Miesięczne archiwum: Czerwiec 2017

Obowiązek opłacania abonamentu RTV odziedziczyliśmy po PRL, ale jest to rozwiązanie typowo europejskie. Dzisiaj tylko w krajach Beneluxu i w Hiszpanii  nie płaci się daniny na publiczne media, a w takiej np. Norwegii miesięczna składka sięga kilkuset złotych. Formy ściągania tego parapodatku są najróżniejsze. W zamian publiczne media mają nie emitować uciążliwych reklam, upowszechniać kulturę z wyższej półki i –co najważniejsze- być obiektywnymi politycznie. Nie przypadkiem najlepsze filmy przyrodnicze czy naukowe, z racji wysokich kosztów,  produkowane są przez media publiczne np.  brytyjską BBC,  a nie przez stacje komercyjne, która dostarczają nam taniej rozrywki, sensacyjnych wiadomości i ogromu reklam. 

W naszym kraju obywatele, w przeważającej części, nie płacą abonamentu więc publiczna TV zabiega o reklamy, produkuje tanie programy czy seriale (np. sitcomy). O takich serialach jak Chłopi, Daleko od szosy, Lalka, Czterej pancerni i pies, czy Stawka większa niż życie, wyprodukowanych w PRL, dzisiaj możemy tylko pomarzyć. Są za drogie w produkcji, a kasa TV świeci pustkami. Dlatego też publiczne media, od lat  obniżają poziom programów. Inną ich słabością jest  nadzór polityczny nad nimi rządzących aktualnie partii. Tak było za PRL i tak jest teraz. Ale przed objęciem rządów przez PiS media publiczne w licznych badaniach uchodziły za najbardziej bezstronne albo za najmniej stronnicze: jak kto woli. Obecnie PiS zawłaszczyło media publiczne  jak żadna władza dotąd. TVP i i publiczne radio stały się mediami partyjno- rządowymi.   Na taką propagandę potrzeba pieniędzy. Jak zmusić odwykłych od płacenia obywateli do oddawania daniny na publiczne media?  Na ten temat trwają debaty już od 1990 roku. I nic z tego nie wynika. Dotychczas wszelkie próby kończyły się niczym. Premier Tusk apelował nawet, by obywatele nie płacili abonamentu, co przejdzie do historii, bo oto premier nawołuje obywateli do łamania prawa. Ponieważ partyjnym  mediom coraz bardziej brakuje pieniędzy, bo obywatele  nie chcą oglądać nachalnej propagandy więc PIS postanowiło wymusić na nich płacenie abonamentu. Pojawiły się jednak obawy, że elektorat PiS i nie tylko on nie przyjmie tego z zadowoleniem i słupki poparcia mogą zacząć spadać.  Skoro obecna władza boi się, że 20 złotych miesięcznie zburzy jej  partyjne poparcie  to musi być ono (poparcie) postawione na glinianych nogach.

Z drugiej zaś strony, ja, płacący od niepamiętnych czasów abonament, zaczynam się zastanawiać czy powinienem go płacić. Mamy telewizję rządową, której natrętnej  propagandy znieść nie mogę. Partyjną propagandę PO, z poprzednich lat znosiłem lżej, ale też  z trudem. Była jednak zdecydowanie bardziej w wersji soft, a nie hard,  jak obecnie.  PiS szuka  pieniędzy na zaspokojenie swoich propagandowych potrzeb i to obywatele, ci popierający PiS i jego przeciwnicy, mają ponosić tego koszty. Strach PiS-u przed gniewem ludu sprawił, że prace  nad ściąganiem abonamentu jakby ucichły i powraca się do jednego z wcześniejszych rozwiązań: pieniądze na partyjno-rządowe media pochodziłyby z budżetu państwa, czyli z naszych kieszeni,  tylko że płacilibyśmy je pośrednio. Takie rozwiązanie wprowadzono na Słowacji  gdzie obywatele też niechętnie płacili abonament. Na takie rozwiązanie potrzebna jest jednak zgoda UE. A wredna Unia może zrobić PiS-owi kuku i będzie problem. Tak więc prace nad przymuszeniem obywateli do płacenia abonamentu pewnie będą odłożone ad Kalendas Graecas i tym sposobem tradycja niepłacenia abonamentu będzie podtrzymana.

Czesław Cyrul

Dla Platformy Obywatelskiej nastały ciężkie czasy. PiS już nie szarpie jej za nogawki, skacze do gardła i upuszcza politycznej krwi. Komisja ds. warszawskiej reprywatyzacji i komisja ds. Amber Gold odsłaniają tumiwisizm państwa za rządów PO. Z poprzednich, licznych afer PO jakoś się wywijała. Tym razem atak może znacznie osłabić partię, która nie ma pomysłu na polityczną przyszłość. Samo trwanie nie daje nadziei na odbudowanie pozycji w nadchodzących wyborach. Opowiadanie liderów PO, że te komisje to polityczna nagonka nie wytrzymują zderzenia z mętnymi sytuacjami, które – rozdmuchiwane przez prawicowe media- zaczynają  być uznawane za prawdę, a przynajmniej za postprawdę. Politycy PO, wiele lat temu w taki sam sposób atakowali SLD, choć tamte sprawy były śmiesznie błahe w porównaniu z obecnie podnoszonymi. Teraz PO ginie od własnej broni.

W przyszłości kolejne ekipy rządzące na pewno wyciągną PIS-owi aferę ze  SKOK-ami. Do tej pory upadek licznych kas spod tego znaku kosztował nas- podatników już 5 mld złotych i pewnie na tym się nie skończy. W aferze Amber Gold straty klientów szacuje się na 800 mln złotych. Przypomnę, że parasol ochronny nad SKOK-ami trzyma PiS.

PSL, z koalicji z PO, wyszło tylko lekko poobijane. Ale na wsi ta partia traktowana jest przez PiS jako śmiertelny wróg w walce o wyborców. Sytuacja przypomina zwyczaje w świecie zwierząt drapieżnych. Wilki zagryzają lisy, by wytępić konkurencję i mieć więcej pożywienia dla siebie. Teraz na wsi PiS jest wilkiem, a PSL lisem. Lisy to jednak – pamiętajmy – inteligentne zwierzęta. W Sejmie racji opozycji bronią przede wszystkim posłanki z Nowoczesnej. Odrabiają polityczne straty jakie spowodował lider partii Ryszard Petru, ale na razie wyborcy nabrali dystansu do młodszej wersji PO. Odrabia straty, choć powili, SLD, który nie ma, na razie znaczącej konkurencji na lewicy. Różne stowarzyszenia i niewielkie partie nie mogą przebić się do szerszej świadomości wyborców, a nawet zapadają się sobie niczym wypalone gwiazdy. Przykładem jest lider partii Razem Adrian Zandberg. Pełno go w TOK FM, w TVN 24 i Wyborczej, ale w sondażach  partii Razem nic nie przybywa.

Czesław Cyrul

Profesor Alicja Chybicka powiedziała „tak” dla zalotów Platformy Obywatelskiej i będzie  broniła partyjnych barw PO w walce o fotel prezydenta Wrocławia. Poseł PO, profesor Chybicka zaznaczyła, że nigdy nie była związana z polityką. Już na początku  zacna pani profesor mija się z prawdą, bo bycie posłem i  członkiem klubu parlamentarnego PO to creme da la creme polityki. Następnie pani profesor powiedziała co chce zrobić jako prezydent, ale zaznaczyła: „no chyba, że  się nie  uda”. Zatem jest świadoma, że jej obietnice są na wyrost i nie ona jest ich autorem. Wielu wrocławian nie za bardzo rozumie po co pani profesor  ten urząd.  Ja także. Obawiam się że ta wątpliwość, kiełkująca w głowach wrocławian,  może pomóc pani profesor pozostać dobrym naukowcem i szefem kliniki. Dla jej dobra i z korzyścią dla pacjentów.

Ciekawsze jednak jest kto  został kwiatkiem do kożucha w  komitecie poparcia pani profesor, bo PO będzie w tym komitecie dyrygentem, orkiestrą, płatnikiem i mózgiem. Tzw. koalicjanci będą podawać krzesła i zapraszać widzów na spektakl. Nie widzę w tym nic złego. Doproszeni zgodzili się na to. Mają oni  tworzyć background i to taki nie rzucający się zbytnio w oczy, ale podkreślający, że to niby wspólny komitet wyborczy. Do roli tła najął się Michał Górski. Wcześniej był członkiem Nowoczesnej. Kiedy Nowoczesną  obsiedli  ludzie z PO, odszedł z partii, bo nie odpowiadało mu ich towarzystwo. Teraz wchodzi do komitetu pani profesor czyli de facto do PO i pewnie z ich list wystartuje do np. Rady Miejskiej. Natomiast ci którzy przeszli z PO do Nowoczesnej popierać będą innego kandydata, proponowanego przez prezydenta Dutkiewicza.  Tak, tak, tylko krowa nie zmienia poglądów. Panią profesor popiera też Tomasz Owczarek, który w poprzedniej kadencji chciał zostać prezydentem miasta. Obydwaj wymienieni związani byli z ruchami miejskimi. Ich dezercja oznacza, że ruchy są raczej efemerydami na scenie politycznej, a ich aktywiści, po przejściu przedszkola politycznego, zasilają szeregi partii. On pewnie też znajdzie miejsce na liście wyborczej PO. Kandydaturę pani profesor paprało także PSL, bo jakiś krok musiiało zrobić. Niewystawianie własnego kandydata i zasilenie końcówek list wyborczych PO uchroni tą partię od trudu tworzenia własnych list, które uzyskują w mieście śladowe poparcie.

 Bombą, a raczej kapiszonem,  jest udzielenie poparcia pani profesor przez Unię Pracy. Unia Pracy zawsze chodziła do wyborów z SLD.  Andrzej Puzio, działacz UP krajowego szczebla, napisał na FB partii, że UP ma już 25 lat. I dalej. UP nie popiera dorobku PSL, bo on wywodzi się z ZSL, ale teraz (Puzio)  jest w jednym komitecie poparcia pani profesor właśnie z PSL. Nie wiem czy Puzio ma z tego powodu jakieś obrzydzenie. We wspomnianej inwokacji na temat 25-lecia UP Puzio nic nie napisał o SLD,  z którym UP zawsze chodziła do wyborów, a Puzio wspólnie i wielokrotnie startował do wyborów z list SLD-UP. Tak oto lewicowa UP została podnóżkiem neoliberalnej PO.  Może nawet jakieś miejsce w ariergardzie listy wyborczej PO otrzyma  także Andrzej Puzio.

 Szanowni Czytelnicy jeżeli czegoś w tym tekście nie rozumiecie, nie okazujcie zmartwienia. Wasze umysły są sprawne. To zachowania   polityków, krajowych i lokalnych, ich matactwa sprawiają, że przestajemy politykę rozumieć i poważać widząc  jak  cwaniacy robią z obywateli głupków.

Czesław Cyrul

 

 Stało się. Dalszy ciąg fałszowania historii,  odzierania nas, Dolnoślązaków i Wrocławian z powojennej tożsamości postępuje. Rada Miejska Wrocławia usunęła Armię Ludową i generała Berlinga ze spisu patronów ulic. Odbyło się to na wniosek PiS, który oczadziały z nienawiści, tworzy własną historię, a grupa niepisowskich i wydawałoby się świadomych radnych podniosła ręce za haniebnymi uchwałami PiS. Choć oficjalnie szykują się na wyborczą walkę z pisowskim talibanem.  PiS prowadzi swoją politykę fałszowania historii i prania nieodpornych mózgów. Jednak za pisowską uchwałą głosowali także, w zdecydowanej większości, radni Klubu Prezydenta Dutkiewicza, którzy mają platformerski ogląd polityki, choć samej PO niby nie lubią. Typowa rodzinna kłótnia o wygodny dostęp do żłobu. Przypomnę jednak, że korzenie ich i PiS są wspólne, a teraz  okazało się, że wcale ich nie przecięto. W sprawie dekomunizacji ulic dutkiewiczowscy radni i ci z PO głosowali jak PiS im kazał. Jedynie radny Jacek Ossowski zachował się przyzwoicie, nie dał się ogłupić i chwała mu za to. Przeciwni zmianom nazw byli także radni Nowoczesnej, którzy wcześniej opuścili PO i , oczywiście, radny Kłosowski z SLD.

Tak oto POPiS ponownie ożył. Wszyscy na lewicy, którzy sądzili, że niepisowska prawica jest jakaś trochę mniej zła, dostali w łeb. Lewica musi dbać o swoje interesy sama i przestać pod stołem stukać się nogami z obłudna prawicą, że ….. niby coś tam wspólnie przeciwko PiS ugramy. Wrzućmy do kosza te niemądre plany.  POPiS w sprawach zasadniczych zawsze będzie POPiSem i będzie walczył z lewicą. O  prawdziwą historię regionu musimy walczyć sami. Prawda jednak musi zwyciężyć. Nie wszystkich PiS ogłupi i zabierze im zdrowy rozsadek. Póki co, wielu  radnym miejskim zabrał. Jaki wstyd!

Czesław Cyrul

 


Inwestycje wizerunkowe, wg mnie to takie, które wywołują sporo emocjonalnych, publicznych debat, są drogie, a nie przynoszą wprost wymiernych korzyści materialnych. Często są pomnikami wystawionymi przez rządzących ku swojej chwale. Taką inwestycją wizerunkową jest we Wrocławiu Stadion Miejski. Kosztował około miliarda złotych, pieniądze wyłożyło miasto (tzn. wzięło kredyt) i zagrano na nim 3 mecze w trakcie Euro 2012. Teraz gra na nim Śląsk Wrocław. Na mecze przychodzi poniżej 10 tys. Kibiców, a mogłoby ponad 40 tysięcy. Obiekt służy w zasadzie tylko piłkarzom. Kiedy niedawno Śląsk Wrocław był na granicy spadku do niższej ligi strach zapanował w magistracie, bo po co komu taki obiekt, kiedy nie byłoby w mieście dobrej drużyny. Zatem inwestycja droga, służąca stosunkowo skromnej grupie kibiców i sportowców, a kosztująca krocie i wzbudzająca duże kontrowersje.

Inną inwestycją we Wrocławiu, też ze znamionami wizerunkowymi, jest wyremontowany Stadiom Olimpijski z torem żużlowym i boiskiem do futbolu amerykańskiego. Zabytkowy stadion popadał w ruinę i igrzyska Word Games były okazją, by go wyremontować. Remont kosztował około 120 mln. Na zawody żużlowe przychodzi komplet widzów (12 tys.). Mecze odbywają się co dwa tygodnie przez kilka miesięcy w roku. Grają tu także i trenują zawodnicy wspomnianego futbolu. Ale także tutaj zaczynają i kończą liczne, masowe imprezy biegowe. Generalnie stadion Olimpijski, wraz z przyległościami, lepiej służy mieszkańcom od Stadionu Miejskiego (piłkarskiego) i jego remont był kilkakrotnie tańszy. Inwestycja oczywiście nigdy się nie zwróci, tak samo jak, mający znosić złote jajka, stadion piłkarski.

Na okoliczność wspomnianych igrzysk wybudowano, praktycznie od nowa, kryty basen pływacki o wymiarach olimpijskich (50m.) wraz z odkrytymi basenami towarzyszącymi. Inwestycja kosztowała ponad 50 mln złotych. Korzystają z niej uczniowie licznych szkół, sportowcy i wszyscy, którzy zapłacą za wstęp i zechcą popływać. Basem może być czynny na okrągło i korzystają z niego dziesiątki tysięcy mieszkańców. Tutaj „pływać każdy może”. Basen na siebie nie zarobi, ale będzie dobrze służył wszystkim wrocławianom. Użytkowość basenu zdecydowanie przerasta jego wartość wizerunkową.

Jeszcze tańszą inwestycją jest wybudowanie, też na wspomniane igrzyska, toru dla wrotkarzy. Korzystać z niego będą tysiące młodych ludzi, a kosztował kilka milionów. Inwestycja tania, a ucieszy wszystkich. Ile obiektów użyteczności publicznej, zamiast drogiego stadionu, można by wybudować w mieście to pytanie czysto retoryczne.

We Wrocławiu wybudowano także Narodowe Forum Muzyki. Kosztowało ponad 400 mln złotych i można je śmiało zaliczyć do inwestycji budujących wizerunek miasta. Z obiektu korzystają setki tysięcy osób, ale Forum samo na siebie nie zarabia. Czynne jest „na okrągło”, wzbudza dumę mieszkańców i zazdrość przyjezdnych. Kosztowało ono znacznie więcej niż planowano, ale nikt jego przydatności nie kwestionuje. Tylko dodatkowej kasy szkoda.

Każdy może mieć swoje zdanie na temat tych obiektów.  Uważam, że Stadion Miejski wzbudza teraz najwięcej kontrowersji i najbardziej obciąża kieszeń wrocławian. Nie taką przyszłość stadionu obiecywali nam włodarze miasta. Pozostałe, wymienione obiekty, uważam za potrzebne. Podbudowują wizerunek miasta i służą jego mieszkańcom, a nie zawsze te racje udaje się pogodzić.

Czesław Cyrul

 

Wielka feta z okazji 35-lecia powstania „Solidarności Walczącej” odbyła się we Wrocławiu. Feta była tak wielka i z takim zadęciem jakby to nie  „Solidarność”, ale ta inna, z przymiotnikiem Walcząca, obaliła komunę. Biegły w historii „Solidarności Walczącej” nie jestem, ale wiem, że była ona bocznym nurtem „Solidarności” i w zasadzie działała tylko we Wrocławiu. Działacze tej prawdziwej „Solidarności” traktowali z lekkim przymrużeniem oka poczynania Kornela Morawieckiego co zaskutkowało też tym, że nigdy nie wzięto go na  postsolidarnościowe listy wyborcze. Kornel Morawiecki nie brał udziału w rozmowach okrągłego stołu. Potem ten stół – symbolicznie- przed kamerami przewracał. Nic to nie pomagało. W wyborczych kampaniach uzyskiwał symboliczne poparcie. Morawiecki gasł i błąkał się po poboczach  polityki. Nienawidził komuny i chyba także tej prawdziwej „Solidarności”, bo ta poszła na układ z komuną, a on chciał ją (komunę) pokonać na barykadach.  Ja miał to zrobić, pewnie nigdy się nie dowiemy. Siłą rzeczy III RP także traktował jak bękarta.

Aż tu nagle pojawił się Paweł Kukiz, do którego Kornel Morawiecki „przytulił się” i został posłem. Kukiz, osoba z innej bajki, pomogła Morawieckiemu zostać posłem, nie jakaś „Solidarność Walcząca”. Pan Kornel niestety nie dochował wierności Kukizowi i teraz wspiera PiS, a jak wiadomo w rządzie PiS-u jego syn jest wicepremierem.

I oto w niedzielę dowiaduję się, z rządowej, lokalnej TV, że poseł Kornel był dla komuny wrogiem publicznym nr 1. Nie jakiś tam Wałęsa, nie Frasyniuk, czy Pinior we Wrocławiu, ale to Kornel wiódł opozycję do zwycięstwa nad komuną. To on podsłuchiwał SB, to on kolportował bibułę. To On, to On…. W rzeczywistości  „Solidarność Walcząca” nie brała udziału w zaprowadzaniu nowego ustroju. Kornel chciał  rozwiązań siłowych, na barykadach, ale tych rozwiązań naród nie chciał,  nie zrozumiał wielkiego Kornela, chciał (naród) ewolucji, nie rewolucji.

