Miesięczne archiwum: Listopad 2017

Magdalena Ogórek, w wywiadzie dla tygodnika „Sieci Prawdy”, powiedziała, że „w brukselskich laboratoriach trwają prace nad człowiekiem znikąd, bez zasad i tożsamości narodowej i religijnej, bez silnej więzi rodzinnej, podatnym na medialne sugestie, możliwym do lepienia jak plastelina”.
Idąc za tokiem myślenia Ogórek mogę przypuszczać, że prace te trwają od bardzo dawna. Czy pierwowzorem (klonem) takiego człowieka jest Magdalena Ogórek? Wiele lat temu pracowała w centrali SLD, gdzie wykonywała mniej skomplikowane czynności. Startowała także do Sejmu z list SLD. Wyszła za mąż za byłego działacza młodzieżowego z czasów PRL i potem ważnego urzędnika III RP. Jak szeroko informowały tabloidowe media, w tym małżeństwie rożnie się działo.

Ogórek nagminnie pojawiała się i pojawia na rożnego typu rautach, których organizacja i rytuały zostały żywcem przeniesione z gnijącej Europy. Ubiera się nie w ludowe, polskie stroje, ale w wyszukane i bardzo drogie kreacje z brukselskich salonów. Jeździ bardzo drogim samochodem produkcji niemieckiej.
Dowodem na to, że Ogórek była i jest pierwowzorem brukselskiego człowieka jest także jej start w wyborach prezydenckich z ramienia SLD. Wtedy w kierownictwie SLD zapanowała bezkrytyczna moda na brukselskie modele i w chwili pomroczności jasnej wystawiono jej kandydaturę. Cały, trzeźwo myślący elektorat lewicy pukał się w głowę (wskazując na kierownictwo). Co z tego wyszło, wolę nie wspominać, bo mnie szlag trafia.
Jednak Bruksela nie dokończyła swoich prac nad osobowością Ogórek. Coś w jej świadomości pokręciło się i nagle zapałała miłością do ksenofobicznej i antybrukselskiej prawicy. Tylko mentalnie oczywiście. Z całego zewnętrznego blichtru brukselskiego nie zrezygnowała. Jest jurgieltnikiem w pisowskiej telewizji.
Tak. Tak. Ogórek jest przykładem właśnie takiego człowieka brukselskiego: bez zasad, przyzwoitości i ulepionego z marnego gatunku plasteliny jak sama powiedziała. W rzeczywistości brukselski człowiek to bardziej skomplikowana konstrukcja niż się Ogórek wydaje. Ona była tylko nieudanym pierwowzorem. Niech ją sobie prawica wykorzystuje. Wielkiej pociechy mieć z niej nie będzie.
Można także przyjąć tezę, że Ogórek była koniem trojańskim prawicy podrzuconym lewicy. Wiadomo, co wydarzyło się w Troi. Na lewicy po skandalu z Ogórek było podobnie. Jednak taki motyw wymagałby innego rozwinięcia.
Czesław Cyrul

