Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Prezydent Duda powiedział, że poziom piłki nożnej odpowiada poziomowi organizacji życia w kraju, czy jakoś tam. Coś w tym jest. Jak spojrzymy dodatkowo na naszą piłkę klubową to ten poziom jest podobny do tego co wyrabia PiS w naszym kraju. Piłka jest grą zespołową i pokazuje także czy zawodnicy potrafią zorganizować miniobywatelską społeczność na boisku. Jak wiadomo nasza polityka idzie w kierunku „każdy sobie rzepkę skrobie”. Obywatel dostaje 500+ czy jakieś inne + i niech sobie radzi i nie wtrąca się do budowania autorytarnego systemu, który wielu rodaków lubiło za czasów PRL i lubi teraz. Na boisku piłkarskim taka polityka skazana jest z góry na niepowodzenie. Czy mam rację? Nie do końca, ale jakaś prawda w tym jest. Gdybym dalej rozwodził się nad stwierdzeniem prezydenta to dochodzę do wniosku, że poziom naszej piłki nożnej był najwyższy w czasach PRL. Dotyczyło to także naszej piłki klubowej i wielu innych dyscyplin sportowych. W tamtych czasach także nasi trenerzy święcili sukcesy na zagranicznych boiskach. Także spora grupa naszych piłkarzy wybierała wolność na zachodzie, ale teraz jest podobnie. Tylko zasady wyjazdów się zmieniły. Obecnie nasza piłka nożna jest zasilana średniej kasy kopaczami zza granicy i takimiż trenerami. To taki import kapitału zagranicznego do Polski, ale nie najwyższego lotu. Jest więc i tutaj jakaś paralela do naszej gospodarki.
Jeżeli świeciliśmy największe piłkarskie sukcesy w okresie PRL i podłożymy pod to opinię prezydenta to czy wtedy byliśmy świetnie zorganizowani? To by była gruba przesada, ale sam sport był lepiej zorganizowany o czym świadczyły sukcesy sportowców nie tylko w piłce nożnej. Oczywiście był on lepiej zorganizowany jak na tamte czasy. Była większa wola walki u sportowców, znacznie większa niż dzisiaj, choć pieniędzy wtedy sportowcy raczej nie dostawali. Czy wypowiadając tę opinię prezydent sięgał myślą do czasów PRL i tamtejszych sukcesów. Chyba nie. Gdyby pamiętał o tamtych sukcesach, kiedy to Polski nie było, jak mawia inny demiurg naszej polityki historycznej, pewnie by się ugryzł w język. Szczególnie po przegranych z Senegalem i Kolumbia, gdzie poziom organizacji społeczeństwa raczej, delikatnie mówiąc nie są wyższe.
Czesław Cyrul

    We Wrocławiu i regionie trwa kuchenna krzątanina i pichcenie koalicji na wybory samorządowe. Kucharki przy tym kłócą się i podkradają sobie produkty. Niektóre dania samorządowe będą bardzo złożone, inne proste, jednopartyjne. Proste dania zaserwuje wyborcom PiS, czy SLD do sejmiku. Tu obywatel dostaje prostą potrawę wyborczą i albo zasmakuje, albo nie. Ale nastała moda na danie wyrafinowane lecz niekoniecznie o wyrazistym smaku. Komitet Rafała Dutkiewicza, Nowoczesnej i SLD zawarł sojusz wyborczy do Rady Miejskiej. Jej liderem na prezydenta jest Jacek Sutryk. To danie zdaje sie być smacznym kąskiem dla wrocławian. Tę koalicję prezes Schetyna nazwał ponurym żartem. Wcześniej, przez ponad rok, PO usilnie namawiała SLD do wspólnej koalicji. Czy wtedy też był to ponury żart? Nie wiem, bo SLD nie dało się nabrać na czcze obiecanki. Wspomniany Schetyna, w wywiadzie radiowym, powiedział, że w polityce nie wolno kłamać. Oczywiście. W polityce nie wolno kłamać, panie przewodniczący.
Jednak PO nie może za ostro we Wrocławiu atakować koalicji Jacka Sutryka, bo jest w niej jej (PO) półkoalicjant do Sejmiku, czyli Nowoczesna.
      Ten kierunek wielonurtowości regionalnej kultywuje prezydent Dutkiewicz, który zaczął tworzyć swoją listę do Sejmiku. Sam prezydent Dutkiewicz jest nadal w Dolnośląskim Ruchu Samorządowym, który do spółki z Bezpartyjnymi Samorządowcami też tworzy listy sejmikowe i chce wystawić wicemarszałka Michalaka na prezydenta Wrocławia, co bardzo nie podoba się Dutkiewiczowi. Jak Michalak zrezygnuje to będą wspólne listy, twierdzi prezydent, ale Michalak rozsyła ulotki po mieście i rezygnować nie chce. Siłą rzeczy Dutkiewicz podbiera kandydatów bezpartyjnym samorządowcom i na odwrót. Powstaje tam dylemat pod kogo tu by się podpiąć, by załapać się na kolejną kadencję.
       Osamotniony kandydat na prezydenta Wrocławia poseł Jaros z Nowoczesnej (wcześniej w PO), któremu jego matka partia odmówiła poparcia, chce samotnie walczyć nadal o prezydenturę. Polegnie w beznadziejnej walce. Jakież to nasze polskie romantyczne bohaterstwo. Pewnie pojawią się jeszcze jacyś egzoci na prawicy. Nie powiedzieli ostatniego słowa Zieloni i Partia Razem. Może to być ich bój ostatni, bo rokowań nie mają optymistycznych. Przyczajone do wyborczego skoku są także organizacje kobiece, ale tu wszystko utrzymywane jest w tajemnicy, a może skoku żadnego nie będzie. To też jest prawdopodobne.
      Oczywiście, jak już pisałem parokrotnie, proszę nie przejmować się moim wywodem. Nawet sami kucharze nie do końca pojmują dlaczego takie bulgotanie w politycznych garnkach ma miejsce. Przyjdzie Magda Gessler i powie co jest strawne, a co powoduje wymioty. Magda Gessler to eufemizm. Miałem na myśli obywateli i tylko tych, którzy chodzą na wybory, czyli mniejszość.
Czesław Cyrul

Na mecz przyjechało 20 tys. Kolumbijczyków, a jechali z bardzo daleka.

Polaków przyjechało tylko 10 tys. To nie rokowało dobrze.

Na Wrocław nadciągnęły ołowiane chmury i zaczęło padać. To był zły prognostyk.  Zeschłe trawy mają za to  uciechę.

Ulice opustoszały. Tylko ludzie z psami snuli się po trawnikach. Psy meczu nie oglądają, a kupy robią według swojego planu.

Przez pierwsze minuty była jakaś nadzieja. Potem gasła.

Komentatorzy mówili co powinni nasi grać, ale oni grali coś innego.

Zacząłem nerwowo biegać po mieszkaniu i nasłuchiwać, jakiegoś radosnego okrzyku komentatorów. Daremnie. W przerwie meczu Nawałka i Boniek reklamowali piwo. Po meczu pewnie spożycie reklamowanych piw znacznie spadnie.

Odkorkowuję butelkę wina, a miałem nie pić i wypijam. Niczego to nie zmiana. Jest nawet gorzej. Zmiennicy, jedni i drudzy, wbiegając na boisko, żegnają się. Bóg jest zdecydowanie po stronie nie naszej. Za co ta kara? Jaka tam kara, oni grają lepiej.

Kończy się męka. Pozostaje cierpienie. Wyciągam butelkę ohydnej nalewki bombowej i wypijam szklaneczkę. To wzmacnia moje cierpienie, ale niczego nie zmienia. Chowam butelkę. Jutro też jest dzień, a żyć trzeba. Nie lubię bólu głowy.

Chłopaki od kopaniny, witajcie w domu. Japończycy honor cenią sobie też bardzo wysoko, ale to tylko, dla nas, mecz o pietruszkę.

Czesław Cyrul

Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.

Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków.

Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj  przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz  prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Czesław Cyrul

Paweł Wroński, w Gazecie Wyborczej, opisując dokonania ministrów obecnego rządu, a w tym dorobek byłego ministra Jurgiela, tego od rolnictwa, napisał: …stadniny koni w Janowie Podlaskim nie udało się zniszczyć ani hitlerowcom, ani komunistom… Udało się to dopiero ministrowi Jurgielowi. Można powiedzieć, Wyborcza bardzo często mijała się z prawdą pisząc o PRL, robiła to celowo i uznać to należy za normę. Sprawa jest jednak głębsza. Media liberalne atakują media rządowo-reżimowe, czyli też prawicowe, że te kłamią na zamówienie rządzących. Dlaczego kłamie redaktor Wroński? Bo jak pisze o PRL musi kłamać, ma to w genach.
Prawda jest taka, że owi komuniści ściągnęli resztki koni do Janowa, które hitlerowcy wywieźli do Niemiec i przez dziesiątki lat odbudowywali stado i obiekty stadniny. Wystarczyło zajrzeć do Internetu i tam wszystko jest napisane. Red. Wroński uznał, że stadnina ostała się tylko dlatego, że komunistom nie udało się jej zniszczyć. Walka dwóch skłóconych frakcji post styropianowych toczy się teraz na śmierć i życie, kiedy jednak przychodzi do opisu czasów PRL strony są zgodne w ocenie tamtych czasów. Red. Wroński potwierdził to dosadnie. I jak tu nie być symetrystą. Owi kłamcy mają pretensje, że SLD nie chce związywać antypisowskiej koalicji z PO czy kimś tam. Plują nam w twarz i mówią: chodźcie z nami. Dokąd?
Czesław Cyrul

Zdesperowana pani wójt gminy na ścianie wschodniej powiedziała w tv, że w gminie  dali na mszę, a deszczu jak nie było tak nie ma. Sprawa jest poważna, bo susza przełoży  się na  dochody rolników, a potem na ceny żywności w sklepach. Nowy minister rolnictwa zapowiada finansową pomoc dla rolników. Zdesperowany rolnik, też w tv, wątpi w te zapewnienia, bo rząd nie wypłacił jeszcze podobnych zapomóg za ubiegły rok. Związek pomiędzy modłami o deszcz, a deszczem jest dość przypadkowy. Kościół, gdyby był pewien skuteczności mszy o deszcz, zarządził by je w całym kraju. Nie robi tego, bo obserwuje prognozy w Internecie, a tam jak byk stoi, że deszczu nie będzie, więc msze dowodziłyby tylko, że Pan Bóg naszych księży nie słucha. Dlatego też chytry kościół woli poprzez akty ziemskie wymuszać posłuszeństwo wśród swoich wiernych, do czego potrzebne mu jest PiS w naszym parlamencie. Zapisywanie kanonów wiary w prawie ziemskim jest o wiele bardziej skuteczne niż modlenie się o deszcz. Na deszcz kościół wpływu nie ma.

Można to rozpatrywać następująco. Pan Bóg nie interesuje się pogodą w katolickiej Polsce. Inny punkt widzenia: Boga nie ma, ale to kwestia wiary. Ale skoro Pan Bóg jest i nasza ściana wschodnia gremialnie jest bardzo prokościelna i propisowska to dlaczego tam panuje taka susza. Może to, dla wierzących jakiś znak z góry? Takie rozważania nie mają większego sensu, bo wierzący  będą nadal wierzyć, a niewierzący wierzą w coraz dokładniejsze prognozy pogody. Jednak dla wszystkich obywateli susza da się we znaki i najlepiej zrzucić to na kaprysy pogody. Ta wersja jest najbezpieczniejsza. Co prawda premier Morawiecki, buńczucznie powiedział, że swego czasu pewien premier, podczas powodzi, powiedział, że obywatele powinni się ubezpieczać, a ten rząd jest lepszy, ale przecież rolnikom nic nie da, bo jak wiadomo od niedawna, budżet nie jest z gumy.