Teraz poseł Kornel, wróg publiczny nr 1 komuny wreszcie mógł ukazać się nam w całej swojej wielkości. W urządzeniu rozdętej fety wsparły go rządowe media i ktoś z grubym portfelem, bo impreza kosztowała pewnie krocie. Tak więc wcale nie Wałęsa był wrogiem nr 1 komuny, i to Kornel Morawiecki, tylko przez pomyłkę, nie dostał nagrody Nobla. No nie  wiem co na to powie Jarosław Kaczyński.

Czesław Cyrul

W minionym tygodniu miałem okazję uczestniczyć w Ogólnopolskim Zjeździe Regionalistów w Legnicy. Regionaliści zajmują się pielęgnowaniem lokalnej tożsamości. Przez lata Dolny Śląsk był pod tym względem, z racji powojennej historii, trochę „zacofany”. Byli mieszkańcy musieli odejść na Zachód, przybysze – głównie ze wschodu – przez lata poszukiwali stabilizacji na ziemiach odzyskanych. Stabilizacja na dobre pojawiła się dopiero w latach siedemdziesiątych. Tutaj urodzone i wykształcone dzieci byłych osiedleńców powoli zaczęły uważać Dolny Śląsk za swoją ojczyznę. Wszyscy dzisiejsi mieszkańcy Dolnego Śląska mają swoje korzenie gdzie indziej, ale już czują się zdeklarowanymi Dolnoślązakami. Tu jest ich mała ojczyzna.
Z rekonesansu po dolnośląskich miejscowościach widać jak szybko powstają regionalne izby pamięci, wiejskie muzea i opracowania o lokalnej tożsamości. Wystarczy wymienić Muzeum Przesiedleńców w Pławnej Dolnej, Muzeum Kargula i Pawlaka w Lubomierzu i izbę pamięci w tej miejscowości, muzeum w Węglińcu, izbę pamięci w Rybnicy czy Brzegu Dolnym. Kilka dni temu otworzono, z inicjatywy Jerzego Więcławskiego, tego typu muzeum w Starym Młynie koło Wołowa.
Innym zjawiskiem jest odkrywanie starszej, przedwojennej historii dolnośląskiej ziemi. Np. w Głębowicach koło Wińska, siłami lokalnej społeczności, proboszcza i przy wydatnym wsparciu funduszy z UE odbudowano klasztor, założony przez rycerza i mnicha w XVII wieku. W Rybnicy, koło Jeleniej Góry, planują remont starego dworca kolejowego i opisują jego dawną przedwojenną historię. Lokalne społeczności nie stronią także od kontaktów z ludźmi, których rodzice zamieszkiwali te ziemie przed wojną. Można powiedzieć, że obecni mieszkańcy przestali się obawiać, że ktoś ich wyrzuci z tych ziem. Czują, że są u siebie, ale zaczynają także odczuwać potrzebę poznawania dawniejszej historii tych ziem, na której przyszło im żyć.
Regionalista z Kudowy Bronisław Kamiński sprowokował w swojej miejscowości debatę: jak zachowywali by się kudowianie ze wschodnimi korzeniami gdyby przyszło im powrócić na tereny swoich dziadów. Otóż wszyscy zgodnie stwierdzili, że czuli by się tam kudowianami. Tak oto, po kilkudziesięciu latach, społeczność przestaje mówić, że my jesteśmy stamtąd, a uważa, że jest stąd, z Dolnego Śląska.
W trakcie debat podpytywałem uczestników, co sądzą o żołnierzach wyklętych. …”Żołnierze wykleci nie wyzwalali i nie zagospodarowywali Dolnego Śląska, nie są tutejszymi bohaterami i nie będą choćby im setki pomników nastawiano”..…. Ten sztuczny przeszczep historyczny ich zbytnio nie interesuje. Może dlatego wśród Dolnoślązaków nasiliła się obrona swojej tożsamości przed tą, narzucaną odgórnie przez PIS, polityką historyczną. Za kilka lat dowiemy się, czy ten przeszczep się przyjął.
Czesław Cyrul
P.S. Inicjatorem Zjazdu i jego pomysłodawcą był Wicemarszałek Województwa Dolnośląskiego Tadeusz Samborski.