Prawo i Sprawiedliwość na dobre zrezygnowało z uchwalenia ustawy o obligatoryjnym dla obywateli abonamencie na publiczne media. Taka ustawa co prawda jest, ale dla większości obywateli jest ona martwa. Od kilkunastu lat usiłowano taki dokument uchwalić, ale niemoc i niechęć władzy była tak duża, że nic z tego nie wyszło. PiS także poddał się. Władza doszła do wniosku, że całkowicie podległą jej telewizję prościej jest zasilać pieniędzmi z budżetu państwa. TVP jest de facto wydziałem rządowej propagandy więc takie rozwiązanie będzie łatwiejsze.
Latem tego roku TVP otrzymała 800 mln złotych na wieczne nieoddanie. Teraz kolejne 900 mln z budżetu zasili kasę TVP. Razem daje to 1,7 mld złotych w tym roku. Prawne uzasadnienia tych darowizn są dość mętne więc niewarte cytowania. Kasa jest potrzebna, bo czołowi propagandziści TVPiS zarabiają po około 30 tys. miesięcznie. Z abonamentu w tym roku zbierze się tylko około 600 mln. Tak więc prezes Kurski nie musi łamać sobie głowy jak zdobyć pieniądze na propagandę. Kasa jest. Wielu obywateli płaci abonament i dodatkowo, a publicznych, czyli także ich, pieniędzy PiS zasila kasę TVP. Ci, co nie płacą abonamentu są mniej stratni.
Ponieważ płacę abonament RTV i za te pieniądze ja i miliony obywateli jesteśmy obrażani przez Pobudziania, Holecką i im podobnym zamierzam przestać go płacić. Stanę po stronie większości obywateli w kraju, którzy abonamentu nie płacą. Władza, zasilając z budżetu kasę TVPiS dzieli pieniądze podatników nie pytając ich o zdanie.
W przyszłym roku PiS ponownie zasili kasę TVPIS jakimś miliardem złotych, czyli groszem wszystkich obywateli, by sączyć w uszy obywateli propagandowy jad, który powoli zatruwa obywatelską świadomość. Wyjściem jest nie oglądanie publicznej TVP. Niestety, co jakiś czas muszę to robić, by mieć pojęcie o skali zakłamywania rzeczywistości. Ostatnio na pasku TVPiS Info było napisane: „Totalna opozycja jest przeciwna reformie sadownictwa”. Wiadomo, że to nie prawda. Opozycja jest przeciwna zawłaszczaniu sadów i prokuratury przez PiS, a to jest jakaś różnica.
Niedanowo opinia publiczna oburzała się na wydanie 10 mln złotych z Polskiej Fundacji Narodowej na promowanie zmian w sądach według PiS. Czymże jest te drobne 10 mln wobec miliardów publicznych pieniędzy pakowanych w TVPiS.
Czesław Cyrul

Pan prezydent Duda popisał się krętactwem w opisie swoich działań. Nie po raz pierwszy zresztą. Pytany w wywiadzie telewizyjnym o jego kontakty z ministrem Maciarewiczem powiedział, że może tyle, na ile pozwala mu Konstytucja?! W rzeczywistości nie ma, w tej kwestii, przełożenia na prezesa Kaczyńskiego i dlatego może niewiele. Kiedy dziennikarz wskazał na przykłady gdzie prezydent wielokrotnie łamał Konstytucję powiedział on, że w jego opinii (prezydenta), Konstytucji nie łamał. I dalej. Kiedy dziennikarz spytał go czy Donald Tusk miał prawo napisać na twitterze to, co napisał prezydent odpowiedział, że jako unijny urzędnik nie może wypowiadać takich ocen.
I następny kwiatek. Na pytanie czy prezydent może ganić, w ulicznej wypowiedzi, ubeckie metody ministra Maciarewicza dziennikarz i my usłyszeliśmy odpowiedź, że była to taka „licentia poetica” pana prezydenta. Czyli chlapniecie Tuska było naganne, a prezydent może milić językiem na ulicy bez zastanowienia, że nie wspomnę już o „kwiku świń odrywanych od koryta” . Takich niezborności w całym wywiadzie było znacznie więcej. Oznacza to, że prezydent przystąpił do wywiadu nieprzygotowany. Ale chyba przyczyna jest głębsza. Taki relatywizm w postrzeganiu prawa i obowiązków prawicowej władzy jest teraz normą. Niedawno poseł Sasin na pytanie dziennikarza kiedy PiS sprowadzi wrak Tupolewa do Polski, co wielokrotnie obiecywało, opowiedział, że to wina Platformy, bo przecież istnieje coś takiego jak ciągłość władzy. Ale w przypadku Trybunału Konstytucyjnego nie istnieje, zabierania emerytur też nie istnieje, itp. Nic dodać nic ująć. Oto PiS-owski relatywizm wzmocniony hipokryzją w najlepszym (a raczej najgorszym) wydaniu.
Czesław Cyrul

