Moje drogi do szkoły

Kategorie: Bez kategorii

W ramach Dolnośląskich Dni Pionierów i Osadnictwa na Dolnym Śląsku w Legnicy odbyła się konferencja o początkach oświaty w regionie. Ja nie zaczynałem edukacji w 45 roku. Urodziłem się znacznie później, ale czasy też były trochę pionierskie.

Kiedy miałem 7 lat, w 1958 roku, w mojej malutkiej rodzinnej wsi otworzono szkołę. Czteroklasową. Na godzinę ósmą  przychodziły dzieci z klasy trzeciej i czwartej. Na jedenastą z klasy pierwszej i drugiej. W sumie do szkoły uczęszczało 28 dzieci. Nauczyciel zadawał nam zadania, a potem udawał się na zaplecze szkoły, gdzie mieszkał wraz z żoną i dzieckiem. Pod koniec lekcji przychodził i sprawdzał nasze postępy w nauce. Kiedy po raz pierwszy szedłem do szkoły swoje książki niosłem zawinięte w gazetę, ale po kilku dniach rodzice kupili mi tornister z preszpanu. Preszpan to taka sprasowana tektura. Tornister początkowo sztywny, szybko stawał się flakowaty i obrywały mu się szelki. Nauczyciel uzupełniał średnie wykształcenie i często wyjeżdżał na pobieranie nauk w mieście. Zdarzały się także konferencje. Wtedy mieliśmy wolne. Jak  wolne było jesienią czy wiosną trzeba było pomagać w pracach polowych.

Po dwóch latach przyszła do nas nowa nauczycielka. Rodzicom oznajmiła, że jest partyjna. Paliła  papierosy „Raritasy”, a czasami nawet „Carmeny”. Palenie papierosów na wsi przez kobiety uznawano za ekstrawagancję. Mężczyźni palili Sporty,  czasami Żeglarze.  Kiedy nauczycielka częstowała mężczyzn swoim papierosem oni chętnie próbowali carmena z filtrem, bo to była zupełna nowość.

Nowa nauczycielka założyła szkolny teatrzyk, zorganizowała Koło Gospodyń Wiejskich, ZMW i LZS. Do wsi zaczęło przyjeżdżać kino objazdowe. Tzw. „kiniarz” sprzęt przywoził na bagażniku roweru. Rower był zaopatrzony w silniczek, który ułatwiał przewożenie sprzętu. Potem objazdowe  kino dorobiło się „lublina” z plandeką.  Seanse odbywały się w szkolnej sali, w której rano były lekcje. Wcześniej wyświetlano filmy rolnicze o uprawie zbóż czy hodowli trzody, a dopiero potem filmy fabularne. Nowa nauczycielka tchnęła nowe życie w maleńką wieś. Zaczęli u niej gościć lokalni notable. Jak wieczorem  pod szkołą stała siwa Warszawa to oznaczało, że przyjechał ktoś ważny z powiatu. Czarne wołgi nie przyjeżdżały. Na nieszczęście dla mojej wsi wieść o współczesnej Judymce szybka się rozeszła i zabrano ja do innej większej szkoły, gdzie została dyrektorką

Od piątej klasy musiałem chodzić do szkoły  w sąsiedniej wsi. Codzienne trzy kilometry w jedną stronę i trzy w drugą. Niestety i tutaj klasy były łączone np. szósta z siódmą. Wtedy zimy zdarzały się śnieżne. Kiedy śnieg sięgał powyżej kolan nie chodziliśmy do szkoły. Nie było zwyczaju, by ktoś dzieci do szkoły podwoził, czy odbierał.

Później, by dotrzeć do liceum najpierw jechałem rowerem trzy kilometry do przystanku autobusowego. Potem pół godziny autobusem,  jeszcze tylko prawie dwa kilometry piechotą  i już byłem w szkole.  Po południu, proces się powtarzał w odwrotnej kolejności.  W podstawówce uchodziłem za zdolnego ucznia. Kiedy jednak poszedłem do liceum w powiecie okazało się, że mam poważne braki z matematyki.  Młody nauczyciel tego przedmiotu specjalnie nie przykładał się. Zdarzało się, że w trakcie lekcji graliśmy w tenisa stołowego. Byleby tylko nas dyrekcja nie zobaczyła. To tajne przymierze skończyło się dla mnie fatalnie. Kiedy zmienił się nauczyciel matematyki okazało się, że jestem Nikiforem w tym przedmiocie. Niby zdolny, ale z powodu braku podstaw niczego nie potrafiłem. Matura z matematyki była dla mnie traumą. Krótko przed nią brałem korepetycje co w tamtych czasach było ewenementem. Maturę zdałem, ale zdarza mi się, że śni mi się ona po nocach i że ją oblałem. Budzę się i dochodzi do mnie, że skończyłem studia więc i maturę musiałem zdać.

Czesław Cyrul

Komentarze (2):

  1. Avatar
    Jonasz

    No, no… very sympatico.
    Moje wspomnienia wrocławskie są bez teatrzyków, ale za to z tańcem krakowiaka w 2. klasie podstawówki, no i mistrzostwem Wrocka w piłce ręcznej.
    Więcej wspomnień jest związanych z „niebiesko-stalowym” mundurkiem TBS. Tam się „działo”. Do dzisiaj pozostały wspomnienia o tarczach szkolnych, włosach przystrzyganych, witaniu Breżniewa na Dworcu Głównym…
    To se ne vrati pane Czeslave.

    Gratuluję sympatycznego tekstu. Oby takie częściej się ukazywały w necie, a wówczas w Polsce będzie serdeczniej i milej….

Pozostaw odpowiedź Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *