Miesięczne archiwum: Sierpień 2016

We Wrocławiu, na szczęście, zawirowań z  reprywatyzacją kamienic  nie ma, a byli właściciele miasta sprzed wojny, zostali przez Armie Czerwoną  przegonieni. 

Tymczasem w Warszawie, dekret Bieruta z 45 roku, nacjonalizujący mienie,  uznany został  przez solidarnościową  władzę jako akt dziejowej niesprawiedliwości.  Krzywdę wyrządzoną byłym właścicielom  kamienic należało jak najszybciej naprawić. …”Bo własność prywatna dobrem najwyższym jest”…., nawet gdyby za zadośćuczynienie  byłemu właścicielowi cierpieć miały tysiące ludzi. 

Po wybuchu prywatyzacyjnego szamba w stolicy, a napełniane ono było przez prawicę przez lata,  poseł Halicki z PO, w jednej z audycji TV, zwalał na kogo tylko  mógł winy PO i prezydent Gronkiewicz. Najczęściej wymienianym był prezydent Kwaśniewski, który ze względów ideowych, był przeciwny prywatyzacji. I słusznie. Lewica uważała, że  nie powinno się zwracać mienia przedwojennym właścicielom, a  jeżeli to w symbolicznej formie.  Jednak   solidarnościowi liberałowie  postanowili sprywatyzować co tylko się da i rozdać  byle komu, ale przede wszystkim  swoim.  Okazało  się, że uczciwej reprywatyzacji prawica w stolicy przeprowadzić nie potrafiła, albo nie chciała.  Zresztą, pamiętamy prywatyzację państwowych przedsiębiorstw i jakie straty z tego powodu poniosło społeczeństwo. Pamiętamy  bezmyślną likwidacje PGR-ów i wyrzucenie z dnia na dzień kilkuset tysięcy ich  pracowników na bruk. Pamiętamy, często mafijne, uwłaszczanie Kościoła na gruntach, które ten błyskawicznie sprzedawał. I tak można wymieniać jeszcze długo krzywdy, jakie z powodu bezmyślnego rozdawania społecznej własności,  wyrządzili  Polsce  postsolidarnościowi kapitaliści.

Afery z nieruchomościami w Warszawie to wisienka na torcie polityki prywatyzacyjnej w III RP. Największą winę za to ponoszą ludzie PO. To oni byli największymi zwolennikami takiej, byle jakiej i mętnej  prywatyzacji. To co wydarzyło się w Warszawie  to kwintesencja  platformianych pomysłów na gospodarkę. Dzisiaj można powiedzieć: utrzymanie w mocy dekretu Bieruta w Warszawie byłoby najmniejszym złem.  Jednak żaden polityk prawicy  tego nie powie, prędzej dałby sobie język odciąć.

Czesław Cyrul

Awantura o obsadę dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu pokazuje pewną prawidłowość, którą obserwuję od lat.  Otóż nie znam konkursu na szefa jakiejś placówki, której np. ministerstwo, czy urząd administracji terytorialnej jest  właścicielem, gdzie tenże urząd  nie sugerował by komisji konkursowej kogo ona powinna wybrać z grona pretendentów.  

W przypadku teatru we Wrocławiu – moim zdaniem- przy wyborze nowego dyrektora decydujący wpływ miały następujące czynniki. Urząd Marszałkowski miał już dosyć ciągłych upominań odchodzącego dyrektora Mieszkowskiego, by ten nie zadłużał teatru. Repertuar teatralny Mieszkowskiego nie podobał się ani PO, ani PSL, ani tym bardziej PiS. Konserwatywne środowiska uznawały wystawiane sztuki za lewackie i obrazoburcze. Na te sztuki chodzili cykliści, wegetarianie i wszelkiej maści obywatele gorszego sortu. Tego oczywiście,  bardzo niezadowolony z tego co się dzieje w teatrze, premier  Gliński nie powiedział  wprost, ale tej linii się trzymał.

 Dlatego też  konkursowa komisja platformersko- pisowsko- peeselowsko-solidarnościowa postanowiła zakończyć błyskotliwy etap w życiu teatru i wybrała na nowego dyrektora kandydata  Morawskiego.  Reżyser Lupa, a ja Lupie wierzę, ocenił Morawskiego jako najsłabszego z szóstki kandydatów. Nowy dyrektor nie będzie za to  przekraczał budżetu teatru. Nie będzie wystawiał sztuk wywołujących niesmak u konserwatywnych odbiorców. Zresztą, wyborcy PiS czy PSL raczej do teatrów nie chodzą, więc co tam będzie grane nie ma dla nich większego znaczenia. Lewacka publiczność zostanie odcięta od wysokiej kultury i o to chodzi prawicy. Wicepremier Gliński będzie mógł spokojnie dawać pieniądze na patriotyczne i kiczowate, ale miłe sercu obecnej władzy, spektakle. Urzędnicy z Urzędu Marszałkowskiego wreszcie odetchną. W teatrze nastąpi okres  martwoty twórczej i kadrowych tarć, z których żadna wybitna  kreacja się  nie urodzi. I dalej: PSL, głosując na miłego sercu pisowców kandydata  wysłał kolejny sygnał, że jest otwarty na polityczne zbliżenie z partią „dobrej zmiany”

 I na koniec  wisienka. Przedstawiciel ZZ” Solidarność” w komisji konkursowej także głosował za kandydatem, którego Lupa określił jako słabeusza. Niedawno w konkursie na Dyrektora Opery sytuacja była podobna. Wygrał kandydat popierany przez PiS, a przedstawiciel Solidarności tę kandydaturę – wbrew woli załogi-  poparł. Wynika z tego, że związkowcy głosują tak, jak im PiS każe. „Solidarność” poparła PiS w wyborach i  jest- zgodnie z dawną doktryną socjalizmu-  pasem transmisyjnym partii w zakładach pracy i wykonuje   jej (partii) polityczną wolę. Historia zatoczyła koło…..

Czesław Cyrul

Przewodniczący Schetyna ogłosił jakiś czas temu, że PO będzie skręcać w prawo, co wielu wprawiło w zdziwienie, że dlaczego właśnie tam.  Gdyby Schetyna powiedział, że jego partia idzie w lewo to bym się dopiero zdziwił.  Lider Schetyna wywnioskował, że partia dłużej nie może stać w rozkroku. Będąc w opozycji już nikogo z prawa czy z lewa nie przyciągnie i trzeba bardziej się określić. Ponieważ w kraju i Europie panuje aktualnie moda na prawicę więc PO też popłynęła z brudnym  prądem. W tej partii nigdy nie przywiązywano wielkiej wagi do głoszonych poglądów,  była to partia ideowo rozmemłana, to i ów prawoskręt nie będzie w praktyce  zauważalny. Jestem przekonany, że jak tylko zmieni się koniunktura i  po okresie taniego, prawicowego populizmu  społeczeństwo zmądrzeje, PO bez mrugnięcia oka zacznie  znowu mizdrzyć się do lewicowych wyborców.  Lewicowi wyborcy  zostali nabrani przez PO wielokrotnie. Pamiętam jak przed laty, kiedy PO szła do góry, a SLD upadało, wielu  działaczy i wyborców  lewicy poszło na służbę do PO. Twierdzili, że SLD stało się partia bezideową i w swojej naiwności szli do partii, która w swoich założeniach była partią  władzy, grupowych interesów  i na pewno antylewicową.  Ideały prawicy czy lewicy wykorzystywała w zależności od potrzeb.

Teraz u wielu wyborców lewicy pewnie nadeszła chwila refleksji: że oddawali swoje głosy w wyborach na partię, która wypinała się na nich przez lata, a teraz jej lider powiada im,  wyborcom PO o  lewicowych sympatiach: mam was w dupie. No może tak nie powiedział, ale dokładnie na to wychodzi. Co zrobią teraz lewicowi wyborcy PO?  Mogą ponownie wrócić do SLD. Ta partia w zestawianiu z PO, choć teraz słaba, to nigdy nie  zawiodła aż tak wyborców, jak PO. Jak bardzo okłamał wyborców PiS, to się dopiero okaże. Tak więc  szanowni, byli wyborcy lewicy, którzy przez lata głosowaliście na PO, wróćcie od SLD. To teraz partia po przejściach i w nie najlepszej kondycji, ale nikogo na lewicy  mocniejszego nie ma, a i błędy jakie ta partia popełniła jawią się, przy skandalach wyprodukowanych w PO, jak niewinne potknięcia.

Czesław Cyrul

 

Igrzyska w Rio po raz kolejny dowodzą, że medalowymi prymusami są kraje o relatywnie wysokim PKB. Czołówka medalowa to światowe potęgi gospodarcze. Polska ze swoim PKB lokuje się na 25. miejscu na świece. W  klasyfikacji medalowej zajęliśmy dopiero33. miejsce.