Czesław Cyrul

Wyciągnąłem z lodówki dobre piwo i zasiadłem przed telewizorem. Szybko jednak zauważyłem, że to dobre piwo nie przystaje do widowiska jakie funduje nam nasza reprezentacja. Znalazłem gorszego browca, którego nie tknąłem przez miesiąc, bo swego czasu kupiłem takie dwa i pierwsze mi nie posmakowało. Nie będę pił niczego dobrego przy tak marnym spektaklu. Ale było coraz gorzej. W butelce stało napoczęte wino, które – kupione w promocji- okazało się kwachem. To będzie dobre w ramach zachowania równowagi z tym co widzę w telewizji. Po wypiciu kwacha nic nie szło lepiej, a wręcz przeciwnie. W szafie nalazłem wstrętną nalewkę domowej roboty, ofiarowaną mi trzy lata temu, o mocy około 60 procent. Zacząłem to pić po drugiej, straconej bramce. Było mi już wszystko jedno co piję i jak oni tam grają. Żadnej nadziei, a w cuda nie wierzę. Za oknami mojego blokowiska panowała martwa cisza, a zawsze, przy golach strzelanych przez naszych, przez otwarte okna, niósł się radosny krzyk. Po kilku kieliszeczkach ohydnej nalewki tortury w telewizji skończyły się. Na ulicy pojawiły się auta i spacerowicze z pieskami. Życie wracało do normy, Ale radości nie było. Mnie po tym spektaklu rozbolała głowa. Tak, tak lepiej marnych transmisji nie oglądać. Głowa wtedy przynajmniej mnie boli.
Czeslaw Cyrul

P.S. Zaznaczam, że pijam rzadko, bo prowadzę sportowy tryb życia. Myślałem że mecz będzie dobrą okazją do połączenia sportowego trybu życia z kibicowaniem reprezentacji. Nie udało się. Wracam do uprawiania sportu na własną rękę.

Kongres Kobiet, w manifeście zachęcił kobiety, by startowały w wyborach samorządowych. Z jakich list miałyby startować? Nie napisano. Poniekąd można to zrozumieć, bo w tych wyborach sporo jest, obok list partyjnych, lokalnych komitetów wyborczych. Zarazem ruchy kobiece, jak wyczytałem w materiałach, są ponadpartyjne, ale nie apolityczne. I tu pojawia się problem. W wyborach parlamentarnych, tych najważniejszych dla uchwalania praw kobiet, startują tylko partie polityczne. Jak to pogodzić z głoszoną ponadpartyjnością? Jak kobiety powinny znaleźć się na tych listach recepty nie ma.

Z licznych wypowiedzi prominentnych działaczek wynika, że to partie powinny zabiegać o kobiety i najlepiej dać im pierwsze miejsca na listach. Tymczasem partie to organizacje, które nad strategiami wyborczymi pracują od wyborów do wyborów. Przymierzają ludzi do list i miejsc na nich. W partiach uciera się przywództwo partyjne. Liderzy oceniają, która kandydatka czy kandydat  ma szanse zdobyć 100 tys. głosów, a kto nie. Ten lepszy zostaje liderem listy. Płeć nie ma żadnego znaczenia.  Oczywiście partie poszukują kandydatek i kandydatów na listy spoza partii. Kandydatki, spoza partii chciałyby być od razu  liderkami list. Takimi mogą być nieliczne z uznanym dorobkiem społecznym czy zawodowym. Taką osobą, ale tylko trochę pozapartyjną, była np. prof. Chybicka na listach PO we Wrocławiu. Panie, które decydowały się na start ad hoc, siłą rzeczy, nie były i nie będą lokowane na czołowych miejscach. To obrażało ich godność. Jednak zazwyczaj w wyborach wpisywały się w średnią ilość głosów zdobywanych na takich miejscach. Gdyby były wybitne przebiłyby głosami tych wyżej ulokowanych na listach. Skoro miejsca były marne, a wyniki też takie sobie następowało obrażenie się na rzeczywistość.  Zawsze pierwsze wybory są sprawdzianem popularności głoszonego programu, mobilności wyborczej i popularności kandydatki czy kandydata. Są pierwsze wybory także lekcją sztuki wybierania się.

Jednak drogą najprostszą jest aktywność partyjna, która nie przeszkadza w udzielaniu się w ruchach kobiecych.   Prawie wszystkie posłanki w obecnym parlamencie mają życiorysy partyjne i polityczne. A to oznacza, że ta droga do obecności pan w polityce jest najpewniejsza.

Kobiet nie ma na zdjęciach oficjeli partyjnych, bo nie ma ich w partiach. Jeżeli na 10 mężczyzn zapisujących się do partii przypada jedna kobieta i nic się pod tym względem nie zmieni to nadal mężczyźni będą dominować w polityce, a kobiety będą narzekać, że ich prawa są zamiatane pod dywan.