Młodzi ludzie, udający parlamentarzystów, 1 czerwca,  napluli w Sejmie  w twarz swoim dziadkom, a nawet rodzicom. Starannie wyselekcjonowani i zindoktrynowani młodzi ludzie debatowali o usuwaniu resztek totalitaryzmu z naszej przestrzeni publicznej i zastępowaniu go nowym, współczesnym totalitaryzmem, który dopiero się urabia na naszych oczach.

Narzucony młodym  temat walki  z totalitarną przeszłością był nieprzypadkowy, wpisuje się w politykę historyczną PiS. Ta polityka, w sposób prostacki,  czasy PRL przedstawia jako zwarcie  milionów żołnierzy wyklętych z grupką komunistów, którzy jakimś dziwnym sposobem pokonali miliony dzielnych wyklętych. Okres III RP to dla PiS także czasy przeklęte. Dlatego okrągłostołowcy to tacy sami zdrajcy jak ci z PRL-u. Te proste historyjki przedstawiane  są młodym, przez IPN, w formie rekonstrukcji  walk  patriotów z ZOMO. Inne grupy rekonstrukcyjne nawet  wygrywają  w przegranych powstaniach. Młodzi dodatkowo są ogłupiani grami planszowymi, w których  „uganiają  się”  po sklepach za deficytowymi towarami.  Jeszcze  trochę, a pojawią się oficjalne rozprawy, także rodem z IPN, o milionach ofiar głodu w czasach PRL.   Wrzucanie naszej całej powojennej historii do szamba i wychowywanie młodego pokolenia na  bezmyślnych janczarów prawicy, ludzi ksenofobicznych,  rasistów i osób niechętnych Europie musi dla kraju skończyć się źle.

Jak sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego młodzi kochają  partie skrajnie prawicowe i populistyczne, które  gdyby były u władzy to kraj po roku ległby w gruzach. Korwin Mikke i Kukiz są ich idolami. Młodzi jednak czerpią wzorce od starszych. Wynika z tego, że w wielu naszych rodzinach tak właśnie  się myśli. Jak czują się nauczyciele, którzy wypuszczają takich niedouczonych obywatelsko absolwentów, dla których śmieszny Korwin Mikke jest wzorcem. Kościół nie potępia takich irracjonalnych  postaw u młodzieży: kibol, narodowiec, rasista, ksenofob znajduje życzliwość przed ołtarzem.

Dopiero życie prostuje skrajnie prawicowe i populistyczne postawy młodych ludzi. Kiedy dorośleją zaczynają rozumieć, że Korwin- Mikke i Kukiz to nie to. Niestety, te fatalne postawy młodzieży maja swoje wcześniejsze przyczyny. Platforma Obywatelska bardzo aktywnie zamazywała powojenną przeszłość i pielęgnowała prymitywną nienawiść do powojennej historii.  Dla prezydenta Komorowskiego PRL była wielką czarną dziurą. To PO ubliżała lewicy na każdym możliwym kroku. SLD sądził, że prawica zapomni o PRL i historia potoczy się nowymi torami. Takie myślenie to był wielki błąd lewicy.  PiS tylko wzmocnił antyPRLowską  retorykę ekip postsolidarnościowych. Więc teraz niech PO nie ubolewa  nad fałszowaniem historii przez PiS, bo sama w tym maczała palce.  Miliony ludzi w czasach PRL, w trudnych warunkach, odbudowywały kraj ze zniszczeń wojennych, a dzisiaj ich wnukowie plują im w twarz i uważają za swoich wrogów, agentów UB. Za gorszy sort.

Czesław Cyrul