Jest w Rio jednak  sporo krajów, których PKB było znacznie niższe od naszego, ale zdecydowanie nas  wyprzedziły w ilości zdobytych medali. Są to choćby Kenia, Jamajka, Kazachstan, Grecja, Kolumbia, RPA, Węgry i Chorwacja. Kenia ma swoich „genetycznie uzdolnionych” biegaczy, Jamajka sprinterów, a co z innymi krajami?  Oczywiście nie jest to porównanie miarodajne, ale porównać można na różne sposoby. 

Polityka była i jest obecna w sporcie. Wystarczy posłuchać pisowskich mediów, które otrąbiają  sukces naszych olimpijczyków, i zarazem pokazują zniszczony przez platformerską prezydent Warszawy stadion Skry, na którym trenuje  medalistka Włodarczyk. Generalnie kapitalistyczna i neoliberalna władza naszego kraju nie dba o sport. Wybudowano wiele nowych obiektów sportowych, ale bez ładu i składu, (np. nasz wrocławski Stadion Miejski), a szkolenie kadry od lat rozłazi się, co widać po wynikach.

Przypomnę, że w czasach PRL było tak: na igrzyskach w Tokio (1968r.) zdobyliśmy 26 medali i zajęliśmy 7. miejsce w klasyfikacji generalnej.

W Meksyku (1968r.) zdobyliśmy 18 medali, w Monachium (1972)  było 21 medali i w generalce 7 miejsce.

W Montrealu (1976r.) zdobyliśmy 26 medali

W Moskwie, w 1980. roku – 32 medale

W Seulu zdobyliśmy  już tylko 16 medali, kryzys  systemu dawał znać o sobie.

Potem było już coraz gorzej i gorzej, choć wychodziliśmy z zapaści gospodarczej. W Sydney zdobyliśmy tylko 14 medali, w Atenach 10, w Pekinie 9, w Londynie 10, co dało nam wtedy  30. miejsce w klasyfikacji generalnej.

W Rio zdobyliśmy 11 medali, co dało nam także 33. miejsce w klasyfikacji generalnej.  Zatem, im bardziej jesteśmy bogaci i mamy lepszą bazę sportową, tym marniej wypadamy w igrzyskach. Media i działacze nadymają narodowy balon, a potem wychodzi  z tego kicha.  Znowu będzie sporo deklaracji, że będzie lepiej, że poprawimy to i owo. Potem nastanie marazm i tylko osobowości, takie jak Włodarczyk czy Włoszczowska będą rodzynkami w polskiej, sportowej przeciętności. PiS tej sytuacji na pewno nie naprawi. On woli, by młodzież sportowała się w narodowych marszach i rekonstrukcjach historycznych oraz słuchała pogadanek patriotycznych. Natomiast wielki  sport w PRL uprawiany był pod przymusem. Taka jest teraz oficjalna wersja i tego władza będzie się trzymać. Ale starsi pamiętają dni  sportowej chwały i  żyją  bohaterowie tamtych czasów.

Czesław Cyrul

Rok prezydentury Andrzeja Dudy opozycja określiła jako fatalny i taki on był (ten rok). Media przychylne prezydentowi omijały tę rocznicę szerokim łukiem.  Prezydent Andrzej Duda  jawi się jako osoba niesamodzielna i podporządkowana prezesowi Kaczyńskiemu. Opozycja podpowiada, że prezydent powinien wykazać się samodzielnością i postawić się PiS-owi, czyli wetować jego ułomne ustawy. Powstaje tylko pytanie, po co prezydent maiłby stawiać się prezesowi i partii.

Po pierwsze, notowania PiS-u są nadal wysokie. Przeciwstawiając się matce partii prezydent błyskawicznie utraciłby zaufanie jej wyborców i sympatyków

Po drugie, prezydent nie dysponuje własnym zapleczem politycznym. Pozbawiany poparcia partii został by kompletnie osamotniony.

Po trzecie, prezydent Duda nie ma żadnego własnego pomysłu na inne, niż z PiS-em, bycie w polityce.

Po czwarte, antydemokratyczne ustawy PiS-u, które bez szemrania podpisuje prezydent,  nie bulwersują wyborców PiS. Oni większą uwagę zwracają na materialne obietnice PiS. Demokracja dla sporej grupy obywateli naszego kraju nie jest najważniejsza o czym badania socjologów zaświadczają od dawna.

