Miesięczne archiwum: Styczeń 2017

 

Szklarska Poręba

Tereny na Szrenicy i u jej stóp potencjalnie powinny być największymi terenami narciarskimi w Sudetach. W zasadzie tak jest.  Ale, od lat regularnie, z dużym opóźnieniem rusza nartostrada Lolobrygida (w ubiegłym roku w ogóle nie była czynna) i Hala Szrenicka, bo od lat brakuje tu śniegu, a sztuczne naśnieżnie nie jest  w stanie zastąpić naturalnych opadów. Od lat nieczynna jest trasa FiS – słynna ściana- bo też brakuje śniegu. Na niej dobrzy narciarze mogliby zasmakować prawdziwego narciarstwa zjazdowego. Wyciągi na Hali Szrenickiej,  na Świąteczny Kamień i na wspomnianej ścianie to już zabytki techniki. Dwukrzesełkowa, dwuodcinkowa kolej na Szrenicę także. Jedynie nowa kolej krzesełkowa Krakonosz ratuje honor ośrodka. W dni wolne od pracy tłok na ciasnych parkingach niesamowity i do tego trzeba za nie płacić. Płacić też trzeba za toalety, których zresztą brakuje. Trasy generalnie dobrze utrzymane. Chimeryczny klimat Karkonoszy często utrudnia cieszenie się nartami. Generalnie polecam, ale nie w weekendy, ale jak ktoś lubi tłok na parkingach,  stanie w kolejce po bilety i kocha narty ponad wszystko, to nic go nie powstrzyma.

Karpacz

Dużo hoteli i pensjonatów oraz  fatalna infrastruktura narciarka w rejonie Kopy, a mogłoby być tak pięknie. Uwagę przykuwa zabytkowa, zbudowana jeszcze w latach bodaj pięćdziesiątych, jednokrzesełkowa kolej na Kopę. Warto  zobaczyć i przejechać się tym zabytkiem muzealnym oraz przypomnieć sobie jak pół wieku temu jeżdżono. Od lat bodaj piętnastu trwają  przygotowania do budowy nowej kolei i ciągle coś  temu przeszkadza. To pokaz nieudolności, niemocy i przeszkód administracyjnych razem wziętych. Inne wyciągi w tym rejonie to także zabytki. Generalnie  narty tutaj zdecydowanie odradzam.  Sam Karpacz może być  dobrym  przykładem  dynamicznego rozwoju bazy hotelowej i wstydliwym przykładem  dakapitalizacji bazy narciarskiej. Symbolem tego jest archaiczna  infrastruktura na Kopie i stojąca niedaleko skocznia Orlinek, na której od lat nikt nie skacze.  Liczne wyciągi w centrum miasta dobre są do nauki  i bardzo, bardzo rekreacyjnej jazdy. Jak ktoś lubi zwiedzać bary i restauracje, których są setki to niech jedzie do Karpacza. Narty może ze sobą zabrać, tak na wszelki wypadek i gdy go najdzie tęsknota za nartami to   każdy stok wyda mu się piękny.

Czesław Cyrul

Czarna Góra

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych uruchomiono tutaj kolej krzesełkową, podano informację, że już działa. Przyjechali narciarze, ale kolej nie działała. Dzisiaj, po latach, to perełka narciarska w Sudetach. W tym roku uruchomiono nową, sześcioosobowa kolej na Czarną Gorę. dokończono budowę trasy A i oświetlono całą trasę B. Plusem są duże i darmowe parkingi. Jeżeli zostaną jeszcze sztucznie dośnieżane trasy przy wyciągu ”Proca”, będzie super. Są ładne restauracje i bary dla oszczędniejszych. Nie brakuje toalet. Niestety w trakcie dni wolnych blokują się kasy i trzeba odczekać nawet i pół godziny. Ta stacja  może być umieszczona w księdze rekordów Guinessa. Na niewielkim obszarze naliczyłem bodaj 16 wypożyczalni sprzętu narciarskiego. Czegoś takiego nie ma nigdzie w Polsce i Europie. Tłoku przy wypożyczalniach raczej nie ma, bo u nas ciągle posiadanie swoich, prywatnych nart jest ważniejsze od ekonomiki. Ja też zawsze mam swoje własne. Bilety można kupować w różnych konfiguracjach, co też ważne. Tanio nie jest, jak we wszystkich stacjach. Jak ktoś nie lubi zimy. może przyjechać tutaj latem. Jest gdzie pochodzić i pojeździć rowerem.

 

Świeradów Zdrój.

Świeradów to jednak raczej uzdrowisko. Kiedy wybudowano kolej gondolową na Stóg Izerski i obok trasę narciarską uzdrowisko ożyło. Jednak to tylko jedna trasa. Po jednym dniu jazdy zaczyna być nudno. W tym roku parkingi są bezpłatne. Toalet wystarcza. W centrum miasta są jeszcze inne, małe wyciągi. W latach osiemdziesiątych KGHM wybudowało wyciąg na Świeradowiec (ponad 1200 metrów). Jakaś firma go odkupiła i potem zbankrutowała. Są plany uruchomienia tej trasy, ale na razie są to tylko plany. Właściciel kolei gondolowej także chce budować nowa trasę, ale ekolodzy protestują. Polecam trasy biegowe. Można nimi dojechać aż do Polany Jakuszyckiej. Niestety chętnych nie ma wielu. Wolimy zjeżdżać, udawać alpejczyków. Zauważyłem pewną prawidłowość na naszych, krajowych  trasach. Im gorzej, zazwyczaj młodzieniec, zjeżdża, tym zjeżdża szybciej. Braki techniczne nadrabia brawurą. Podobnie jak na naszych drogach.

Zieleniec.

Tutaj śnieg jest zawsze i pod tym względem ten ośrodek bije na głowę wszystkie inne w regionie. Na niewielkim terenie działa tutaj grubo ponad 20 wyciągów. Powstały nowe parkingi, które w dobie motoryzacji decydują o standardzie i dostępności ośrodka. Są bezpłatne, ale jak ktoś bardzo chce to i płatny też znajdzie. Nowe hotele, pensjonaty i restauracje zachęcają do korzystania. Nowe wyciągi powstają co roku. To wszystko organizacyjnie jakoś się spina mimo zmasowanego ataku narciarzy. Niestety stoki są tutaj niezbyt długie. Ten ośrodek może być także wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa. Nigdzie w kraju i Europie nie widziałem tak dużej ilości wyciągów narciarskich i towarzyszącej im infrastruktury na tak niewielkim terenie. Jak ktoś nie lubi tłoku może tutaj przyjechać latem, ale wtedy atrakcji tu niewiele.

Czesław Cyrul

Media donoszą, że  auto ministra Macierewicza brało udział w wypadku drogowym pod Toruniem. Minister gościł w Wyższej Szkole Kultury Medialnej u ojca Rydzyka. Pewnie był tam w sprawach bardzo ważnych dla obronności kraju i dlatego auto było rządowe (BMW). Na tej uczelni usiłuje ukończyć licencjackie studia pupil ministra Misiewicz. Wypadki są zawsze nieszczęściem i jak widać wchodzenie w cztery litery ojcowi Rydzykowi nie chroni nawet ministra przed kraksą. Zresztą, podlizywanie się polityków duchownemu oligarsze z Torunia nie ma wiele wspólnego z wiarą. Swego czasu pobożnego prezydenta też opatrzność nie ochroniła przed pęknięciem opony w jego aucie. Moim zdaniem wypadki drogowe zdarzają się tak samo wierzącym jak i niewierzącym. Pewnie minister powie, że dzięki Bogu nic mu się nie stało, ale jako głęboko wierzący, bo za takiego się podaje, powinien zastanowić się nad swoim postepowaniem. Może to jakiś znak z góry? Dla mnie wypadek, to wypadek i wiara czy poglądy polityczne nic do tego nie mają. Trzeba tylko uważać i mądrze jeździć. Z rządzeniem jest podobnie.
Czesław Cyrul