Na Dolnośląskim Kongresie Samorządowym  samorządowcy z regionu, z wójtami, burmistrzami i prezydentami na czele,  zgłosili swój sprzeciw wobec planów PiS-u zawłaszczenia samorządów poprzez manipulacje w ordynacji wyborczej. Zarazem zgromadzeni odcinali się, na wszystkie sposoby, od polityki twierdząc, że w samorządach polityki nie powinno być. Tak oni uważają, ale polityka przyszła do nich, a oni w parlamencie nie mają swojej silnej reprezentacji, bo wczesnej odcięli się od partii politycznych. Dodam, że w zasadzie wszyscy zgromadzeni mieli jakąś przeszłość partyjną. Zerwali z partiami, bo one zbyt brutalnie ingerowały z autonomie gmin, zerwali z partiami, bo wygodniej im było tworzyć swoje lokalne sfery wpływów. Zerwali z partiami bo woleli nie świecić oczami za fatalne decyzje centrali partyjnych jak. np. forowanie Ogórek na prezydenta, czy wewnętrzne awantury w dolnośląskiej PO. Łatwiej samorządowcowi zajmować się lokalnymi sprawami bez graba błędów partyjnej centrali, ale trudniej kiedy samorządy nie mają krajowego poparcia,  kiedy decyduje się o ich losach w parlamencie. A tak jest właśnie teraz. Owe samorządowe rozdrobnienie, uciekanie od polityki jest bezradne wobec zakusów PiS, które zmieni pod swoje interesy ordynację,  wystawi partyjnych kandydatów i partyjne listy. Mając wysokie poparcie może zmieść wielu świetnych samorządowców, którzy odcięli się od krajowej polityki i teraz stali się bezbronni. Jeżeli lokalny lider nawołuje do bezpartyjności, podważa rolę partii politycznych u wyborców, by wzmocnić swoją pozycję, zniechęca do polityki mieszkańców to potem tak to się kończy.

Twierdzenie bezpartyjnych samorządowców, że są bezpartyjni także należy miedzy bajki włożyć. Oni  są rasowymi politykami, ale lokalnymi. W obronie interesów gmin i swoich własnych tworzą  bezpartyjne organizacje samorządowców, które „de facto” są partiami politycznymi. Choć jak przyjrzeć się np. składowi Dolnośląskiego Ruchu Samorządowego, gdzie większość to byli członkowie PO, to widać, tam głównie burmistrzów i wójtów. Jest to raczej grupa zawodowa proponująca swoje usługi lokalnym społecznościom. Lokalne komitety wyborcze to polska specyfika. W Europie w samorządach rządzą partie polityczne i jakoś nie kłóci się to z polityką krajową. Można to poukładać, ale trzeba kultury politycznej i odpowiedzialności po obu stronach. Jak można mówić o odpowiedzialności wobec wyborców kiedy np. w Sejmiku Dolnośląskim ponad połowa radnych, w trakcie kadencji,  zmieniła barwy polityczne czy klubowe. I tak jest od kilku kadencji.  Wyborca głosował na liberała, a okazuje się, że liberał przepoczwarzył się w zupełnie kogoś innego, bo  było to w jego interesie, nie wyborców. A to wszystko przykryte jest fałszywą apolitycznością. W rzeczywistości gra idzie o własne lub grupowe lokalne interesy.

Dopóki nie połączy się interesów partii politycznych z interesami  samorządów i  wyborców, dopóki krajowi i lokalni politycy będą oszukiwać wyborców to nic się nie zmieni. Niestety sprawy nie idą w dobra stronę, a PiS-owi to na rękę. Tam  w imię zagarnięcia całej władzy w kraju partia niczym walec drogowy może rozgnieść rozdrobnione i uciekające od  polityki  samorządy.

Celowo przejaskrawiam problem, by uzmysłowić, że przesadne  separowanie się samorządów od polityki to zła droga.

Czesław Cyrul

Na III Dolnośląskim Kongresie Kobiet głos zabrały przedstawicielki partii politycznych.  Apelowały, by panie były aktywne w partiach. Od lat apeluję o polityczną  aktywność kobiet. Bo sama aktywność na forach czy w organizacjach kobiecych, nie mających swoich przedstawicieli w partiach, a tym samym w samorządach czy parlamencie, nie gwarantuje realizacji słusznych postulatów.

Dotychczas odnosiłem wrażenie, że tego fora kobiet formowały postulaty, a ich realizację pozostawiły partiom politycznym, w których rządzą głównie mężczyźni. Aktywne panie same do partii niechętnie zapisywały się, jedynie  oczekiwały, że ich postulaty będą realizowane. Brak kobiet w partiach często blokował realizację słusznych postulatów. To frustrowało ruchy kobiece i nastawiało wrogo do polityki i partii. Jednak do tej pory, poza partiami,  nie wymyślono lepszej formy reprezentowania politycznych interesów i stanowienia prawa w interesie tych grup. Dlatego obecność pań  w partiach politycznych uważałem i uważam za bardzo ważną i potrzebną. W tych partiach panie muszą wywalczyć sobie pozycję polityczną i zostać wybrane do organów przedstawicielskich. Nie wierzę, że mężczyźni nie chcą kobiet w partiach politycznych. To jest nieprawda, ale sama obecność też nie gwarantuje sukcesu. Przy układaniu list liczy wyborczych liczy się domniemana ilość zdobytych głosów, a nie płeć. Ilość wyborczych głosów jest dla partii najważniejsza. Zdecydowania większość kobiet w parlamencie to  panie z silną pozycja partiach politycznych.

