Kolejny mecz Śląska zakończony kiepską grą i dużym szczęściem. Tym razem szczęście przyleciało do nas w osobie sędziego Gila, który był mniej restrykcyjny niż sędzia lekkoatletycznych Mistrzostw Świata w Sopocie dla Marcina Lewandowskiego. Nasz „ptaszek” mało co widział z pozycji, w której się znajdował i  nie wahał się ani chwili żeby podyktować karny. Analiza podyktowanego karnego pewnie już była, ale może warto było skonsultować sytuację z sędzią bocznym, który nic nie sygnalizował, choć punkt widzenia miał zdecydowanie lepszy. Życie jest jednak okrutne, a decyzję trzeba było podjąć, a punkt widzenia zależy…
Poprzedni przypadek choć trzeba szybko podejmować decyzję, a interpretacja pozostaje jako zadanie domowe to dyskwalifikacja Marcina Lewandowskiego, która była dogłębnie analizowana na zdjęciach i powtórkach zaraz za metą. Decyzja była na niekorzyść Marcina, który rzeczywiście przekroczył linię wewnętrzną, jedną nogą w jednym kroku nikomu nie przeszkadzając i nie oszukujmy się nie skrócając sobie dystansu. Przepisy są jasno sprecyzowane i Marcin zaraz po biegu wiedział jaka może być decyzja.Decyzja była przykra. Dyskwalifikacja, którą przyjął z pokorą. To jedna z wartości sportowców, którzy ciężko trenują w odosobnieniu wylewając litry potu, żeby stanąć na starcie swoich pięciu minut. Definicję tej wartości powinni poznać Panowie piłkarze Śląska za nim poproszą o premię za pierwszą ósemkę. Jak już Panowie piłkarze znajdą definicję słowa ” POKORA” proponuję nauczyć się jej, a później zachować w sercach na każdym meczu.

Mawiają… sportowiec umiera dwa razy, pierwszy kiedy kończy sportową karierę, drugi naturalnie. Właśnie kończą się moje pierwsze ostatnie drgawki i zaczynam
nowe życie. Czy lepsze? Nie, na pewno inne i jestem przekonany, że tak samo emocjonujące jak 20 lat startów, treningów, wzlotów, upadków, pochwał, upokorzeń, radości, łez, euforii, załamań, przyjemności, bólu, jednym słowem…

Życie. Przesiąknięty sportem i wartościami, których sport mnie nauczył staram się zarażać Wrocław miłością do wody i rekreacji nad nią. Chodź to mój żywioł staram się propagować aktywność fizyczna jako integralną część naszego życia, a nie incydentalne wydarzenie w naszym domu. Nawet ministerstwo sportu ostatnio zrozumiało, że sport zaczyna się w przedszkolu, a nie na Igrzyskach Olimpijskich. Walka ze zwolnieniami lekarskimi z W-F zaczęła się na dobre tylko kolejny raz nie widać porozumienia na szczeblu ministerialnym. Fajna idea, ale wróćmy do rzeczywistości. Zwolnienie z W-F może wydać lekarz pierwszego kontaktu, a może wprowadzić obowiązek wizyty u specjalisty. Jest więcej istotnych rzeczy przy współpracy tych dwóch ministerstw, ale nie zapominajmy o ministerstwie zdrowia i sprawiedliwości.

Pierwsze będzie w przyszłości mniej wydawać na zdrowe dzieci, które uczestnicząc w WF-ie nie będą „garbate” z anemią. Drugie, nie będzie resocjalizować tych, którzy wybiorą ciemną stronę, a nie sport jak w przypadku wielu sportowców. Nie zagłębiając zagadnienia „etapu dziecka doskonałego”, który przypada na dzieci w klasach 1-3 szkoły podstawowej i jest kluczowym momentem dla rozwoju motorycznego dziecka, a zajęcia z W-Fu prowadzone są przez nauczycieli od „wszystkiego”. Tu mamy paradoks…W najważniejszym momencie życia dzieci nie mają do czynienia z fachowcami, tylko mają marną namiastkę Wychowania Fizycznego, które ich zniechęca do późniejszego uczestnictwa w zajęciach W-Fu.

Jeśli fundament jest lichy to najpiękniejszy dach będzie g… wart. Czyli jeśli nie nauczymy się przewrotu w przód, kozłowania, łapania, podawania, ect. to w szkole średniej będzie wygodniej załatwić sobie zwolnienie. Jeszcze nic straconego, w końcu są zapaleńcy do animowania i wyrywania rodzin ze „świątyń” (galerie handlowe) na zajęcia
sportowo-turystyczne:-)

Następny odcinek będzie o… życiu 😉

Pozdrawiam, Paweł Rańda

Paweł Rańda
www.pawelranda.pl
www.tumski-cup.pl
www.valuecreation.pl
www.ktw.wroclaw.pl
www.greylime.pl