Prezes powiedział
Prezes Kaczyński, w wywiadzie dla Radia Wrocław, ostatecznie rozwiał nadzieje pracowników i mieszkańców z miedziowego zagłębia. Rzecz idzie o to, że w trakcie ostatniej kampanii wyborczej politycy PiS, na czele z Beatą Szydło, obiecywali natychmiastowe zniesienie podatku o kopalin jaki na KGHM nałożył rząd PO-PSL. Roczny haracz wynosił około 2 mld złotych. Świetna kondycja firmy od razu podupadła, a lokalne samorządy strąciły kilkaset milionów złotych rocznie jakie, z mocy przepisów, im się z podatku CIT, płaconego przez KGHM, należały, a które teraz trafiają do państwowej kasy i tam się rozpływają.
Na nic zdały się protesty lokalnych władz. KGHM jest firmą ogólnopolską i dlatego musi zasilać rządowy budżet. Tak tłumaczyli to politycy z PO. W trakcie wspomnianej kampanii politycy PiS zapowiedzieli natychmiastowe zniesienie tego niesprawiedliwego podatku. Wyborcy zagłębia bezrefleksyjnie zawierzyli prawicowemu PiS-owi, tak jak wcześniej powierzyli swój los prawicowej PO.
PiS wygrało wybory i od razu nabrało wody w usta. Politycy kręcili, kłamali i unikali konkretnych odpowiedzi. W końcu sam prezes Kaczyński przemówił językiem PO. Powiedział, że KGHM to firma krajowa, takie dobro rodowe Polski i dlatego jego pieniądze muszą zasilać budżet krajowy, a co za tym idzie zniesienia podatku raczej nie będzie. Tak oto jedna partia prawicowa nałożyła na kombinat haracz, a druga prawicowa nie ma go zamiaru go znosić, choć obiecała. Prawica dwa razy oszukała wyborców. Co na to sami wyborcy, czy najdzie ich jakaś refleksja?
PiS nie dość, że nie zniosło podatku od kopalin, to w ekspresowym tempie obsadziło swoimi ludźmi wszelkie rady nadzorcze i zarządy licznych spółek kombinatu. Prezes Kaczyński twierdzi, że Europa, owszem jest ważna, ale Polska jest ważniejsza. Ja idąc tokiem myślenia prezesa napiszę: dla mnie Polska jest ważna, ale region w którym żyję jest ważniejszy i dlatego łupieżczy podatek uważam za niesprawiedliwy. Niesprawiedliwość, podparta wyborczym kłamstwem, to prawie grzech śmiertelny.
Czesław Cyrul

Polityczna propaganda gospodarcza obecnej władzy  wmawia obywatelom, że zastała ona  (władza) kraj w ruinie i dopiero teraz  będzie on  mlekiem i miodem płynący.

Wicepremier  Morawiecki na początek chlapnął coś o milionie samochodów elektrycznych  produkowanych w Polsce i że to ma się stać prawie z marszu. Znając tę branżę  mogę powiedzieć, że nie  będzie to możliwe nawet za 10 lat. W poniedziałkowym  wywiadzie telewizyjnym premier Morawicki ponownie dowiódł, że nie ma rozeznania w  naszej motoryzacji i dlatego opowiadanie bajek przychodzi mu tak bezrefleksyjnie. Otóż zdaniem wicepremiera dopiero teraz do Polski przychodzi  zagraniczny kapitał motoryzacyjny  i buduje  od podstaw zakłady tej branży.  Wcześniej   tylko sprzedawano obcym polskie fabryki. Cytując księdza Tischnera jest to „gówno prawda”. Polskie zakłady motoryzacyjne oparte były na przestarzałych licencjach kupionych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (np. duży Fiat na Żeraniu i mały w Tychach,  czy choćby autobusy Berliet w Jelczu). Były także produkty  rodzimej myśli technicznej, też raczej przestarzałe.

 Po 90 roku nikt specjalnie się nie palił, by  te fabryki odkupić od  rządu, nawet za symboliczną złotówkę.

I tak Deawoo kupiło przestarzały Żerań, ale  po kilku latach fabryka upadła. Fiat odkupił Fiata w Tychach i fabryka działa do dzisiaj.