Dlatego Szanowne Panie, Wasz czas nadchodzi. Osobiście mam dosyć męskich, coraz wulgarniejszych, kłótni w polityce. W kobietach nadzieja, że chamiejącą politykę wyprowadzą na prostą drogę. No i do tego większość pań ma poglądy centrolewicowe. To zawsze była i będzie grupa pchająca świat, naukę, kulturę i wszelkiego rodzaju postęp do przodu. Konserwatyści maja oczy z tyłu. Więc cieszę się, że panie zrozumiały, iż prościej jest być w polityce i parlamencie niż ciągle apelować do różnych polityków, by postulaty kobiet realizowali. Bierzcie sprawy w swoje ręce, nie powierzajcie ich pośrednikom.

Czesław Cyrul

Najpierw minister  Sikorski chciał zburzyć Pałac Kultury i Nauki. Było to hasło polityczne i  minister nie miał pojęcia jak to zrobić. Tak sobie tylko mielił językiem jak nic innego nie przychodziło mu do głowy. Niestety zdarzało się to dość często.  Teraz PiS podjął ponownie ten temat.  Jednak genetyczny związek  pomiędzy Sikorskim i  PiS-em jest. Podobnie jak pomiędzy PiS,  a PO.

Nie jestem budowlańcem, ale potrafię sobie wyobrazić jakie byłyby  konsekwencje rozbiórki. Załóżmy, że od strony prawnej będzie zgoda na rozbiórkę. Setki instytucji powyrzuca się z Pałacu lub przesiedli.  Ale. W Polsce nie ma takiej firmy i takich dźwigów, które dałyby radę Pałacowi. Pałac zbudowany jest z dobrej stali i solidnych materiałów budowlanych więc łatwo się nie podda. Jak wiadomo  jest także czymś w rodzaju schronu na wypadek działań wojennych, choć ta rola jest wyolbrzymiona. Taka rozbiórka kosztowałaby przynajmniej miliard złotych, albo i  jeszcze więcej. Miliony ton rożnogabarytowego gruzu musiałyby  wywieźć z centrum miasta tysiące ciężarówek, a to zablokowałoby miasto. No i gdzieś ten gruz trzeba by było złożyć. Obok Pałacu przebiegają podziemne linie kolejowe i linie metra. Sam Pałac ma kilka pięter podziemnych. Oplatany jest sektami kilometrów kabli, rur itp., które są zintegrowane z innymi budowlami w pobliżu. To tylko te najważniejsze problemy. 

Jeden wiceminister od wojny, mniejsza o nazwisko, powiedział, że jego saperzy daliby radę Pałacowi. Oczywiście daliby radę, ale dałby także radę całej infrastrukturze w okolicy, która zostałaby sparaliżowana  i częściowo zgruzowana. Ale urzędnik od wojny  jest od rujnowania więc machnijmy na niego ręką. Budowanie mu nie w głowie wiec trudno się dziwić, że wypuszcza z siebie takie pomysły. Nikt przy zdrowych zmysłach  na rujnowanie centrum stolicy się nie zgodzi, ale politycy prawicy są specjalistami od puszczania absurdalnie  śmierdzących bąków i właśnie  to zrobili. Za tydzień  smród się rozniesie i atmosfera wokół Pałacu stanie się ponownie znośna.

Czesław Cyrul.

Marsz Niepodległości w Warszawie miał hasło nadrzędne: my chcemy Boga. Najbardziej aktywni uczestnicy marszu ryczeli, lżyli, pluli, kopali i palili race. Minister Błaszczak powiedział, że wszystko było ok. Nienawidzili wszystkich, trochę innych od nich, czyli nienawidzili większości obywateli. Jakiego oni chcą Boga? Wzywają Boga złego, nienawidzącego stworzonego przez innego Boga Świata. Bóg narodowców sieje zło i strach.
Widocznie jest wielu Bogów i faszyści wybrali sobie swojego. Były ksiądz Międlar, we Wrocławiu, także pluł jadem i zionął nienawiścią do bliźnich.
A kościół milczy. Niektórzy biskupi nieśmiało protestują, ale zastępy księży w parafiach milczą, PiS milczy, Rydzyk milczy, a to oznacza poparcie dla Boga nienawiści. Boże chroń nas przed Bogiem faszystów i narodowców.
Czesław Cyrul.

 

Były szef BOR-u generał Janicki poszedł do polityki. W PO będzie ja uprawiał. Postawa generała jest dość typowa dla wielu przedstawicieli byłych służb mundurowych, którzy zaczynali służbę jeszcze w PRL. Najpierw głosowali na SLD, potem podobała im się także Samoobrona, ale w końcu najwięcej z nich ulokowało swoje sympatie w PO. W PO upatrywali obrońcy swoich emerytur, honoru i szacunku.

Tymczasem PO, ręka w rękę z PiS, obracała ich dorobek i honor w gruzy. Zawsze źle wypowiadała się o Wojsku Polskim, a co najwyżej milczała. Dopuściła się powołania IPN. To prezydent  Komorowski  wiele uczynił, by żołnierzy wyklętych wynieść na pomniki i z czasem może nawet na ołtarze, choć na to nie zasługują. I tak można by jeszcze długo wymieniać grzechy PO.  Spora część byłych  służb mundurowych, nie tylko wojskowych,  jakby zaczarowana  głosowała na  PO. Patrzyłem na to zjawisko ze zdziwieniem i nie rozumiałem takich zachowań. Wstąpienie generała Janickiego do PO jest esencją tego myślenia. Pewnie byli mundurowi nadal sądzą, że PO obroni ich przed kolejną falą dekomunizacji. Bardzo się mylą. Nawet jak PO będzie puszczać oko do mundurowych to po to, by załatwić sobie większe poparcie w wyborach, a nie by bronić ich honoru. Pewnie tą opinią krzywdzę sporą grupę wspaniałych ludzi, a chce także unaocznić  zapatrzonym w PO że byli, są i będą obiektem pogardy i manipulacji. Bo PO gardzi PRL-em i wszystkimi tymi, którzy w tamtych czasach uczyli się służyli w wojsku i zwyczajnie pracowali. Wystarczy przypomnieć sobie kilka wypowiedzi o PRL prezydenta Komorowskiego, by uzmysłowić sobie stosunek całej PO do byłych służb mundurowych także.

Czesław Cyrul

Próby  uzgodnienia wspólnych kandydatów na prezydentów dużych  miast przez opozycję nie rokują dobrze na przyszłość. Wystarczy spojrzeć na przepychanki pomiędzy PO i Nowoczesną w Warszawie. Ale najbardziej skomplikowana sytuacja jest we Wrocławiu. Komitet Obywatelski pod przewodnictwem PO zarekomendował na fotel prezydencki senator prof. Alicję Chybicką. W komitecie jest jeszcze kilka kanapowych podmiotów. PSL też poparł prof. Chybicką, ale władze nadrzędne określiły  ten krok jako nieprzemyślany. Tę kandydaturę  kwestionuje  także przewodniczący Schetyna.

Dolnośląski Ruch Samorządowy, w którym spora grupa  to byli członkowie PO poparł  kandydaturę Jerzego Michalaka. Nie popiera go jednak prezydent Dutkiewicz, jeden z liderów tego ruchu. Podobno większa sympatią darzy Jacka  Surtyka.

Nowoczesna, która jest w koalicji z prezydentem Dutkiewiczem, też ma we Wrocławiu  swoje ambicje. Sam przewodniczący Petru o tym wspominał. Chęć na to stanowisko ma poseł  Michał Jaros, który uszedł z PO i zadomowił się w Nowoczesnej. Wcześniej posłanka Augustynowska uciekła z Nowoczesnej w wpadła w ramiona Platformy. Jest więc we Wrocławiu poselski remis. Jednak Nowoczesna jest w koalicji z Dolnośląskim Ruchem Samorządowym, a ten już poparł  Jerzego Michalaka.  Na pewno swojego kandydata wystawi także SLD.

