak, czasy PRL kolorowe nie były, ale nie były czasem czarnej dziury, co wielokrotnie sugerował prezydent Komorowski.

Jeżeli prezydent Duda chce utrzymać uzyskane zaufanie wyborców, musi w tej kwestii przyjąć bardziej wyważone stanowisko. Powinien także pamiętać, że obok wolności są jeszcze dwa hasła: równość i braterstwo. Prezydentowi Komorowskiemu były one obce. Ocena czasów PRL w PiS-ie jest taka sama jak prezydenta Komorowskiego. Wszak korzenie mają wspólne, tylko rodzina skłóciła się do granic absurdu i tą wzajemną nienawiścią zaraziła cały kraj.

Czesław Cyrul

To, że kandydat Duda może wygrać wybory było do przewidzenia. Z rozmów z moimi znajomymi, tymi z lewa jak i z prawa, a mam ich sporo, wynikało, że więcej zwolenników ma Duda. I tak się stało. Komorowski stał się ofiarą polityki PO, która nie wszystkim podobała się. Wyborcy, wybierając Dudę, wystawili rachunek PO za prawie 8 lat rządów. Sądziłem, że wyborcy przestali reagować na afery finansowe i podsłuchowe w obozie władzy, na powszechny nepotyzm, upartyjnienie urzędów i zarządów spółek państwowych. Wyborcy wystawili rachunek za pyszałkowatość liderów PO, za to że oni (liderzy) wszystko wiedzą najlepiej i tą najlepszość, przy pomocy im usłużnych mediów, wciskają obywatelom. Wyborców raziło eksponowanie poparcia przez elity, ludzi zadowolonych i bogatych, prezydentowi Komorowskiemu. Poprzez to popieranie elity zarazem separowały się od ludu. I lud powiedział tym elitom nie.
Strach przed konserwatyzmem Dudy okazał się mniejszy od niechęci do PO i  jej kandydata Komorowskiego. Dzisiaj wyborcy mniej, od PO, się boją Kaczyńskiego, który stoi za plecami Dudy i jego podpierania się w świeckiej polityce naukami fundamentalistów kościelnych. Może będą w przyszłości tego żałować. Może. Na kandydata Dudę głosowali przeciwnicy PO, nie tylko zwolennicy PiS. I przeciwników PO jest znacznie więcej niż zwolenników PiS. Duda musi o tym pamiętać. Jeżeli przestanie afiszować się swoim przywiązaniem do kościelnych hierarchów i że jest przeciwnikiem in vitro, to zatrzyma dzisiejszych wyborców przy sobie. Dlatego kandydat Duda musi uciekać do przodu, przestać być zakładnikiem PiS-u, wybić się na samodzielność. Prezes Kaczyński nie ma możliwości odwołania go z prezydenckiego fotela. Te wybory były prawyborami parlamentarnymi. Kandydat Duda zgromadził wokół siebie niezadowolonych wyborców. Tych z prawa i z lewa. Oni chcą zmian, ale każda strona innych. Czy prezydent Duda to potrafi ogarnąć? Dla SLD była świetna okazja, by zyskać głosy niezadowolonych, także niektórych z prawej strony. Zabrakło wyobraźni, politycznego węchu, zgody, woli walki i dobrego kandydata. Wielka szkoda.
Czesław Cyrul

70 lat temu, 6 maja, twierdza „Festung Breslau” skapitulowała. Miasto leżało w gruzach. Zwycięzcy też go nie oszczędzili. Nowi Wrocławianie odbudowali miasto, powstały nowe uczelnie i zakłady pracy.

Oficjalne stanowisko dzisiejszych władz coraz częściej brzmi, że czas PRL, do 89 roku, był okresem zniewolenia. Ten okres zrównuje się z czasem II Wojny Światowej. Jeden z historyków IPN napisał np.: zabrano nam tereny wschodnie, a w zamian dostaliśmy mniejsze tereny poniemieckie. Zapomniał dodać, że były to tereny ze świetną infrastrukturą drogową, kolejową, przemysłem, w pełni zelektryfikowane itp. Rosjanie, biorąc bogate łupy wojenne tylko nieco zubożyli tę infrastrukturę. Dzisiaj nasze byłe tereny wschodnie mają gorszą infrastrukturę, niż, te niemieckie w 45 roku. Wystarczy pojechać na Białoruś czy zachodnią Ukrainę i porównać. Przypomnę także znane liczby. Niemcy zabili około 6 mln polskich obywateli. Po Żydach mieliśmy być kolejnym narodem do zgładzenia. Czas naszej wojny domowej: ofiary po stronie tzw. żołnierzy wyklętych i ci zabici przez tych „żołnierzy”, oraz ofiary stalinowskich represji szacowane są na 35 tysięcy. Już same te liczby pokazują jak naciągają fakty dzisiejsi interpretatorzy historii z IPN. Od nich polityczni historycy czasów PRL mogliby się sporo nauczyć. Przypomnę także, że żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, dzisiaj traktowani często jak powietrze, walczyli w polskich mundurach i brali odział w defiladzie zwycięstwa w Moskwie. Nasi żołnierze za Zachodzie walczyli w mundurach alianckich i nie pozwolono im wziąć udziału w defiladzie zwycięstwa w Londynie, a Churchill powiedział, zaraz po wojnie, generałowi Andersowi, by zabrał z Anglii swoich żołnierzy bo są już niepotrzebni. Generałowie, oficerowie i żołnierze poszli na zmywaki.