A tymczasem: upadła fabryka „Stara” w Starachowicach, fabryka silników „Andoria”, FSC w Lublinie (Żuk), JZS w Jelczu, fabryka w Nysie (popularne Nyski, a potem polonezy tracki).  Upadł Ursus. Przez lata dogorywał archaiczny „Autosan”. Zbankrutowała, z powodu braku zamówień  z Rosji, nowoczesna, licencyjna fabryka pneumatyki w Praszce, itd…

Podobny los spotkał wiele innych zakładów motoryzacyjnych. Ale wyszkoleni pracownicy pozostali, a  gospodarka nie znosi próżni. Od podstaw powstały np.: fabryka silników VW w Polkowicach, fabryki silników Toyoty w Wałbrzychu i Jelczu, fabryki pasów bezpieczeństwa i poduszek powietrznych w Jelczu i Oławie, fabryka Autobusów Solaris w Wielkopolsce, fabryka samochodów dostawczych VW w Antoninku pod Poznaniem (wcześniej produkowano tam garażową metodą tarpany). W Małopolsce powstała od podstaw fabryka ciężarówek MAN, a we Wrocławiu  wybudowano od podstaw fabrykę Volvo. W Gliwicach  zbudowano fabrykę Opla. To tylko mała  część długiej wyliczanki tego, co powstało do 2016 r.

Myli się więc wicepremier Morawiecki. Podejrzewam, że po prostu nie ma większego rozeznania o rozwoju tej  dziedziny gospodarki i dlatego mówi trzy po trzy. Powstawanie  fabryki Mercedesa w Jaworze  wicepremier przypisuje sobie. Tymczasem fachowcy dobrze wiedzą, że  przygotowania do takiej  inwestycji trwają latami.  Wicepremier,  zapowiadając  rychłe wyprodukowanie miliona aut elektrycznych w kraju, w nierealnych obietnicach przebija samego ministra Macierewicza, który podejmuje i zmienia  decyzje z dnia na dzień. No ale wiadomo: to jest Macierewicz.  Panie wicepremierze Morawiecki, niech Pan nie idzie jego drogą.

Czesław Cyrul

Po zamieszkach sejmowych i fiasku współpracy  opozycji ucichły także nawoływania, by opozycja zjednoczyła się przeciwko PiS-owi.  Zjednoczenie się uważam za rzecz niemożliwą i szkodliwą, bo każda partia ma swój program, tożsamość i walczy o swój elektorat.  Dlatego nawoływania liberalnych mediów do takiego zjednoczenia uznaję za  niedorzeczne. Oczywiście w pewnych sprawach opozycja sejmowa i pozaparlamentarna może zawierać celowe sojusze (dawniej konfederacje) do osiągnięcia konkretnego celu. Do tego jednak nie trzeba żadnego formalnego  zjednoczenia.  Protesty w obronie praw kobiet nie wymagały zjednoczenia partyjnego, a spełniły swoje zadanie. Można powiedzieć, że partie odegrały w tych protestach marginalną rolę. Jest jednak tak wiele międzypartyjnych różnic  sprawiających,  że jakiekolwiek zjednoczenie jest niemożliwe.

Różnice programowe pomiędzy SLD a PO, nie są mniejsze od różnic pomiędzy SLD a PiS-em. SLD było przeciwne podwyższeniu wieku emerytalnego, podobnie jak PiS, a PO i PSL przeforsowały ten projekt w Sejmie.

Kiedy PiS przeforsował (wbrew zasadzie, że prawo nie działa wstecz) ustawę o zmniejszeniu emerytur byłym pracownikom SB, to PO nawet nie zająknęła się nad sprawą. Przewodniczący Schetyna nic nie miał przeciwko odebraniu stopnia generalskiego nieżyjącemu już generałowi Jaruzelskiemu, choć zdecydowana większość społeczeństwa była temu przeciwna, SLD także.  Można napisać: POPiS dał znać, że istnieje. Kiedy jednak PiS zamierza ograniczyć sprawowanie urzędów wójtów i prezydentów miast do dwóch kadencji (i ponownie chce złamać zasadę, że prawo nie powinno działać wstecz), to nagle PO podniosła larum, że dzieje się gwałt, bo jej interes może być zagrożony. Ten przykład pokazuje jak rożne bywają partyjne interesy i liberałowie gotowi są jednoczyć się, ale kiedy ich interes jest zagrożony. Do kitu z taką jednością.

Dlatego porzućmy mrzonki o jakiejś idyllicznej jedności w imię walki z PiS-em. Niech partie współpracują tam, gdzie są wspólne cele. I zarazem niech pielęgnują swoją tożsamość .  Czas próby przyjdzie w  trakcie wyborów. Dopiero przed wyborami możliwe będą jakieś sojusze  wyborcze i dopiero po wyborach możliwe będzie zawiązywanie koalicji. I wcale nie musi być tak, że jakaś obecna opozycyjna partia nie zapała nagłą miłością do PiS.  Są takie partie, które przebierają nogami, by PiS wziął je do współrządzenia już teraz.   Sam SLD musi także pielęgnować swoją tożsamość i  dbać o swój elektorat i poszukiwać nowych wyborców.  Kontakty z grupkami polityków lewicy, mających dostęp do liberalnych mediów, są ważne, ale ważniejsi są wyborcy, obecni i potencjalni. Dla każdej partii zresztą.

Czesław Cyrul

Już pobieżna analiza sympatii społeczeństwa do polityków zmusza do zadania pytania: o co chodzi?

Na szczycie sympatii politycznych sytuuje się prezydent Duda i premier Szydło. Prezes Kaczyński, który wydaje im polecenia,  jest darzony o wiele mniejszym zaufaniem, choć można by domniemywać, że skoro jest pomysłodawcą poczynań pana prezydenta i pani premier  to powinien być za to doceniany, a nie jest. Obywatele doceniają wykonawców, nie doceniają pomysłodawcy. Co więcej, notowania PiS mają się znacznie lepiej od oceny prezesa Kaczyńskiego, który tę partię wymyślił i dzięki niemu ona jest i odnosi sukcesy. Na czym polega ta przewrotność ocen? Sądzę, że na braku rozeznania u sporej grupy obywateli kto tym wszystkim kieruje i pociąga za sznurki.

Partia Nowoczesna okazała się tylko marną podróbką  PO. Kiedy wyblakł i złuszczył się  błyszczący lakier pojawiła  marna dykta, zamiast dobrej blachy. Sama sprawność intelektualna liderów Nowoczesnej okazała się niewystarczająca wobec nijakości programowej i wpadek jej lidera. Swego czasu 6 członków PO, radnych Rady Miejskiej we Wrocławiu, wystąpiło z Platformy i przeszło do Nowoczesnej. Teraz pewnie plują sobie w brodę, bo notowania Nowoczesnej lecą w dół i ratunku znikąd nie widać.

Wśród liderów zaufania społecznego wymieniany jest zawsze Paweł Kukiz. Rok jego pobytu w Sejmie obnażył  brak jego politycznych kwalifikacji. Popularność rockmena wystarczyła do zdobycia mandatu, ale na bycie poważnym politykiem to zdecydowanie za mało.  Sam Kukiz jakby stanął w miejscu, nie rozwija się intelektualnie, a ma możliwości,  klub mu się rozlazł, a notowania partii lecą w dół, ale samego Kukiza nadal są bardzo wysokie.  Trudno to sobie logicznie poukładać. Popularność Kukiza w społeczeństwie jest wyższa od sympatii do prezesa Kaczyńskiego. Prezes Kaczyński, człowiek absolutnie nie z mojej bajki, przy Kukizie to intelektualny gigant i główny strateg dzisiejszej polityki w kraju. Tymczasem obywatele wyżej cenią sobie nieskomplikowanego intelektualnie Kukiza, któremu gdyby dać władzę do rąk  to po paru miesiącach w kraju zapanowałaby anarchia.  Widocznie  osobiste sympatie polityczne wielu naszych obywateli mają niewiele wspólnego z logiką i zdrowym rozsądkiem i trzeba to przyjąć za sprawę normalną.

Czesław Cyrul

Prezes Kaczyński zapowiedział zmiany w ordynacji wyborczej do samorządów. PiS zamierza ograniczyć do dwóch kadencji sprawowanie urzędów przez prezydentów miast burmistrzów i wójtów.

W dolnośląskim SLD zainicjowano taką  dyskusję  dwa miesiące wcześniej. Jak wiadomo nie  ma żadnych ograniczeń czasowych w sprawowaniu w/w funkcji. Prezydent Polski czy USA może piastować swój  urząd  tylko przez dwie kadencje. Także w wielu krajach obowiązuje ograniczenie, zazwyczaj do dwóch kadencji, w sprawowaniu posad burmistrzów. W naszym kraju są tacy burmistrzowie, czy wójtowie, którzy zasiadają w fotelach nawet ponad 20 lat. Skoro zasiadają  to pewnie dobrze gospodarują, ale inny argument może być taki: zasiadają tak długo, bo dbają, aby nie urosła im konkurencja.  Generalnie sami burmistrzowie i pracownicy samorządowi są raczej przeciwni wprowadzeniu kadencyjności, wyborcy są za jej wprowadzeniem. Wójtowie i prezydenci argumentują, że 2 kadencje to za mało na realizację większych inwestycji w gminie. Przeciwnicy twierdzą, że gminy już okrzepły i przybyło dobrze wyszkolonych pracowników i działaczy samorządowych, a świeża krew każdej gminie bardzo się przyda. 

Ale przy tej dyskusji pada także pytanie. To co z kadencyjnością radnych i parlamentarzystów? Dlaczego parlamentarzyści mają zasiadać  w Sejmie czy Senacie nawet po 20 lat?  Tam też wietrzenie przydałoby się.  I ten postulat wyborcom także się podoba. SLD chciałoby, aby ta zasada nie działała wstecz. Przeszłość należy wyresetować i dać w najbliższych wyborach wszystkich chętnym równe szanse. Jeżeli wójt sprawował funkcję już przez dwie kadencje, to zostałoby mu jeszcze dwie kolejne, o ile zostanie wybrany.

PiS chce, aby ta zasada ograniczenia sprawowania w/w urzędów  działała do tyłu. Jeżeli np. prezydent rządził już dwie kadencje, to na  kolejną, w 2018r., nie mógłby startować. Chodzi o pozbawianie szans kandydowania wielu doświadczonych samorządowców z PO, PSL czy SLD i wprowadzanie  na to miejsce ludzi z PiS.  To jest główny cel zmiany ordynacji przez PiS. W samorządach PiS nie ma zbyt wielu prezydentów czy burmistrzów. Taka zmiana ordynacji ułatwiłaby przejecie tej partii władzy w samorządach i tym samym pełnię władzy w administracji rządowej, samorządowej, Parlamencie, Trybunale Konstytucyjnym mediach publicznych, Spółkach Skarbu Państwa, itp. itd.

Czesław Cyrul

 

Jutro mamy szansę na zrobienie największej demonstracji przeciwko rządom obecnej władzy. Ta władza, do spółki z kościołem, nie lubi Jurka Owsiaka i jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.  Ta władza robi wiele, by tę szlachetną akcję zohydzić, a Owsiaka poniżyć. Tym samym ta władza poniża miliony obywateli, którzy nie żałują grosza na społeczną pomoc.  Ta władza udowadnia, że nasze zdrowie jest sprawą drugorzędną. Polityka jest ważniejsza i nawet jak ta władza daje ludziom program 500+ to ma na widoku swój cel partyjny, a potem dopiero dobro obywatela.

Do wszystkich tych, którzy nie godzą się na dewastowanie prawa naszego kraju, zawłaszczanie mediów, ogłupianie i oszukiwanie społeczeństwa apeluję: wyjdźmy na ulice, nie żałujmy grosza do puszek, licytujmy, wysyłajmy przekazy. Udowodnijmy tym samym, że jesteśmy za Orkiestrą i tą szlachetną akcją, której tak nie cierpi ta władza.  Żaden protest, żadna akcja KOD-u czy jakakolwiek inna, nie potrafi dobitniej wyartykułować woli większości społeczeństwa.

Pewnie Jurek Owsiak nie życzyłby sobie podszywania się polityki pod jego szlachetną akcję, ale jeżeli zbierzemy ponownie rekordową ilość pieniędzy to szpitalom będzie lżej, tej władzy zrobi się głupio, a my damy sygnał, że z polityką tej władzy  większości społeczeństwa nie jest po drodze.
Czy będzie to akcja polityczna? Ależ skądże. My tylko damy wyraz jak bardzo nam zależy na naszym zdrowiu. To ta władza pierwsza pokazała, że tej akcji nie chce i uznaje ją za wrogą względem
 PiS-owskiej polityki, mając tym samym nasze zdrowie w głębokim poważaniu.

Czesław Cyrul

Teatr Polski we Wrocławiu, w ostatnich latach, zaliczano do ścisłej czołówki krajowej. Święcił także  sukcesy za granicą. Zarazem dyrektor Mieszkowski był ciągle upominany przez urzędników Urzędu Marszałkowskiego za to, że  notorycznie przekracza budżet i zadłuża teatr. Sam dyrektor  nie brał sobie tego do serca i dalej robił swoje.

Ponieważ teatr wystawił kilka sztuk, które  zaściankowej prawicy bardzo się nie podobały to obrońcy moralności protestowali przed teatrem. Nie wiedzieli przeciwko czemu protestują, bo o twórczości, np. austriackiej pisarki i noblistki Elfriede Jelinek nie mieli pojęcia. Padła dyrektywa z ambony więc przyszli z chorągwiami.

Spór pomiędzy urzędnikami, a dyrektorem trwał lata, teatr wystawiał głośnie  sztuki, a znani ludzie przyjeżdżali na nie  z Warszawy, co sam widziałem. By uciąć tlący się konflikt  urzędnicy postanowili rozpisać nowy konkurs na stanowisko dyrektora. Mieszkowski nie ma wyższego wykształcenia więc nie spełniał kryteriów. Po zmianie władzy w Warszawie także tamtejsi urzędnicy znielubili Mieszkowskiego i mogli zatrzymać sporą, ministerialną  dotację.  Część aktorów i jeden związek stał murem za dyrektorem. Druga część, w tym duża grupa pracowników technicznych, wraz z innym związkiem,  nie darzyła Mieszkowskiego sympatią. Ponadto Mieszkowski został posłem i wielu powiadało, że powinien dać sobie spokój z dyrektorowaniem. 

Mieszkowski do konkursu nie stanął, a wygrał go aktor Morawski. Wśród aktorów, stronników byłego dyrektora,  zawrzało, wśród fanów teatru wg Mieszkowskiego  także. Rozpoczęły się protesty widzów i aktorów oraz zwolnienia tych ostatnich. Niedawna sława teatru odeszła do historii. I nie wiadomo jaką drogą teatr pójdzie. To ostatnie jest jednak łatwe do przewidzenia. Lepiej na pewno nie będzie i o dawnej sławie należy zapomnieć na lata.

Pora na podsumowanie. Kto z tej awantury wyszedł wygrany, a kto przegrał?

Przede wszystkim przegrali widzowie. Ci, którzy chodzili do tego teatru przestaną chodzić, bo wizja artystyczna proponowana przez dyrektora Morawskiego im nie odpowiada. Nowych widzów raczej nie  będzie, bo ci którzy protestowali przeciwko sztukom wystawianym przez Mieszkowskiego do teatru raczej nie chodzili i chodzić nie będą.

Przegrał dyrektor Mieszkowski, bo okazało się, że windując teatr na szczyty popularności nie umiał sprawnie zarządzać finansowo teatrem i dogadywać się z całą załogą.

Przegrał sam teatr, bo trawiony konfliktami pogrążył się w chaosie.

Przegrał Wrocław i region, bo konflikt jest powszechnie opisywany i komentowany.

Na starcie przegrał dyrektor Morawski, bo nie potrafił zapanować nad teatrem.

Przegrały związki zawodowe, które zamiast szukać kompromisu, stały się stronami konfliktu.

Przegrał Urząd Marszałkowski, bo jemu teatr ten podlega.

Przegrali aktorzy, którzy odeszli z teatru i szukają sobie nowego zajęcia.

Czy jest jakąś nadzieja dla teatru? Marna, ale jakaś jest. Tylko Urząd Marszałkowski może rozwiązać ten konflikt. Nikt inny. Nie mam zamiaru podpowiadać jak, bo to nie moje kompetencje. Wiadomo natomiast, że teatr bez dobrych aktorów, którzy odeszli, nie jest w stanie wrócić do poprzedniego poziomu.  Pomysł z powołaniem dyrektora artystycznego jest jakimś, połowicznym wyjściem. Środowisko aktorskie też nie mówi nie.

Kilka lat temu, kiedy wicemarszałek Mołoń  z SLD  zaproponował takie rozwiązanie. Sam dyrektor Mieszkowski, aktorzy i dziennikarze do spółki odsądzili go od czci i wiary. Teraz okazuje się, że to może  mogło uratować teatr od finansowej zapaści i wszystkiego tego, co ostatnio teatr spotkało.

Czy  ktoś wygrał w tym sporze?  Ja nikogo takiego nie widzę.

Czesław Cyrul