Po piąte, gdyby prezydent Duda poszedł pod prąd  polityce swojej partii na pewno nie zostałby zaakceptowany przez stronników np. PO czy SLD. Po co więc ma pozbawiać się wyborczego zaplecza. Żadna inna siła polityczna nie wystawi kandydatury prezydenta Dudy na kolejną kadencję. Musi wiec prezydent  trwać przy PiS-ie i prezesie, a on może go wystawić na następną kadencję, ale nie musi. Twarz polityczną prezydent i  tak już stracił i nie ma szans na jej odzyskanie.

Po szóste, prezydent Duda mógłby wybić się na samodzielność gdyby notowania PiS zaczęły spadać i osiągnęłyby poziom np. poniżej 15 procent z nadzieją na dalszy spadek. Wtedy słaby prezydent mógłby zacząć odcinać się od słabej partii. Politycznie nic mu to nie da, ale może , choć częściowo uratować utraconą cześć.

Dlatego też  niech opozycja nie liczy, że prezydent będzie stawiał  się swojemu obozowi politycznemu. To mu się w ogóle nie opłaca. Korzystniej jest być prezydentem bez twarzy,  pilnować żyrandola i czekać na dyspozycje  góry, wiadomo jakiej.

Czesław Cyrul

W politycznych inwektywach między prawicowcami na temat obsadzania stanowisk przez partyjnych kolegów najcięższym oskarżeniem jest to, że nawet komuniści nie byli tak bezczelni w upychaniu swoich zaufanych, ale miernych towarzyszy na kierownicze stanowiska. Ci, co używają takich porównań zwyczajnie bredzą, albo, w najlepszym przypadku, są kompletnie niezorientowani w zasadach polityki kadrowej jaką prowadziła PZPR. Już samo porównanie dzisiejszej polityki kadrowej do czasów PRL jest postawione na głowie. Wtedy był inny ustrój polityczny, a rządząca partia w pełni odpowiadała za funkcjonowanie ewidentnie niewydolnej gospodarki. Wraz z odpowiedzialnością za gospodarkę partia odpowiadała także za całą nadbudowę. Teraz PiS próbuje nieboszczkę naśladować z tą różnicą, że wyborcy dali mu do tego demokratyczny mandat.
Otóż w tamtych czasach przed wszystkim kadra kierownicza zarabiała znacznie mniej niż dzisiaj. Premią mógł być talon na fiata, za którego trzeba było oczywiście zapłacić. Powszechne były przypadki, że dobrzy narzędziowiec w fabryce, np. w dawnym Hydralu, zarabiał więcej od dyrektora. Aby jednak zarządzać zakładem pracy w niewydolnym systemie gospodarczym trzeba było mieć wiedzę, umiejętności kierownicze i znajomości. Nieboszczka partia nie mogła sobie pozwolić na niedoróbki kadrowe, których dzisiaj pełno na każdym kroku. Przypadki nepotyzmu zdarzały się, ale znacznie rzadziej niż dzisiaj. Oczywiście, by zakwalifikować się do rezerwy kadrowej, trzeba było być dobrym towarzyszem lub akceptować linię partii. Ten wymóg eliminował wielu ludzi z kręgu kadry zarządzającej. A czy dzisiaj wymóg przynależności partyjnej nie jest podstawą do dania partyjnemu towarzyszowi odpowiedniej posady. Mogę nawet stwierdzić, że obecnie przynależność partyjna przy obsadzie stanowisk jest ważniejsza niż za czasów PZPR. Pamiętam wielu dyrektorów z tamtych lat, którzy byli bezpartyjni. Pokażcie mi dzisiaj bezpartyjnego fachowca postawionego na wysoki stołek, który nie miał by legitymacji PiS. Zatem jak prawica obrzuca się błotem, to niech nie miesza do tego czasów PRL, bo to bardzo nietrafione porównania. Inny był system, inna gospodarka i inne, niż dzisiaj, kryteria kadrowych naborów. Tamte, PRL-owskie były o wiele bardziej wymagające niż dzisiejsze, które można nazwać partyjniackimi i byle jakimi. Pojęcie BMW (bierny, mierny, ale wierny) nie pochodzi z czasów PRL. Narodziło się w III RP i ma się nadal świetnie.
Czesław Cyrul