Dlatego oczekuję, że organizacje kobiece dadzą jasny sygnał, że obecność kobiet w partiach jest największą gwarancją dbania o prawa kobiet w naszym życiu.  Narzekanie, że mężczyźni tępią kobiety w polityce jest nieprawdziwe.  Swego czasu kandydatką SLD na prezydenta Wrocławia była kobieta. Była ona także dwukrotnie liderką naszych list do europarlamentu. Potem zdradziła SLD. To dowodzi, że w polityce  do świństw nie są skłonni tylko mężczyźni. Jeżeli kobiety chcą rządzić w polityce muszą wstępować do partii politycznych i tam walczyć o swoje pozycje. Przecież są pracowite, zdolne i wykształcone. Jeżeli progresywne środowiska kobiece tego nie zrozumieją, nadal będą narzekać mieć i pretensje do patriarchalnych partii politycznych.

Takim klasycznym przykładem jest Barbara Nowacka, kobieta popularna w polityce i bardzo promowana przez liberalne media,  ale ciągle narzekająca na partie. Czy to jakoś się przekłada się na jej pozycję w polityce. Powiedziałbym, tak sobie. Bez zaplecza partyjnego nic nie ugra. Nawet popularne, ale pojedyncze panie w polityce niewiele znaczą. Autorytet moralny w polityce to trochę za mało, by być skutecznym w stanowieniu prawa.  Oczywiście każda partia ma swoje regulaminy, ograniczenia i to nie wszystkim odpowiada. Wtedy zawsze można stworzyć własną partię i np. wygrać wybory. Tak uczynił  Ryszard Petru, wcześniej  Janusz Palikot. Były i są to jednak twory dość nietrwałe, choć ciekawe. Polityka i działalność partyjna to gra wielosezonowa i nie dająca gwarancji sukcesu. O tym też trzeba pamiętać, ale panie są bardziej cierpliwe od panów więc o wynik końcowy jestem spokojny.  Najpierw trzeba się jednak do partii, zapisać. To tak jak z totolotkiem, aby mieć szansę na wygraną najpierw trzeba wypełnić kupon.

Czesław Cyrul

Premier  Mateusz Morawiecki, w swoich wypowiedziach, używa prostej, nieskomplikowanej i grubiańskiej retoryki względem opozycji dawniej rządzącej. Wy nic nie zrobiliście, okradaliście kraj, kolaborowaliście z UE, a naród cierpiał. Swoje credo historyczne premier Morawiecki  ujawnił składając kwiaty na tablicy poświęconej hitlerowskim kolaborantom z Brygady Świętokrzyskiej.

Używając języka premiera Morawieckiego streszczę jego karierę następująco. Młody Morawiecki zatrudnił się na wysokim stanowisku w Banku Zachodnim. Zapewne nie obyło się to bez jakiejś protekcji. Ten bank był wtedy państwowy. Dzięki podstępnym działaniom Morawieckiego bank kupili zachodni banksterzy. Obecny premier przyłożył więc rękę do wyprzedaży majątku narodowego. Za ten postępek Morawiecki został prezesem, już niepolskiego Banku i w nagrodę zarobił kilkadziesiąt milionów złotych. Jednak banksterzy wyprowadzili za granicę miliardy naszych złotych, a o tego typu  działaniach premier teraz tak dużo opowiada jako o złych praktykach. Premier Morawicki, wtedy  jako prezes banku,  dawał na to przyzwolenie. Jest więc on jednym z tych, na których ciąży odpowiedzialność za wyprzedaż naszego majątku narodowego.

Kiedy prezes Morawiecki został premierem, zmienił front. Swoim przeciwnikom zaczął zarzucać działanie na szkodę kraju i wyprowadzanie naszego kapitału za granicę. Pojawiły się również hasła repolonizacji mediów, przedsiębiorstw i także – banków. Być może takimi hasłami premier chce ukryć swój wielki grzech polegający na sprzedaży wspomnianego banku. Teraz kapitał polski ma być najważniejszy, a źli kapitaliści albo przestaną ograbiać Polskę, albo zostaną znacjonalizowani i ich majątek stanie się polski.

Jednak do tej pory, za sprawą rodzimego kapitału,  nie powstała  żadna PiS-owska inwestycja. Dlatego też premier Morawiecki pojawia się na inwestycjach zagranicznych. Np. na Dolnym Śląsku dotyczyło to Mercedesa, LG, Toyoty, czy Lufthansy. Zarazem premier puszcza oko do swoich wyborców, ….że ci kapitaliści, przy blasku których się grzeje, to krwiopijcy podkradający nasz kapitał i oczywiście wyzyskujący polskich pracowników.

Który Morawiecki jest zatem prawdziwy? Ten służący banksterom czy pragnący repolonizacji naszego przemysłu. Na razie przez długie lata służył, pewnie bez obrzydzenia, zachodnim wyzyskiwaczom. Teraz pragnie zmienić swój wizerunek, ale zarazem zachęca zagraniczny kapitał do inwestycji w naszym kraju. Czyżby  po to, by było więcej do repolonizacji?

I tak oto podaję przykład, jak używając uproszczeń i prymitywnej propagandy można każdego upodlić, co z takim upodobaniem czyni nasz premier Morawiecki. Przy czym zaznaczam, że ten tekst nie służy obronie rządów PO i PSL.

Czesław Cyrul

Minister Rafalska wyjaśniła w jaki sposób będą rozdysponowane pieniądze, po 300 złotych, na wyprawki szkolne dla uczniów. Wyjaśniła, że rząd daje gotówkę do ręki, bo rodzice wiedzą najlepiej jak te pieniądze wydać. W przypadku programu 500+ argumentacja dawania pieniędzy do ręki też była taka sama. Jednak tej, chyba słusznej zasady, w przypadku niepełnosprawnych, minister Rafalska nie zastosowała. Zaproponowała ekwiwalent w pieluchomajtkach. Oznacza to, że rząd nie daje tej grupie pieniędzy do ręki, bo uważa ją także za niepełnosprawną umysłowo, niegodną dawania pieniędzy do ręki. Ta grupa może nie wiedzieć jak najlepiej wydać te pieniądze i dlatego należy się im ekwiwalent w pieluchomajtkach.

To esencja traktowania obywateli przez PiS. Dajemy tym, których jest dużo i którzy potem masowo pójdą do wyborów wdzięczni za gotówkę w kieszeni. Oto budowanie klientyzmu politycznego w najczystszej postaci. Zapowiadane są także jakieś dodatki dla emerytów. Pewnie nie będzie to ekwiwalent w zniżkach na komunikację, czy ulgach na paliwo, a tylko gotówka, bo wiadomo, obywatel sam wie jak najlepiej wydać przyznane mu pieniądze.

PiS toczy polityczną grę rozdając, albo obiecując, że rozda gotówkę milionom obywateli. Te miliony decydują potem przy urnach wyborczych. Takie rozdawnictwo przypomina trochę rozdawanie pieniędzy przed lokalami wyborczymi, przed aktem głosowania, co jest karalne.  Jeszcze lepiej byłoby rozdawać  po głosowaniu. Aż dziw bierze, że PiS, w nowej ordynacji wyborczej, nie zapisał takiego triku, który umożliwiałby  sprawdzenie kto na kogo głosował. Wtedy istniałaby możliwość odebrania danych wcześniej pieniędzy.  PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze.   Zabiera jednym, by dać tym, którzy dają większe gwarancje na sukces wyborczy.

Niedawno wszyscy pracownicy nauki zostali pozbawieni  opodatkowania dochodów należnego twórcom, ludziom nauki, dziennikarzom i artystom. Tym sposobem zabrano pracownikom nauki po kilkaset złotych miesięcznie. Oto tylko jeden z przykładów: by dać komuś, trzeba innym zabrać. Ale naukowcy to zgniła elita, na PiS raczej nie głosująca więc im zabrać należało się. Oto przykład skłócania społeczeństwa i szczucia jednych na drugich. Oczywiście potrzebującym pieniądze się należą. Tylko odnoszę wrażenie, że obywatel jest tu przedmiotem, a nie podmiotem. Obywatel nie jest celem. Obywatel jest narzędziem, które ma pójść do urn wyborczych i dać zwycięstwo PiS-owi. Dlatego PiS daje jednym pieniądze do ręki, innym proponuje pieluchomajtki, a trzecim pieniądze zabiera. Urna wyborcza, jest tu ponad wszystko, by partii żyło się coraz lepiej i dostatniej.

Czesław Cyrul