Proszę się nie przejmować tą układanką, bo jutro może ona być już zupełnie nieaktualna.  W innych dużych miastach pewnie jest podobnie, ale trochę mniej skomplikowanie.  Czy uda się pogodzić ambicje i wystawić wspólnych kandydatów opozycji?  Bardzo w to wątpię. Wystawienie wspólnych list  do samorządów będzie jeszcze trudniejszym zadaniem, powiem, wręcz niemożliwym. Sukcesem będzie  jak partie opozycyjne się dogadają, by nie atakować się wzajemnie w trakcie kampanii, ale w praktyce to tez jest tylko pobożne życzenie.

 Tymczasem PiS nie będzie trwonił, bo nie musi, czasu i sił na typowanie kandydatów na prezydentów czy burmistrzów. Wystarczy tu trochę rozeznania w szansach, wewnętrznych przepychanek, a potem  decyzja prezesa wszystko sfinalizuje. Wygląda na to, że w wyborach samorządowych będziemy mieli do czynienia z pospolitym ruszeniem opozycji przeciwko zwartej armii PiS. A to, dla opozycji,  nie rokuje dobrze.

Czesław Cyrul

  • Od czasu do czasu zdarza mi się uczestniczyć z spotkaniach tzw. bezpartyjnej lewicy, która szuka kamienia filozoficznego, by ten uczynił ją (lewicę) ponownie silną i powabną. Owi bezpartyjni lewicowcy mają oczywiście za sobą przeszłość partyjną, zazwyczaj krótką i burzliwą, w różnych partiach, w tym także w SLD. Zawsze idę na takie spotkania z nadzieją, że usłyszę coś, co może przyczynić się do wyjścia lewicy z politycznego dołka. Na razie niczego takiego nie usłyszałem. Słyszę natomiast głosy krytyki pod adresem SLD. To temat dyżurny takich spotkań.
  • I tak po kolei. SLD odpowiada za wysłanie naszych wojsk do Iraku. Liderzy SLD powinni być osądzeni za pozwolenie na funkcjonowanie więzień CIA w Polsce. Miller wprowadził (?) podatek liniowy. SLD nie wprowadziło, a mogło, programu 500+ (?). SLD prowadziło politykę zbyt liberalną i to niestety jest prawda. SLD nie rozliczyło się ze swojej przeszłości i to jest akurat gówno prawda, bo robiło to wielokrotnie. Działacze SLD są prawicowi: to uwagi do badań sprzed dziesięciu lat, ale półprawdziwe. I tak można dalej wyliczać kwękanie i narzekanie na SLD. W panelu brali udział tacy właśnie kwękacze. Słuchałem tej smutnej debaty siedząc na sali. Taki sąd nad SLD bez udziału przedstawiciela tej partii w debacie to masturbacja polityczna, z której nic się nie urodzi choćby nie wiem jak mocny byłby wzwód intelektualny panelistów. To raczej sąd kapturowy.
    Zgadzam się, że SLD nie było święte i zrobiło wiele błędów, ale czy musi wiecznie klęczeć i bić się w piersi? Czy tzw. bezpartyjni lewicowcy muszą ciągle mówić o sprawach sprzed 10 lat. To świadczy o ich zastoju i bezradności intelektualnej. Spotkanie to miało także dla mnie wydźwięk pozytywny. Zauważyłem, że SLD w poszukiwaniu dróg wyjścia z kryzysu, nie stoi w miejscu.
    Zachęcam wszystkich ludzi lewicy, którzy narzekają na SLD, do spoglądania w przyszłość. Wtedy będę z przyjemnością w takich spotkaniach uczestniczyć. Na koniec przytoczę przypadek skrajny z tego spotkania. Były senator PO Józef Pinior, a uważający się za człowieka lewicy używał sobie na SLD szczególnie i stwierdził, że ta partia nie jest zdolna do budowania przyszłości na lewicy. Mówiła to osoba, która w parlamencie reprezentowała barwy partii centro-prawicowej i uznaje się zarazem za człowieka lewicy. Czy to aby już nie polityczna schizofrenia? Nie szukam wrogów na lewicy, ale nie mogę milczeć gdy ludzie lewicy swoją aktywność koncentrują na jałowym atakowaniu SLD. Do prawicy nie mogę mieć o to pretensji. Mam nadzieję, że otrzeźwienie w końcu przyjdzie, bo jeżeli nie to prawica nas czapkami zarzuci.
    Czesław Cyrul