Przypomnę również, że w zdobywaniu Wrocławia poległo około 8,5 tyś żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej. Dzisiaj gloryfikuje się bohaterstwo naszych żołnierzy na Zachodzie i żołnierzy wyklętych, a zapomina się o poległych Polakach idących ze Wschodu. Szli z niewłaściwej strony politycznej i dzisiaj ich śmierć jest mniej  warta i chętnie zapominana. To marna polityka historyczna. Podobno uczymy się na błędach. Ale w historii z błędów PRL nie wyciąga się wniosków. Obiektywizmu w ocenie wydarzeń historycznych nie było w PRL, nie ma i dzisiaj. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie obowiązywać oficjalna wersja, iż Wrocław zdobyli żołnierze wykleci i przegonili stąd Rosjan. Absurd? Oczywiście, ale po kilkuset latach naginania i zacierania faktów wszystko jest możliwe. Prawica pisze nową historię na swój użytek.

Czesław Cyrul

P.S. Kronika, drukowana przez GW, w ostatnich tygodniach, o wyzwalaniu Wrocławia była świetnym pomysłem.

Na lewicy, za kulisami kampanii prezydenckiej, grupka wolnych politycznych elektronów czeka na pogrzeb SLD. Na zwolnionym miejscu chce założyć nową lewicę. Czegoś własnego i oryginalnego ci politycy ze spróchniałymi zębami nie są w stanie ani wymyślić, ani zorganizować, bo są organizacyjnymi nieudacznikami. Daruję sobie wymienianie po nazwiskach. Bardzo boleję, że z SLD odeszło wielu wartościowych ludzi, a partia nie umiała, lub nie chciała zatrzymać ich przy sobie. To wielka słabość mojej formacji. Jednak ci, którzy odeszli niczego lepszego na lewicy nie stworzyli. Sami zostali stworzeni i wykreowani przez SdRP, a potem SLD, (np. Napieralski), a wydawało się im, że są zdolni do samodzielnego życia w polityce. Najczęściej kończyli swoją aktywność na uprawianiu zaciekłej krytyki SLD. Nawet nasz obecny lider doświadczył tej niemocy, rezygnując chwilowo z członkostwa w SLD. Jak obserwuję obecną grupę kontestatorów i ich zapowiedzi, że już, już nowa partia lewicy objawi się na scenie politycznej, to śmiech mnie ogarnia. Grupka salonowców warszawki i kilku zawsze nastawianych programowo na nie ma stworzyć partię. Podobno toczą się jakieś rozmowy, podobno lada chwila wybuchnie bunt w SLD i jego członkowie na kolanach oddadzą się w opiekę jakiejś nowej lewicy. Nic takiego nie stanie się. Każdy, kto ma trochę rozeznania w tzw. terenie wie doskonale, że innych sił, poza SLD, na lewicy nie ma. Jak patrzę na mój Wrocław i cały region, to widzę pojedyncze osoby, zbierające się w luźne kanapy, potem szybko skłócające się i zakładające nowe kanapy. Dla tych kanap pożywką jest krytyka SLD. Ta pożywka jest jednak mało strawna i wiadomo, że wychodzi z tego g. Nadzieją niektórych uczonych i dziennikarzy są ruchy miejskie. Nie są one zdolne do wspólnych większych przedsięwzięć politycznych. Ich okres aktywności przypadł na wyborcy samorządowe, co jest zrozumiałe, teraz rozpadły się lub zawiesiły działalność. Polityką krajową, a nawet regionalną raczej się nie interesują, a tym bardziej zakładaniem partii politycznych. Czekanie byłych członków-liderów SLD, aż ich matka partia wyzionie ducha jest bezrozumne. Jednak zadufani w sobie salonowcy, wspierani przez media czekają na koniec SLD, który ma być początkiem czegoś nowego. Niedoczekanie ich. Natomiast kondycja SLD i potrzeba zmian w partii to zupełnie inny temat i bez takich zmian nie obędzie się. Stary SLD jest nadal jedyną realną siłą organizacyjną na lewicy. Czy programową? To temat na osobny materiał.

Czesław Cyrul.

Rzecznik prasowy PiS, poseł Mastalerek wyszedł ze studia TVP INFO, z programu prowadzonego przez redaktora Kraśkę. Tym gestem chciał zwrócić uwagę na tzw. „obiektywne włazidupstwo” (określenie moje), czyli nadmierne eksponowanie kandydata Komorowskiego w publicznej telewizji, a ja dodam że i publicznym radiu także. Mainstreamowe media komercyjne także nie żałują czasu antenowego panu prezydentowi. Nakłada się na to nadaktywność prezydenta w pełnieniu jego powinności prezydenckich, do których w trakcie kadencji jakoś się nie palił i sama kampania. Wywiady o owym i tamtym, relacjonowane bezpośrednio z budynków prezydenckich, to specjalność właśnie redaktora Kraśki. Mam przesyt w oglądaniu programów publicystycznych, gdzie prezydent znudzonym i zmęczonym głosem nawołuje do zgody i sugerując, że tylko on wyłącznie jest symbolem tej zgody. Dziennikarze potakują służalczo głowami, bo tak ma być. W kwestii zawłaszczenia mediów publicznych przez kandydata Komorowskiego w pełni zgadzam się z posłem Mastalerkiem, choć może to brzmieć dziwnie.
Czesław Cyrul

 

1 Maja, w Święto Pracy, za PRL, ulice były obwieszone flagami, biało-czerwonymi i czerwonymi, o Dniu Flagi, czyli 2 maja, nikt wtedy jeszcze nie wiedział. Co więcej, 2 maja trzeba było flagi zdjąć, aby nie było po nich śladu 3 maja – w Święto Konstytucji. To święto wtedy było zakazane. Nawet wtedy 2 maja (kiedy do końca dnia flagi trzeba już było zdjąć), było ich wielokrotnie więcej niż dzisiaj – kiedy flagi powinny wisieć, bo mamy Święto Flagi przecież. Wtedy, za PRL, obywatele, w majowe święto, wieszali flagi, choć kraj był zniewolony i obywatele podobno wszystko robili tylko pod przymusem. Nikt wtedy nikogo nie rozliczał z wieszania flag w prywatnych mieszkaniach, a wisiało ich naprawdę dużo, choć dzisiaj wmawiają nam historycy i dziennikarze na usługach obecnej władzy, że wtedy wszystko było na rozkaz. Wg tych „historyków” miliony ludzi także maszerowały w pochodach majowych wyłącznie pod przymusem, co jest oczywistą bzdurą, choć różnego typu „zachęty” były stosowane. Dzisiaj mamy wolność i dzień flagi ją podkreślający, choć tylko część obywateli chodzi regularnie do wyborów, demokrację ma w głębokim poważaniu i nie chce z niej korzystać. Jeszcze gorzej jest z samymi flagami. To święto jest tylko w TV i w radiu. Na Kozanowie, gdzie mieszkam od lat, w minionym roku naliczyłem bodaj 17 flag w kilkuset mieszkaniach, które widzę z mojego okna. W tym roku jest podobnie. Oznacza to, że dla obywateli to święto nie ma większego znaczenia. Za PRL takie olewanie święta tamtejsza władza uznałaby za przejaw oporu. Jak dzisiaj określić niechęć do wywieszania flag, gestu pokazującego przywiązanie do tradycji, naszych barw narodowych itp. Odpowiedzmy sobie sami, dlaczego nie interesuje nas to święto. Wstydźcie się obywatele, wstydź się władzo, bo taki brak zainteresowania, to także wyrażenie stosunku obywateli do władzy obecnie nam panującej i przez nas wybieranej. Zrobiono wiele aby zniesławić Święto Pracy i mimo oczywistej reklamy obywatele z obojętnością odnoszą się do Święta Flagi i Święta Konstytucji. Zamiast obchodów Święta Pracy – gril, zamiast Święta Flagi – gril, zamiast 3 Maja – gril. Ważne święta wymieniliśmy na kiełbaski, karkówkę, piwo i tumiwisizm.

Czesław Cyrul

P.S. Natomiast tematem przewodnim w polskich mainstraemowych mediach jest przyjście na świat kolejnego dziecka książęcej pary w Anglii. O kolorze i konsystencji kupki niemowlęcia jeszcze media nie donoszą, ale wszystko jest możliwe. Dociekliwość dziennikarska nie zna granic.